Nie Jan Paweł II, nie Lech Wałęsa, ani Robert Lewandowski, lecz Kazimierz Kwiatkowski jest najbardziej znanym w Wietnamie Polakiem. Ten nieżyjący już architekt i konserwator uratował perły środkowego Wietnamu: cesarski pałac w Hue, stare miasto w Hoi An czy starożytne położone w dżungli sanktuarium My Son.

 

Kazik, biały brodacz, człowiek z dżungli, tak o nim mówili Wietnamczycy. Czego dokonał ten mało znany w swojej ojczyźnie Polak, że stał się bohaterem narodowym Wietnamu, któremu stawia się tam pomniki?
Urodzony w 1944 roku na Lubelszczyźnie architekt w latach osiemdziesiątych wyjechał do Wietnamu w ramach polskiej misji pomocy dla Wietnamu. Kierował tam pracami restauracyjnymi zniszczonych w czasie wojny amerykańsko-wietnamskiej historycznych miejsc. Dzisiaj wszystkie znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO, a obok Zatoki Ha Long są największymi atrakcjami turystycznymi tego kraju. Architektowi z Lublina Wietnamczycy zawdzięczają zachowanie ich dziedzictwa kulturowego, a jednocześnie spore wpływy z turystyki.

Miasto lampionów

Brodaty Kazik z Polski odbudowywał architektoniczne perełki Wietnamu nie tylko z wielką pasją, ale wręcz z narażeniem życia, gdyż aby przystąpić do pracy, wcześniej należało te miejsca rozminować. Toczył też batalie z komunistycznymi władzami Wietnamu, które chciały pozwolić na przejazd buldożerami po zniszczonej przez wojnę drewnianej starówce w Hoi An. W miejscu starych domów kupieckich i świątyń rząd zamierzał – na wzór radzieckich trendów, które rozpanoszyły się w całym prosowieckim bloku – postawić osiedle z betonu. Kazik nie chciał dopuścić do tej kulturowej i architektonicznej zbrodni, użył więc wszystkich swoich dyplomatycznych talentów, aby odwieść władze od tego pomysłu.
Hoi An, położone w środkowym Wietnamie na jedwabnym szlaku handlowym, było ważnym portem na Morzu Południowochińskim. Zatrzymywali się tu kupcy z Chin, Japonii, Europy, którzy pozostawili swoje ślady w architekturze miasta. W niskiej, kameralnej zabudowie starówki mieszają się wpływy i elementy kultury chińskiej, wietnamskiej, portugalskiej, francuskiej, japońskiej. Dzięki Kwiatkowskiemu możemy dzisiaj podziwiać tę niezwykłą fuzję kultur, a ludzie z całego świata przyjeżdżają do Hoi An, aby rozkoszować się klimatem urokliwej starówki miasta.

Rozgościło się na niej mnóstwo restauracji i kawiarni, w których też funkcjonują międzynarodowe szkoły gotowania, stoiska z wybornym wietnamskim street foodem, sklepiki, galerie. Najciekawsza z nich to utworzona w postfrancuskiej wilii galeria Precious Heritage by Rehahn. Można w niej zobaczyć efekty kilkuletniej pracy znanego francuskiego fotografa Rehahna, który odwiedził niemal wszystkie plemiona Wietnamu, także te nieliczne, ukryte w górzystych zakamarkach kraju, do których trudno dotrzeć. Jemu się udało, co więcej pozyskał zaufanie tych ludzi, mieszkał z nimi i jadł. Efektem są fotograficzne dzieła sztuki, prawdziwe unikaty. Przedstawiają głównie kobiety z poszczególnych plemion w ich naturalnym otoczeniu, w sytuacjach prywatnych, w plemiennych strojach. Po ich twarzach widać, że fotograf nawiązał ze swoimi modelkami niezwykłą więź, nie ma w nich pozowania, udawania, skrępowania. Widać za to prawdziwe łzy, śmiech, radość, zadumę czy zmartwienie.

