Wszystko kiedyś mija, nawet najdłuższa żmija – mawiał Stanisław Jerzy Lec. Kiedy więc pandemia zostawi już za sobą tylko blady ślad w naszej pamięci, znowu spakujemy walizki i znowu ruszymy w świat.

Rzadko wracam w to samo miejsce. Jest przecież jeszcze tyle do zobaczenia. Są jednak takie destynacje, do których pojechałabym raz jeszcze i już teraz, gdyby nie pandemia. Dlaczego tam? Bo skrywają przyrodnicze cuda natury, kawałek nieskażonego świata i serdecznych ludzi.

 

Kraina tysięcy stup

Birma (oficjalnie Myanmar) to najbardziej fotogeniczny z krajów, które dotąd odwiedziłam. Nie trzeba mieć super sprzętu, aby zrobić dobre ujęcie. Tam każde miejsce jest niewiarygodnie piękne. Ładni są też Birmańczycy, niezwykle serdeczni i uczynni. Na początku wprawdzie nieco szokuje widok mężczyzn w spódnicach, tzw. longi, plujących gdzie popadnie czerwoną śliną, czyli obrzydliwym skutkiem ubocznym żucia betelu. Ale po chwili i to przestaje razić. Czy uśmiech na twarzach Birmańczyków to efekt betelu czy buddyjskiego podejścia do życia, trudno powiedzieć, jednak ich pogoda ducha zaskakuje, bo bieda wokół aż piszczy. Pomimo że kraj posiada jedne z największych złóż kruszców i kamieni szlachetnych, gazu i ropy naftowej, niezwykle żyzne ziemie, jest jednym z najbiedniejszych krajów Azji. Lata rządów junty wojskowej i międzynarodowe embargo doprowadziły ten kraj do bankructwa i izolacji.

Dla przybysza z Europy to zupełnie inny świat, podróż w czasie, niespotykana w dobie globalizmu odmienność kulturowa. To kraina tysięcy stup, buddyjskich świątyń, które zdają się pokrywać każdy zakątek kraju. Najbardziej okazała i najsłynniejsza sięgająca 100 metrów w górę to pokryta złotem świątynia Shwedagon w stolicy kraju Rangunie. To bajeczne, wręcz nierealne niczym filmowa scenografia miasto Bagan z czterema tysiącami kamiennych stup, pamietającymi czasy potężnej królewskiej Birmy. To jezioro Inn Lake ze swoimi pływającymi wioskami i rybakami wiosłującymi nogami. Czy wreszcie egzotyczne i niezatłoczone wciąż plaże w Ngapali Beach ze 100-metrowymi odpływami morza.

Jednak największe atrakcje Birmy leżą poza głównym szlakiem turystycznym. To m.in. stan Chin (czytaj: Czin) przy granicy z Bangladeszem. Dostać się tam można praktycznie jedynie rzeką Kaladan, płynąc kilka godzin starym promem, a potem jeszcze mulistą rzeką Lemro. To jeden z najbardziej odizolowanych od świata zakątków tego kraju. Dla odciętych od świata ludzi, z których większość nigdy nie była nawet w stolicy stanu. Nie ma tu telewizji, internetu czy stałych dostaw prądu. Ludzie żyją tam jak przed wiekami, w harmonii z naturą, a ich głównym żywicielem i oknem na świat jest rzeka. W niej się kąpią, piorą, pracują i bawią. Chinowie żyją z rybołówstwa, połowu krewetek rzecznych, uprawy ziemi i zbieractwa.

Tam też mieszkają niezwykłe kobiety. Mówią o nich pająki, bo ich twarze pokryte są tatuażami we wzór pajęczej sieci. Według miejscowych przekazów, tatuaż miał oszpecać młode  kobiety i chronić przed porwaniami na tle seksualnym. W ten sposób rodziny broniły swoje córki przed królewskimi wysłannikami, którzy przeczesywali wsie w poszukiwaniu coraz to młodszych kochanek dla swoich władców. Rodzice świadomie skazywali swoje córki na bolesne zabiegi i oszpecenie, broniąc je w ten sposób przed niewolą i dożywotnią rozłąką z rodziną. Na szczęście, od mniej więcej 40 lat nie kultywuje się już tego zwyczaju. Dzisiaj w kilku wioskach nad rzeką Lemro żyją ostatnie już kobiety-pająki.

