chrystus Ludzie

Chrystus to ikona uchodźcy

Kościół jedyne, co może robić, to apelować o odrzucenie skrajnych emocji, które miałyby nas hamować przed przyjęciem uchodźców. Jeżeli będziemy pewni, że są to uchodźcy, a nie ludzie mający złe intencje, będziemy zdolni ich przyjmować. Problem polega na tym, że w Polsce nie ma właściwie polityki migracyjnej – przekonuje ksiądz biskup Krzysztof Zadarko, biskup pomocniczy koszalińsko-kołobrzeski, przewodniczący Rady ds. Migracji, Turystyki i Pielgrzymek, delegat ds. Imigracji Konferencji episkopatu Polski. Rozmawia Andrzej Mielcarek.

 

Jak Polak-katolik ma sobie z tym poradzić? Kościół mówi mu: „masz obowiązek pomagać uchodźcom”, a politycy i ulica krzyczą: „to nie uchodźcy, to imigranci ekonomiczni szukający naszym kosztem lepszego bytu, a pewnie i islamscy terroryści”.

– Jestem spokojny, jeśli chodzi o katolików czy, ogólniej, chrześcijan. Gdyby przed jakimkolwiek domem stanęła dzisiaj rodzina uchodźców, ludzie jej pomogą w tym najprostszym wymiarze – nakarmią, czasowo dadzą schronienie. Jestem o tym przekonany, bo w Polsce już są uchodźcy i to w dużej liczbie – choćby Czeczeni, których ponad 100 tysięcy w 1997 roku przeszło przez Polskę. Po czasie pozostało ich u nas – jak się szacuje – nawet 20 tysięcy. Pozostali w Polsce. Tak jak uchodźcy z Wietnamu czy Korei Północnej. Ci ludzie odnajdują się w naszym kraju, nie uciekają dalej na Zachód. I nie ma aktów wrogości wobec nich.

 

– Tak jak wobec 20 tysięcy legalnie przebywających w Polsce Wietnamczyków, którzy wtopili się w nasze społeczeństwo, ciężko pracują, posyłają dzieci do szkoły.

– Kiedy latem tego roku wybuchła sprawa uchodźców, a Fundacja estera pani Miriam Shaded zaproponowała sprowadzenie do naszego kraju trzech tysięcy Syryjczyków-chrześcijan, to jak wiem od zaangażowanej w akcję siostry Małgorzaty Chmielewskiej, zgłosiło się bardzo dużo Polaków, gotowych przyjąć uciekinierów. Były to osoby indywidualne, rodziny, instytucje, parafie. Jak widać jesteśmy gotowi pomagać ludziom znajdującym się w niebezpieczeństwie. Jesteśmy gotowi do pomocy właśnie dlatego, że jesteśmy katolickim krajem. Gorzej, gdy zdarzają się sytuacje, jak ta w Śremie czy pod opolem, gdzie rodziny syryjskie bez słowa zniknęły, wyjeżdżając na Zachód. okazuje się, że ci ludzie poszukiwali lepszego życia, a nie tylko schronienia i tymczasowej opieki. To bardzo zniechęca.

 

1

– Emigranci ekonomiczni często na Zachodzie mają krewnych, jakieś punkty zaczepienia.

 

– Ich celem nie jest pozostanie w pierwszym bezpiecznym kraju Unii europejskiej, ale dotarcie do Niemiec. To jest pierwsza przyczyna zniechęcenia do pomagania. A druga to akcje terrorystyczne, które w jednoznaczny sposób są wiązane z przybyszami z tamtego regionu. Tymczasem sprawcy zamachów to zazwyczaj obywatele Unii europejskiej, którzy są rodowitymi Belgami czy Francuzami. W Państwie Islamskim przeszli tylko szkolenie, po którym po prostu wrócili do europy.

 

– Oni są niebezpieczni, bo znają już europejskie warunki. Terrorysta, aby był skuteczny w konkretnym środowisku, zwłaszcza miejskim, musi je znać.

