Daria Wiktoria Kopiec w 2018 roku wygrała 9. Koszalińskie Konfrontacje Młodych „m-teatr”. Nagrodę otrzymała za reżyserię spektaklu „Zakonnice odchodzą po cichu”, opartego na reportażu Marty Abramowicz. Na scenę Bałtyckiego Teatru Dramatycznego powróciła z tekstem Martyny Lechman „Żeby umarło przede mną”, inspirowanym zbiorem reportaży Jacka Hołuba, a poświęconym matkom dzieci z niepełnosprawnością. Premiera miała miejsce 19 września i zainaugurowała 11. KKM „m-teatr”.

 

„Żeby umarło przede mną” to spektakl o patrzeniu, a raczej dostrzeganiu. Zapowiadają to już pierwsze sceny, w której aktorzy bezpardonowo włączają widzów w spektakl, odwracając role: to nie my patrzymy na nich, ale oni na nas. Stajemy się obiektem obserwacji wbrew woli, nieśmiałości czy wręcz wstydowi, dokładnie tak, jak doświadczają tego osoby z niepełnosprawnością i ich opiekunowie. Zaciera się granica między „wy” i „my”, jesteśmy jednym teatralnym organizmem, bez podziału na strefy. Integrujący i, wydawałoby się rozluźniający, zabieg paradoksalnie wyprowadza z tzw. sfery komfortu i pozostawia na jego obrzeżach do końca. Napięcie narasta wbrew zabawnym scenom. Do drugiej części docieramy bez uśmiechu, zderzając się twardą rzeczywistością, tą spoza statystyk.

Dla dzieci z niepełnosprawnością matki to ich oczy, uszy, ręce, nogi, siła i łączność ze światem. Niewidzialne. Stopione z organizmem społecznym, jak aktorzy w swoich burych strojach z szarą scenografią. W rodzinach bywają niezbędnym rekwizytem codzienności. Tam, gdzie z narodzinami dziecka dla jednych zaczyna się radość, dla nich kończy się wolność, sen i tożsamość. Są obowiązki, rutyna, od której nie ma ucieczki i paraliżujący strach o nieobecność, która pozbawi dziecko opieki. „Żeby umarło przede mną” to dojmujący obraz transparentności ludzi z drugiego planu.

Głosem kilku matek z reportażu Jacka Hołuba ze sceny mówi jedna bohaterka odtwarzana przez kilku aktorów. Opowiada złożoną z wielu doświadczeń uniwersalną historię o bezsilności, zmęczeniu, życiu ponad siły, strachu o przyszłość, wielkiej samotności i jeszcze większej, bezwarunkowej miłości do dziecka, która pozwala trwać. Nie ma w tym głosie wysokich tonów, płaczliwych nut ani pretensji. Jest ten rodzaj gorzkiej mądrości, która wprawia w konsternację. Prośba o uważne, nie litościwe, spojrzenie.

Największa wartość spektaklu Darii Wiktorii Kopiec tkwi w subtelnym języku opowiadania. Nic w oszczędnej inscenizacji nie odwraca uwagi od meritum, ale wszystko ma znaczenie. Raz ciepłe, raz zimne światło kreuje nastrój. Stół łączy lub dzieli, krzesła pozwalają dowolnie przestawiać role i urządzać sceniczny świat. O dziewczynkach chorujących na zespół Retta – jak córka bohaterki spektaklu, Justyna – mówi się, że w dłoniach obracają niewidzialną kulę. Czy to zainspirowało reżyserkę do użycia piłek w roli wielofunkcyjnych rekwizytów, nie wiem, ale mnóstwo jest w spektaklu niuansów budujących jego szlachetną spójność. To też niewątpliwie zasługa całego zespołu aktorskiego. Ogromna przyjemność oglądać go w tak dojrzałych, wyważonych rolach, niezwykłym skupieniu i stuprocentowym oddaniu dziełu. Szczególne brawa należą się Beacie Niedzieli i Adriannie Jendroszek za całokształt i dwie przepiękne sceny o komunikacji bez słów.

Z tematem niepełnosprawności najlepiej radzi sobie literatura i film. Teatr, operujący z natury umownymi środkami wyrazu, podejmuje go rzadko, nie licząc oczywiście spektakli tworzonych przez osoby z niepełnosprawnością. Umieszczenie w przestrzeni scenicznej prawdziwych historii jest niezwykle ryzykowne. Można się po drodze potknąć o wiele kamyków: ckliwość, publicystykę, niewłaściwe proporcje albo własne wyobrażenia. Łatwo popaść w banał lub przesadę; nie wiadomo co gorsze. Reżyserka wybrała dyskretną obecność. Bez zbędnych komentarzy i didaskaliów. Wraz z aktorami skupiła się na zbudowaniu przestrzeni, w której słowa mogą po prostu wybrzmieć, zostawiając widzom pole do refleksji przetworzonej przez ich wrażliwość i doświadczenia.

Nie jest to miła opowieść, ale warto jej posłuchać.