 

 

Raj na ziemi ma kolor turkusu

Kiedy opuszczałam położony w gwatemalskiej dżungli Tikal, najtrudniej było mi się rozstać właśnie z nią. Wiedziałam, że w Gwatemali zobaczę jeszcze wiele miejsc przyprawiających o zawrót głowy, ale starożytne miasto Majów i otaczający je gęsty tropikalny las powaliły mnie na kolana. Tikal leży na terenie Rezerwatu Biosferycznego Majów na nizinie Peten, która zajmuje aż 1/3 tego trzykrotnie mniejszego od Polski kraju. Lasy tropikalne pokrywają zresztą aż połowę powierzchni Gwatemali, która słynie z niezwykłej bioróżnorodności i lasów chmurowych, zwanych też mglistymi. Zdumiewające bogactwo flory i fauny, nienaturalnych jak dla przybysza z Europy rozmiarów rośliny i drzewa, które w kilka lat mogą pochłonąć wielkie kamienne miasta, zamieniając wysokie piramidy w bujnie porośnięte wzgórza. Gigantyczne mahoniowce, cedry czy święta drzewa Majów – ceiby, paprocie, liany, bambusy, palmy, orchidee i żyjące wśród nich tapiry, jaguary, pumy, małpy, szopy i wiele endemicznych gatunków. Do tego ten duszny zapach, unoszące się o poranku mgły i… odgłosy. O zmierzchu dżungla wręcz hałasuje.

I kiedy myślałam, że nic mnie już tak nie zachwyci jak dżungla, dotarłam do miasteczka Lanquin w departamencie Alta Verapaz. Zobaczyłam pofałdowane, bardzo zielone wzgórza, w dolinie których wiła się górska rzeka, na bajecznie kolorowych kwiatach przysiadały wielkie motyle, a tuż przed oczami przelatywały egzotyczne ptaki. Wśród tych porośniętych soczystą zielenią gór położone jest Semuc Champay, nazywane przyrodniczym cudem Gwatemali. Połączenie tropikalnego klimatu z obfitością wody stworzyło niezwykle urodzajny ekosystem, w którym rosną kakaowce, bananowce i inne drzewa owocowe, pod którymi tuż przy ciekach wodnych ludzie uprawiają egzotyczne poletka.

W języku Majów Semuc Champay oznacza miejsce, w którym woda znika w ziemi. I tak faktycznie jest. Na rzece Cahabon natura utworzyła wapienny most o szerokości ok. 300 metrów, który składa się z siedmiu tarasowo ułożonych basenów. Przed najwyżej położonym rzeka spływająca z gór nagle chowa się pod nim, aby znowu pojawić się za ostatnim, siódmym tarasem, spadając do koryta wodospadem. Na jasnym wapiennym tle basenów woda przybiera cudownie turkusowy kolor, który odcina się od ciemniej zieleni otaczających tropikalnych lasów. W całej okazałości widać to ze szczytu wzniesienia El Mirador, gdzie znajduje się punkt widokowy. Z góry widać, jak w turkusowych wodach w wapiennych basenach kąpią się ludzie. Pływanie w nich i zjeżdżanie po wyślizganych przez wodę kamieniach do kolejnego niżej położonego basenu przypomina zabawę w aquaparku, z tą różnicą, że ten został stworzony przez naturę.