Hoi An zwane to także miasto lampionów, które zawieszone dosłownie wszędzie – na ulicach, fasadach domów, na drzewach – tworzą po zmroku wręcz magiczną atmosferę. Mnóstwo ich też pływa po przecinającej starówkę rzece – miejscowi, a w ślad za nimi turyści wierzą, że puszczone na wodę przynoszą szczęście. To wszystko sprawia, że Hoi An choć niemiłosiernie zatłoczone przez turystów jest tak romantyczne i przyjazne, że nie chce się stamtąd wyjeżdżać.

Miasto w dżungli

Około 40 kilometrów od Hoi An leży w dżungli My Son, zwane wietnamskim Angkor Watem.

To kompleks 70 świątyń hinduskich z okresu VII-XIV wieku ludu Czamów, kiedyś dość licznie zamieszkującego te tereny, w tak zwanym Państwie Czampa. Starożytne sanktuarium ku czci Śiwy przetrwało kilkaset lat, ale tego, czego nie pochłonęła dżungla, zniszczył człowiek. Amerykanie zrzucili na My Son tysiące bomb, równając z ziemią większość świątyń, w tym najwyższą, na której znajdował się nadajnik radiowy Wietkongu. Do dzisiaj widać tam leje po bombach, ślady po pociskach i tablice ostrzegające przed schodzeniem z wyznaczonego szlaku.

Kwiatkowski zastał tam praktycznie naszpikowane minami gruzowisko, które najpierw z niewielką ekipą miejscowych  musiał oczyścić. Zamieszkał… w bambusowym szałasie w dżungli. Tak bardzo pokochał to starożytne miasto, że mimo trzykrotnej malarii, nie chciał opuścić dżungli i wciąż kierował rekonstrukcją hinduistycznego miasta.

Trudno się dziwić zachwytowi architekta z zimnego kraju: położone w dżungli, wśród bujnej roślinności sakralne obiekty w kształcie wież zbudowane z cegły i bogato zdobione płaskorzeźbami robią niezwykłe wrażenie. I skrywają wiele tajemnic, także tych najbardziej intrygujących dla architekta i konstruktora. Ich budowniczowie wiedzieli, jak i z czego budować, aby mikroklimat dżungli, nie tylko nie zaszkodził świątyniom, ale stał się ich sprzymierzeńcem. Umiejętnie potrafili wykorzystać roślinność i wilgotność do konstruowania obiektów. Między cegłami nie widać dzisiaj śladów żadnego spoiwa, musieli więc prawdopodobnie używać żywicę drzew i naturalną wilgotność otoczenia. Kazik do 1989 roku uratował prawie 20 obiektów, do kilku z nich można wejść, m.in. do tego, w którym znajduje się stała ekspozycja sztuki czamskiej.

Miasto zakazane

Kazimierz Kwiatkowski od 1995 r. kierował także pracami konserwatorskimi na terenie Cesarskiej Cytadeli, Zakazanego Miasta i kompleksu grobowców władców z dynastii Nguyen w Hue, dawnej stolicy Wietnamu. Cytadela, która powstała w latach 1802-32, to rozległy teren nad Rzeką Perfumowaną otoczony wysokim na 6 metrów murem, którego obwód wynosi 10 km. Za nim znajdują się dzielnice mieszkalne, świątynie, ogrody, ulice, a centralną część zajmuje cesarskie miasto, otoczone osobnym murem, wraz z Zakazanym Purpurowym Miastem, do którego wstęp miała jedynie rodzina cesarska i wybrani służący.
Za wysokimi murami znajduje się jeden z najpiękniejszych pałaców Azji. Z balkonu pięciu feniksów ostatni cesarz Wietnamu Bao Dai odczytal w 1945 r. swoją abdykację, do której zmuszony przez komunistycznego przywódcę Ho Chi Minha, który został szefem rządu Demokratycznej Republiki Wietnamu, a cesarza mianował „Najwyższym Doradcą”. Po roku były władca opuścił kraj, nie zgadzając się z polityką rządu. W 1949 r. powrócił i stanął na czele powstałego na południu kraju i pozostającego pod francuskimi wpływami Państwa Wietnamskiego. W 1955 r. został obalony w wyniku sfałszowanego referendum. Od tego czasu przebywał na emigracji. Zmarł w Paryżu w 1997r.
Od 2017 r. głową cesarskiego rodu jest wnuk ostatniego cesarza, który wraz z matką pozostał w kraju. Przez lata żył w biedzie, utrzymując się z handlu na bazarze. Kilkukrotnie usiłował uciec za granicę. W 1992 r. otrzymał pozwolenie na wyjazd i wyemigrował do USA. Mieszka w Westminster w Kalifornii, w mieście z największym w USA skupiskiem emigracji wietnamskiej i pracuje na niskim stanowisku w jednej z amerykańskich firm. A pałac jego dziadka w Hue to już tylko atrakcja turystyczna. W przywróceniu jej dawnej świetności miał swój udział polski architekt.
Kwiatkowski rozpoczął prace konserwatorskie w cytadeli w Hue w 1995 r., jednak nie zdołał skończyć swojej pracy, gdyż po dwóch latach zmarł nagle na atak serca. Miał zaledwie 53 lata. Trumna z jego ciałem została odprowadzona na lotnisko w uroczystym kondukcie pogrzebowym, który wyruszył z Cytadeli. Wietnamczycy pożegnali go po cesarsku.
Miasto pachnące kawą

