Kiedy rozmawialiśmy przed tą publikacją, państwo Walachowie siedzieli już na walizkach. Następnego dnia ruszali w podróż, która była prezentem dla pani Małgorzaty od męża z okazji jej 50. urodzin. Na pytanie o podstawowy warunek szczęśliwego małżeństwa mówią zgodnie: „trzeba się lubić”.

 

Małgorzata i Jacek Walachowie

Małgorzata i Jacek Walachowie

Pobrali się 12 lat temu, ale są z sobą znacznie dłużej. Dla obojga jest to drugi związek małżeński. – Dla mnie drugi w ogóle – od razu zaznacza pani Małgorzata. – Ja, jeśli się na coś decyduję, to idę na całość – podkreśla z uśmiechem. I dodaje: – Żeby małżeństwo trwało, a ludzie się w nim nie męczyli z sobą, trzeba się lubić. Tak zwyczajnie. Miłość i namiętność są ważne, ale mogą nie wystarczyć, z czasem związek potrzebuje czegoś więcej. My lubimy z sobą być, lubimy z sobą pracować, lubimy razem podróżować i przez to coraz lepiej się znamy.

Pan Jacek dodaje: – Zawsze wyjeżdżamy tylko we dwójkę. Nie dlatego, że nie lubimy towarzystwa, ale nam jest ze sobą najlepiej. Na wyjeździe postanawiamy, że coś jutro zrobimy, a potem zmieniamy nagle zdanie i robimy coś innego, i też jest dobrze. Znajomi by z nami nie wytrzymali, bo byśmy im plany burzyli, albo my byśmy się czuli źle, przymuszając się do czegoś. Wolimy sami, na własną rękę pójść własną trasą, wbić się w tłum w obcym mieście, pójść boczną uliczką, popróbować rzeczy spoza przewodnika. To nam najbardziej smakuje.

Jakie były początki znajomości? – Poznaliśmy się w dyskotece, którą prowadził Jacek. Ja od razu wiedziałam, że to „ten”. Najmniejszych wątpliwości – relacjonuje pani Małgorzata. – Zawsze byłam bardzo blisko z rodzicami, szczególnie z mamą. Nawet jako osoba dorosła w trudnych chwilach od razu myślałam „muszę szybko zadzwonić do mamy”. Teraz od dawna pierwsza myśl to: „Szybko dzwoń do Jacka”. I to nie oznacza, że zmieniłam stosunek do mamy. Tak samo ją kocham. Jednak Jacek stał mi się tak bliski, że on jest moim gwarantem poczucia bezpieczeństwa.

Pan Jacek mówi: – Jasne, że jest najwspanialej, kiedy ludzie poznają się w liceum, rodzi się wielka miłość i trwa do końca życia. Ale tak zazwyczaj nie jest albo zdarza się bardzo rzadko. Życie jest tak piękne i tak krótkie, że nie ma powodu, żeby męczyć się w związkach, które nie dają satysfakcji – dla dzieci, dla interesu, świętego spokoju, bo co powiedzą „ludzie ” albo rodzina. Trwanie w nieudanym związku odbija się na wszystkich, na małżonkach, ale w końcu i na dzieciach. Kiedy one opuszczą rodzinne gniazdo, nagle okazuje się, że rodzice nie mają o czym rozmawiać, że niewiele ich łączy, że się właściwie nie znają, że nie chce im się wracać do domu. I po 20-25 latach małżeństwa się rozpadają. Nie popsuły się w tym momencie. One po prostu były nieudane i ciągnięte na siłę.

– Z trzech klasowych małżeństw, jakie obserwowałam, przetrwało jedno – komentuje pani Małgorzata. – Oni wciąż tak samo na siebie patrzą, wciąż widać ten sam błysk w oku, tę samą czułość. Ale to chyba wyjątek. Małżeństwa zawierane zbyt wcześnie, bez poznania siebie nawzajem to ryzyko. Do tej decyzji potrzeba czasu, pewnej dojrzałości, sprawdzenia się w trudnych sytuacjach. Także materialnych, bo jak nagle zabraknie pieniędzy, są kłopoty, to z tej miłości nie naskrobie się na to, by opłacić rachunki i kupić chleb. I wtedy czar pryska, jeśli nie jest to głębsza relacja.

Państwo Walachowie są w Koszalinie kojarzeni najczęściej z restauracją Zielony Młyn, którą przez lata prowadzili przy ulicy Młyńskiej, a która uchodziła wówczas za najlepszą w mieście. Obecnie zajmują się innymi interesami, ale wciąż robią to wspólnie. – Znajomi czasami się nam dziwią – słyszymy od naszych rozmówców. – No bo jak to? Tak zawsze i wszystko wspólnie? Ale nam tak jest najlepiej. U nas 1+1 nie równa się 2, ale dużo więcej. Tak jakoś się uzupełniamy, że praca w parze daje najlepsze efekty. Tak więc pracujemy razem, wyjeżdżamy razem. I nawet hobby mamy to samo. Obecnie bieganie. Zaczęliśmy również razem chodzić na angielski…

A jak wyglądają sprzeczki? Kto pierwszy wyciąga rękę? – No powiedz, powiedz – zachęca, śmiejąc się, pani Małgorzata. – Zawsze jest tak samo. Ja się obrażę i czekam. Daję Jackowi parę minut. On w końcu użyje tego magicznego słowa na „p” i wszystko wraca do normy.

– Nie uznajemy cichych dni – przyznaje mąż. – Załatwiamy to od ręki. Nie należymy do tych, którzy na pytanie o staż małżeński mówią „50 lat, ale gdyby odliczyć ciche dni, to jakieś 30”.