 

 

Tam, gdzie skały wyrastają z wody

Urzekająco piękną przyrodę odnalazłam też w Wietnamie. Przyrodniczy cud natury – Zatoka Ha Long to perła wietnamskiego krajobrazu i ewenement na skalę światową. Prawie 2000 wapiennych, porośniętych bujną zielenią wysp w Zatoce Tonkijskiej na Morzu Południowochińskim tworzy malowniczy labirynt. I nawet tysiące turystów przewożonych setkami statków każdego dnia nie odbierają temu miejscu urody. Nic dziwnego, że kręcono tam sceny do filmu o Jamesie Bondzie i do obrazu „Indochiny”. Większość wysp jest niezamieszkała, a te najmniejsze pojawiają się i znikną w zależności od poziomu wody. Między nimi natknąć się można na wioski rybackie na wodzie, których mieszkańcy żyją z rybołówstwa, ale też z turystyki, która coraz agresywniej odciska swoje piętno na tej przyrodniczej perełce.

O wiele spokojniej jest w kompleksie krajobrazowym Tam Coc i leżącym nieopodal Trang An. Położone na południowym krańcu delty Rzeki Czerwonej również słyną ze spektakularnych wystających z wody wapiennych formacji skalnych porośniętych lasem deszczowym. Płynąc rzeką mijamy po drodze pola ryżowe, wioski, jaskinie, a na niektórych wyspach malowniczo położone pagody otoczone ogrodami. Tu nie pływa się statkami, lecz małymi łódkami, które prowadzą zazwyczaj kobiety wiosłujące… nogami.

Wietnam to też legendarny już street food, zwłaszcza w Hanoi. Na każdym kroku garkuchnie, małe grille i wózki oferują potrawy i przekąski, których nie powstydziłyby się dobre światowe restauracje. Wietnamczycy to wirtuozi łączenia smaków słonych, słodkich, kwaśnych i pikantnych. Spoiwem jest sos rybny, którego Wietnam jest największym producentem. Kuchnia wietnamska jest niezwykle aromatyczna. Począwszy od zupy Pho Bo, której jest kilkaset odmian, ale klasyk to wołowy bulion z cienkimi paskami polędwicy, mnóstwem ziół, szczypiorkiem, limonką, świeżym chili, odrobiną imbiru, gwiazdką anyżu i kruszonymi orzechami arachidowymi. Ten azjatycki rosół jest obłędnie dobry, ale tu wszystko jest smaczne: krewetki czy kraby z sosem z tamaryndowca, sałatki z papai lub mango z kolendrą i miętą czy słynne sajgonki napchane warzywami, ziołami, mięsem, krewetkami. A wszystko dosłownie za grosze.

 

 

Złowrogie piękno wulkanu

Cudem natury jest cała grecka wyspa Santorini. Większość zdjęć reklamujących Grecję pochodzi właśnie stamtąd. Tak naprawdę to zatopiony w morzu wciąż czynny wulkan. W 1627 roku p.n.e nastąpiła jedna z największych w historii erupcja. Siła wybuchu była tak wielka, że środkowa cześć wyspy zapadła się na ponad 300 metrów pod powierzchnię morza, tworząc tym samym jedną z największych na świecie kalderę o średnicy 10 km.
Choć Santorini jest niewielką wyspą, którą można przejechać wzdłuż i wszerz w ciągu jednego dnia, to jej wulkaniczny urok działa nawet na tych, którzy widzieli już wszystko. To wyspa kolorów, w dużej mierze namalowanych przez erupcję wulkanu: biało-niebieskie miasteczka na szczytach czarnych skalistych klifów, w których przebijają czerwone odkryte przez wybuch wulkanu złoża rud żelaza. W dole lazurowe morze, na którym kołyszą się niebieskie rybackie kutry, a w oddali dostojnie suną wielkie białe cruisery, zostawiają za sobą spienione ślady.