Kiedy już zwiedzicie miejsca uratowane przez naszego rodaka, warto zatrzymać się w którejś z licznych w Wietnamie kawiarni na filiżankę, a raczej szklankę kawy. Wietnam to drugi po Brazylii największy producent kawy, a jego mieszkańcy nie wyobrażają sobie dnia bez kilku porcji tego napoju.

Mają też swój własny sposób parzenia. Stosują małe filtry kroplowe, z których napar ścieka powoli do szklanki. Wcześniej na dno wlewają skondensowane słodkie mleko, które idealnie współgra z mocnym i wyrazistym smakiem kawy.

Nie sposób pomylić wietnamską kawy z inną, gdyż większość gatunków ma mocno wyczuwalny aromat i smak czekolady. To efekt sposobu prażenia ziaren, które są niezwykle tłuste. Z powodu gorącego klimatu Wietnamczycy najchętniej piją kawę na zimno, z kostkami lodu i różnymi dodatkami m.in. z wiórkami kokosowymi, anyżem, jajkiem.

Produkują też najdroższą kawę na świecie – Kopi luwak, której kilogram kosztuje około tysiąca euro. Ta astronomiczna jak na kawę cena wynika z faktu, że roczne światowe „zbiory” tego gatunku kawy wynoszą zaledwie 300–400 kg. To bowiem kawa pozyskiwana z odchodów zwierzęcia zwanego łaskunem lub cywetą, a lokalnie luwakiem.

Łaskun chętnie zjada owoce kawowca, ale nie trawi jego nasion, a jedynie miąższ. Po nadtrawieniu przez enzymy trawienne i lekkim sfermentowaniu przez bakterie produkujące kwas mlekowy ziarna przechodzą przez przewód pokarmowy i są wydalane.

Brzmi okropnie, dlaczego zatem ten rodzaj kawy jest tak ceniony przez smakoszy? Zwierzę zjada tylko najlepsze owoce, które po przejściu przez jego przewód pokarmowy tracą gorycz, a kawa wytwarzana z tak pozyskanych ziaren zyskuje podobno łagodny aromat i szlachetny smak. Podobno, bo według mnie niczym nie różni się od innej wietnamskiej kawy. Ale to może kwestia wrażliwości podniebienia. I wrażliwości sumienia. Dopóki odchody łaskunów i znajdujące się w nich ziarna kawy zbierano w naturze, była to ciekawostka kulinarna. Gdy jednak dla szybkiego zysku zaczęto łowić te zwierzęta, zamykać w klatkach i karmić owocami kawy, spożywanie tego jej gatunku uważa się za nieetyczne. Śmiertelność uwięzionych łaskunów jest bowiem bardzo wysoka.

 

Tekst i zdjęcia: Beata Ostrowska