– Nie może być to imigrant, który ląduje w obcym miejscu, nie znając języka, nie znając kultury. Trzeba koniecznie rozdzielać dwa fenomeny: zjawisko uchodźstwa i zjawisko, niestety, napierającego paralelnie islamu, zderzenia kulturowego, które dokonuje się na naszych oczach.

Po ostatnim szczycie Ue na Malcie nie mam żadnych wątpliwości, że dodatkową przyczyną napędzającą uchodźców do europy jest skrajna bieda i rządy dyktatorskie w biednych krajach Afryki Północnej. Bo oprócz Syryjczyków czy Irakijczyków chroniących się przed wojną, zdecydowana większość to uciekinierzy z krajów Północnej Afryki oraz Pakistanu i Afganistanu. Źródłem lęku europejczyków, a w tym i Polaków, jest głównie obawa, że ci ludzie przyniosą z sobą niewyobrażalne zagrożenie, nie tylko terrorystyczne. Wiadomo już z doświadczeń dużych miast, na przykład Paryża, że oni nie integrują się z miejscowym społeczeństwem, nie chcą tego.

 

– Powstają dzielnice-getta.

– To pogłębia jeszcze ich kompleksy, bo mają kiepskie wykształcenie, są wykluczeni, odrzuceni i na dokładkę mieszkają w „złym miejscu”. Kiedy widzą parę ulic dalej ludzi bogatych, sytych i szczęśliwych, pojawia się w nich pokusa sięgania po przemoc, bo „my też tak chcemy”. I to jest najpoważniejsze źródło zagrożenia. – Wróćmy do liczb. Jeśli byliśmy w stanie jako państwo, w sposób dla przeciętnego obywatela właściwie niedostrzeżony, „obsłużyć” 110 tysięcy Czeczenów jako czasowych uchodźców, a 10-20 tysięcy wchłonąć na stałe, to owe siedem czy osiem tysięcy przypisanych nam przez Ue uchodźców to jest właściwie niewiele. Ale jednak obawa przed nimi mocno rozlała się w społeczeństwie. – ona wynika z lęku zbudowanego na telewizyjnych obrazach i przekonaniu, że pośród płynących z południa tłumów ukrywają się terroryści. W ten sposób odzywa się instynkt samozachowawczy – społeczny, nie tylko indywidualny. Lęk potęguje fakt, że Unia europejska jako wielopaństwowy organizm jest bezradna i niezdolna do organizowania wspólnego życia całej europy, że wszystkie konwencje, wszystkie pisane reguły postępowania z uchodźcami czy emigrantami zawodzą. one były pisane dla „normalnej” imigracji, kiedy wszystko dało się poddać kontroli. Myślę o Konwencji Genewskiej czy Dublińskiej. obecnie, przy tak zmasowanej liczbie ludzi mechanizmy te nie są w stanie niczego kontrolować, a więc również zapobiec groźbie terroryzmu.

 

– Co więc robić?

– Trzeba byłoby się zastanowić, jaką genezę ma ten terroryzm. A bierze się on z buntu dużych grup, nawet w jakimś sensie państw, które dotarły do takiej granicy ubóstwa, do takiej granicy niesprawiedliwości, że jedyne co przychodzi im do głowy, to osiągnąć sprawiedliwość poprzez broń i wojnę. Wojna z najsilniejszymi, najbogatszymi tego świata, którzy w tamtych regionach (w Afryce Północnej, na Bliskim Wschodzie) od dziesięcioleci uprawiają politykę wyzysku, jest walką beznadziejną.

 

– Państwa bogatego Zachodu właściwie uprawiają politykę współczesnego kolonializmu.

– Pojawia się problem skutków interwencji polityczno-militarnych wielkich państw. Wiosny Ludów w kolejnych krajach arabskich pojawiały się tam, gdzie występuje ropa naftowa. Wiemy, że działo się tak z inspiracji państw zachodnich i niektórych czynników politycznych. To rozbudziło aspiracje w całych grupach etnicznych. Ci ludzie chcą żyć w bogactwie, ale na pewno mają inne pojęcie życia społecznego niż my. Pojęcie demokracji zachodnioeuropejskiej jest im obce. oni tego nie chcą.