Legenda zaginionej Atlantydy przyciąga na wyspę wielu jej poszukiwaczy oraz oczywiście masę turystów. Tych ostatnich wabi głównie niezwykle malowniczy krajobraz Santorini ukształtowany przez niszczycielski żywioł sprzed kilku tysięcy lat. Nie ma chyba nikogo, kto oparłby się urokowi białych miasteczek zawieszonych na kilkusetmetrowych klifach z widokiem na kalderę i okoliczne wyspy. Dwa najsłynniejsze miasta – stolica wyspy Thira i leżąca na północy Oia, spełnią nasze wyobrażenie o Grecji: białe domy i cerkwie z okrągłymi niebieskimi kopułami, wiatraki, dzwonnice. Plątanina wąskich uliczek, prowadzącej stromo w dół i w górę, którymi przeciskają się obok siebie ludzie i osły. Na pobielanych i nagrzanym słońcem murkach wygrzewają się koty, a na zawieszonych na zboczach klifu tarasach urokliwych knajpek turyści popijają ouzo, anyżową wódkę, która zmieszana z odrobiną wody nabiera mlecznego koloru. Wieczorem w Oia ouzo ustępuje prosecco, a miejsce kotów na murkach zajmują ludzie. Całe tłumy. Masy ludzkich ciał, które pokrywają każdy skrawek publicznej przestrzeni po zachodniej stronie miasta. Wszystko przez zachody słońca, równie mityczne co Atlantyda.

 

 

Europejskie Karaiby

Sardynia to idealnie miejsce dla miłośników natury. Licząca prawie dwa tysiące kilometrów linia brzegowa i skaliste wybrzeże skrywa w sobie piaszczyste plaże, bajeczne zatoki, natomiast ląd – trudno dostępne góry i płaskowyże. Do tego szmaragdowa woda i orzeźwiający wiatr sprawiają, że można się jak na egzotycznej wyspie. Nie bez przyczyny Sardynia nazywana jest Karaibami Europy. To raj dla żeglarzy, którzy cumują wielkie jachty w kameralnych miejscowościach, jak choćby Porto Cervo na północnym wschodzie wyspy. Wymuskane miasteczko dla milionerów jest symbolem Costa Smeralda, czyli Szmaragdowego Wybrzeża, najdroższego miejsca na wyspie. Zostało stworzona przez arabskiego księcia Aga Chana IV, którego tak urzekło piękno tego skrawka wybrzeża i niezwykły kolor wody, że postanowił odkupić je od rybaków.

Sardynię, niewiele mniejszą od Sycylii, zamieszkuje trzy razy mniej ludzi, a jej część, zwłaszcza górzysty interior, jest zupełnie dzika. Poziom urbanizacji wyspy jest stosunkowo niewielki, co dzisiaj stanowi jej wielki atut. Sardynia jest wprawdzie oblegana przez turystów, jednak nie znajdziemy tam tak charakterystycznych dla innych europejskich kurortów wysokich hotelowców. W trosce o zachowanie unikalnego charakteru wyspy jej władze konsekwentnie zabraniają intensywnej i wysokiej zabudowy.

Na spotkanie z niemal nieskażoną naturą warto się wybrać na położony na północy Sardynii archipelag La Maddalena, składający się z kilkudziesięciu wysepek, w większości bezludnych. Są one podobno pozostałością po lądzie, który kiedyś łączył Sardynię z Korsyką, doskonale zresztą widoczną z wysepek archipelagu. Niemal dziewicze kuszą białymi plażami z granitowymi formacjami skalnymi i turkusową wodą. Podobnych wrażeń dostarczają plaże w Zatoce Orsei po wschodniej stronie wyspy. Dostępne są właściwie jedynie od strony morza, gdyż potężny masyw górski utrudnia dotarcie do nich. Skaliste wybrzeże usiane jest jaskiniami. Najwspanialsza z nich Bue Marino, ciągnie się głąb góry na 11 kilometrów, z czego część dostępna dla ludzi ma tylko kilometr. Wielka grota przez stulecia była schronieniem dla fok mniszek. Ten ginący gatunek foki (w całym basenie Morza Śródziemnego jest ich zaledwie ok. 500) wyniósł się jednak z Bue Marino, wystraszony przez masy odwiedzających to miejsce ludzi. Może teraz, dzięki pandemii, tam wróciły.