Upa upa upa, niech żyje nasza grupa! Oda oda oda, Śledziowa Zagroda! Endżi endżi endżi, niech żyją nam Holendrzy! Te nienachalnie wyszukane przyśpiewki były na temat: w Zagrodzie Śledziowej w Starkowie urządzono Dzień Holenderski. W sierpniu będą Dni Duński i Szwedzki – ze śmierdzącą kulminacją, ale do Starkowa warto dojechać nie tylko na imprezę.

– Tylko pięcioro na sto dzieci lubi śledzie. Do śledzia trzeba dorosnąć – tłumaczył Wiesław Kamiński, oprowadzając gości Zagrody Śledziowej (w bok od drogi Darłowo-Słupsk, 10 km od Ustki). – Są dwie wersje: dorasta się, gdy samemu ma się dzieci, i druga – od kiedy pije się wódkę.

 

Trzy nogi, trzy daty

Zagroda Śledziowa stoi na trzech nogach: pensjonat (dla serca), muzeum (dla ducha), gospoda (dla ciała).
Pensjonat jest w domu z 1902 r., pozostałe zabudowania czworobocznej zagrody są z roku 1832, wyrytego na belce nadprożnej budynku bramnego, wciąż witającej gości.
Dostrzegą oni również rok 1869 na szynie kolejowej wytopionej w Duisburgu. Niosła pociągi na Pomorzu do czasu, gdy Pomorze wyzwolili od szyn Rosjanie. Ta została za kanister bimbru i do dziś od dołu wzmacnia strop jednego z budynków – tego, gdzie teraz jest muzeum, które w czerwcu, oprócz dziedzińca i gospody, nawiedzili ludzie na pomarańczowo.

 

Najpierw byli Holendrzy

W Dniu Holenderskim przybył m.in. autokar Holendrów spod Lęborka, gdzie jest ich diaspora, jak niegdyś na Żuławach. Są tu od sprowadzenia firmy Farm Frites, uprawiającej wielkie ziemniaki i robiącej z nich frytki. Dzieci rolnych osiedleńców z początku lat 90. mówią m.in. po polsku.
Dzień należał do Holendrów z oczywistego powodu: ich przodkowie przewodzili w śledziach już przed naszym chrztem. To im zawdzięczamy także dwa średniowieczne wynalazki: haczykowaty nożyk do usuwania ze śledzia wnętrz i samo usuwanie, co przesunęło w czasie psucie się ryb w beczkach, oraz matiasa – dziewiczego, tłustego śledzika z wiosennego połowu przed pierwszym tarłem, rozpływającego się w ustach jak masełko.
Matiasa odkrytego może nawet przez przypadek rybacy dla jego zalet wysłali na dwór królewski i tak jest do dziś: holenderscy poławiacze ścigają się o zaszczyt, kto pierwszy z wiosennego połowu przywiezie matiasy – od niego bowiem pierwsza beczka trafi do monarchy, który… przekaże ją na aukcję dobroczynną. Rekord padł dwa lata temu: 14.000 dolarów za 100 kilo śledzi, wypada 14 dolarów za matiasa.

 

Matias a prawie matias

Czym się różni matias od à la matiasa z supermarketu?

– Tym, czym cielęcina od wołowiny albo kurczak od koguta – objaśnia Wiesław Kamiński. – Doceniamy, że dostawcy hipermarketów uczciwie dodają na opakowaniach „à la”, czyli jakby. I nie krytykujemy tych „à la”, ale zapraszamy na prawdziwe: niemoczone, niepłukane, lekko osolone. Dojrzewając kilka tygodni, zachowują aromat i smak. Mają wycięty kręgosłup i zachowany centymetr ogona, żeby było za co chwycić. Idealne są same, wpuszczane z góry prawie wprost do gardła – tak smakują Holendrzy i Skandynawowie, albo w śmietanie z ziemniaczkami w mundurkach, co przyjęło się u nas. Sprowadzamy z Holandii, ale zapraszamy też na śledzie wprost od usteckich rybaków – smażone i po kaszubsku, także na rybę z naszej wędzarni. W bufecie gospody – słoiki i pamiątkowe autorskie puszki.

 

Śmierdzący rarytas

Następne międzynarodowe dni to duński (ok. 7 sierpnia) i szwedzki – ok. 20 sierpnia. Ukoronowaniem drugich będzie otwarcie puszek z wynalazkiem Szwedów – śledziem fermentującym, przy którym woń francuskich serów z pleśnią jest bezradna. Dlatego degustacja nastąpi w ogrodzie, pomieszczenia zapamiętałyby woń.
Uwaga! Puszek takich nie wolno brać do samolotu – to bombaż, gazy tak wzdymają, że może wybuchnąć.

Autor: Fitzroy / Foto: Fitzroy