 

2

– Interwencje spowodowały utratę równowagi, jaka tam 30-40 lat temu powstała. Na obszarze Azji Mniejszej i Północnej Afryki toczy się wojna i skutkiem tego miliony ludzi są pozbawione domu. Choćby te cztery miliony Syryjczyków koczujących pod namiotami w Turcji, Jordanii czy Libanie lub te 10 milionów ludzi pozbawionych dachu nad głową wewnątrz Syrii. Do Europy dotarli ci, którzy mieli siłę i pieniądze. A tam są miliony ludzi w beznadziejnych warunkach. Jak im pomagać?

– Jako Kościół Katolicki jesteśmy obecni tam od pięciu lat, od kiedy wybuchł konflikt wojenny w Syrii. Zbieramy pieniądze – na przykład poprzez Papieskie Stowarzyszenie Kościół w Potrzebie – na żywność, odzież, a przede wszystkim na opiekę medyczną. Fundujemy mobilne szpitale, opłacamy lekarzy, kupujemy leki. Pieniądze płyną nieustannie, aby pomóc tam na miejscu, w  obozach. Zdecydowana większość ludzi nie chce uciekać do europy. oni chcą powrócić do swoich domów. Dlatego, co mi się wydaje oczywiste, należy wpływać na politykę państw, by czuły presję. Tej sprawy nie da się rozwiązać poprzez otwarcie bram europy, bo w ten sposób zniekształcimy całą strukturę regionu. Zostawimy całe kraje zdewastowane i spustoszone po wojnie, po bombardowaniach, na pastwę jeszcze większej biedy. Trzeba tych ludzi mobilizować, aby oni mieli jakąś nadzieję na przyszłość. Trzeba im uświadamiać, ze ucieczka nie jest rozwiązaniem, w europie nie będą żyli szczęśliwiej, nigdy nie będą u siebie, zawsze będą drugą kategorią.

 

 

– Ale co dalej?

– Jak to zazwyczaj jest w starciu cywilizacji, będą wstrząsy, konflikty. Unia europejska nie ma dzisiaj pomysłu na to, jak urządzić wspólne życie z gwałtowną falą zupełnie obcej nam kultury i religii.
To ciągle jest szukanie rozwiązania głównie na płaszczyźnie finansowej: „damy pieniądze albo wyślemy nasze wojska”. Widać wyraźnie, że to nie działa. Przerażające, że innej perspektywy nikt z polityków nie kreśli, a to oni odpowiadają za całą sytuację.

 

– Skutkiem tego wszystkiego w Europie dominują emocje. Pojawia się dużo lęku także w społeczeństwie polskim. Kościół ma jednoznaczną postawę – pomagać. Z drugiej strony wielu wiernych odrzuca takie wezwanie. Jak to przełamać?

– Kościół jedyne, co może robić, to apelować o odrzucenie skrajnych emocji, które miałyby nas hamować przed przyjęciem uchodźców. Jeżeli będziemy pewni, że są to uchodźcy, a nie ludzie mający złe intencje, będziemy zdolni ich przyjmować. Problem polega na tym, że w Polsce nie ma właściwie polityki migracyjnej. Z tego co mi wiadomo, w europie Zachodniej wszystkie pomysły integracyjne z dużymi grupami uchodźców czy imigrantów nie wypaliły, bo w zdecydowanej większości okazało się, że tworzą oni getta. Dzieje się tak obok indywidualnych przykładów ludzi, którzy odnaleźli się w nowych warunkach, nie stracili swojej tożsamości (jako na przykład muzułmanie) i  którzy rosną w tej społeczności w drugim czy trzecim pokoleniu, są bardzo dobrymi obywatelami danych państw. Ale to wszystko przed nami. W Polsce dopiero będziemy tworzyć programy integracyjne.

 

– Chyba stosunkowo dobrze sobie z  tym poradziły kraje skandynawskie, Szwecja czy Norwegia.

– Dlatego, że to są ludnościowo niewielkie kraje i one są z  natury bardzo spokojne i  tolerancyjne. Te społeczeństwa wytworzyły program otwartości na innych. Nie wiem, na ile jest to wzorzec do naśladowania, na ile da się to odtworzyć. U nas, w Polsce, bardzo mocno jest akcentowane poczucie tożsamości polskiej, w tym też katolickiej. Tożsamości, która daje nam poczucie stabilności i pewności, bezpieczeństwa, że wiemy, kim jesteśmy, dobrze się rozumiemy w tej samej grupie. I na pewno jest to teraz wyzwaniem, jak się otworzyć na innych. Nie unikniemy migracji, nie unikniemy napływu ludzi z innych krajów, języków czy kultur, ponieważ jest to obecnie w skali globalnej zjawisko numer jeden.

 

– Boimy się abstrakcyjnych „obcych”, a tymczasem liczby pokazują, że w Polsce przybywa z roku na rok emigrantów ekonomicznych, w większości Ukraińców. Ponad trzysta tysięcy oficjalnych uprawnień do podjęcia pracy w Polsce wydanych im w tym roku o czymś świadczy.

– Trzeba pamiętać, że oni są z tego samego kręgu cywilizacyjnego. Nawet jeśli nie są katolikami, to są prawosławnymi, Słowianami, co bardzo ułatwia naszą integrację, nasze bycie razem. Ale my, Polacy, jesteśmy otwarci na inność. Trzy miliony Polaków wyjechało z Polski i odnalazło się w innych krajach, na zliberalizowanym, zsekularyzowanym Zachodzie. Odnajdują się w  innych warunkach, w innym języku. Mieszkają częstokroć wśród imigrantów z innych części świata, mają przyjaciół również wśród muzułmanów.

 

– Ogromną rolę w kształtowaniu postaw i emocji mają media. Rozbierają na czynniki pierwsze każdy incydent terrorystyczny w Europie, a systematycznie dokonywane na Południu masakry chrześcijan najwyżej wzmiankują. Tymczasem w krajach arabskich objętych wojną i w islamskich krajach Afryki chrześcijanie są masowo zabijani, torturowani, zamieniani w niewolników.

– Rzeczywiście, ten temat w większości mediów europejskich jest marginalizowany. A chrześcijanie są prześladowani i to w ogromnej skali, właściwie niewyobrażalnej. Jeśli uświadomimy sobie, że w Korei Północnej 300 tysięcy chrześcijan jest w obozach pracy tylko dlatego, że są chrześcijanami, mamy przed oczyma właściwie obraz zagłady współczesnych męczenników. Statystyki ostatniej dekady pokazują, że na całym świecie ginie rocznie – różnie to wygląda w poszczególnych latach- między 70 a 110 tysięcy wyznawców Chrystusa. osiemdziesiąt procent tych przypadków dzieje się w krajach arabskich. Jeśli mimo wszystko te liczby docierają do świadomości europejczyków, to mogą rodzić taki tok rozumowania: „skoro oni tam mordują chrześcijan, to jak będą postępować, kiedy zamieszkają między nami?”. Wszystko jest w rękach naszych władz, które są odpowiedzialne za zapewnienie bezpieczeństwa i  budowanie warunków współistnienia. odpowiedzią na te wyzwania nie może być zamknięcie granicy przed obcymi. My, społeczeństwo polskie, za dziesięć lat będziemy potrzebowali czterech milionów ludzi na rynku pracy. To nie będą Polacy, bo rodzi się nas za mało. Mamy niż demograficzny…

 

– … i  stały odpływ ludzi w  wieku produkcyjnym, wybierających emigrację.

– Jeśli mamy jakoś funkcjonować jako państwo polskie, będziemy potrzebowali dopływu nowych rąk do pracy. Możemy oczywiście powiedzieć, że w związku z tym zapraszamy więcej Ukraińców czy Polaków ze Wschodu. Ale ich będzie 20-30 tysięcy rocznie, a nam będzie potrzeba czterech milionów. Stoimy przed bardzo wielkim wyzwaniem, jak to zorganizować.

 

– Czy w obrębie episkopatów europejskich odbywa się jakaś dyskusja o tym, co wspólnie zrobić, żeby ułatwić nieunikniony proces wtapiania w społeczeństwa europejskie milionów przybyszów?

– To gorący temat. Najbardziej zaangażowana jest w to Caritas – światowa, europejska i w poszczególnych krajach. Przedstawiciele tych struktur mają przygotowane bardzo konkretne programy. Po pierwsze, tam nie ma pytania „czy przyjmujemy uchodźców”; tam jest kwestia „jak”. Poza władzami państwowymi odpowiedzialność ponoszą również samorządy. Ludzie będą musieli gdzieś –
po opuszczeniu obozów dla uchodźców czy pierwszych punktów kontaktowych – wylądować. Znaleźć jakieś mieszkanie, schronienie. I dopiero na końcu, gdy dwie struktury – państwowa i samorządowa – zadziałają, Kościół ma swoją rolę. Rolę pomocniczą. I tak to jest w innych krajach. Jeździłem do obozów dla uchodźców w Szwajcarii i w Niemczech i przyglądałem się programom, jakie Kościół tam realizuje. Sprawdzone od lat. Taka Szwajcaria ma wieloletnią tradycję przyjmowania uchodźców, głównie politycznych. Tam kościelne struktury, zwłaszcza Caritasu, wiedzą, gdzie jest ich miejsce i to się doskonale sprawdza. Jest sprawnie działający łańcuch: państwo, samorząd i Kościół albo inne organizacje pozarządowe, fundacje, stowarzyszenia, które zajmują się pomocą, w tym również pomocą uchodźcom. Na pewno te wzorce są dopracowane i skuteczne, dla nas są bardzo pomocne. I widzę, że one w przygotowaniach Caritas Polska i Caritas diecezjalnych już zaczęły się pojawiać. Na ten temat są już szkolenia, bo trzeba bardzo dużej wiedzy prawniczej, z czym i z kim mamy do czynienia, musimy znać procedury, zarówno unijne, jak i nasze, polskie, no i musimy wiedzieć, jakie są oczekiwania na etapie integracji. Inaczej mówiąc – jak się organizuje szkolenia językowe, spotkania międzykulturowe, na czym polegają największe trudności w odnajdywania się zarówno uchodźców, jak i ludzi, którzy za chwilę będą z nimi żyli po sąsiedzku. To jest gigantyczna praca. Powiedziałby, że powoli się tego uczymy.

 

– Jesteśmy w czasie, który sprzyja refleksji nad takimi sprawami, bo zbliża się Boże Narodzenie a Święta Rodzina to też przecież uchodźcy.

– Od tego powinniśmy rozpocząć refleksję Kościoła: Jezus, Matka Boża, Józef – to ikona uchodźcy. To jest obraz rzeczywistości kogoś, kto ucieka przed śmiercią. Ucieka do sąsiedniego kraju nie na dzień, nie na dwa, ale na lata – z tego, co wiemy. Inny wątek refleksji, to fakt, że naród izraelski też był narodem, który uciekał do egiptu i dopiero Mojżesz go stamtąd wyprowadził. W historię Izraela wpisanych jest kilka takich sytuacji, kiedy jako naród znajdowali się na obczyźnie, byli wygnani, wypędzeni – w niewoli asyryjskiej, babilońskiej. To są historie, które u proroków i w całym Piśmie Świętym są w jasny sposób spuentowane: Bóg mówi w każdych tych sytuacjach, żebyśmy byli otwarci na cudzoziemców, a w szczególności na uchodźców. I taka jest wymowa nauki Kościoła, w szczególności nauczania papieża Franciszka, który jednoznacznie mówi: „mamy obowiązek przyjąć uchodźców”. Jak wiemy, on sam jest z rodziny emigranckiej, dlatego może lepiej to czuje i rozumie. Ale to nie jest kwestia refleksji czułego i wrażliwego człowieka, tylko to płynie wprost z Pisma Świętego. Z tym najważniejszym cytatem z ewangelii św. Mateusza w 25. rozdziale: „Byłem głodny, a daliście mi jeść. Byłem spragniony, a daliście mi pić. Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie”. Ja myślę, że ta wrażliwość jest w nas, tylko problem – jak zawsze – leży w szczegółach.