Kiedy już wiedziałem, że książkę napiszę, zgłosiłem się do Marcina Niziurskiego, syna pisarza. Poznałem go wcześniej, przy okazji pogrzebu jego ojca. Syn wiedział, że jestem fanem pisarza, zadzwonił do mnie z propozycją wygłoszenia w imieniu czytelników mowy pożegnalnej. Nie mogłem odmówić. Zacząłem od słów: „Zawsze chciałem mieszkać w Odrzywołach…”. Rozmowa z Krzysztofem Vargą, pisarzem, krytykiem literackim, dziennikarzem, autorem pierwszej biografii Edmunda Niziurskiego – „Księga dla starych urwisów. Wszystko, czego jeszcze nie wiecie o Edmundzie Niziurskim”

 

CC_NIZIURSKI_Okladka.indd– Pamiętasz swoje pierwsze spotkanie z książkami Edmunda Niziurskiego?

– Musimy cofnąć się do czasu, gdy miałem dwanaście lat. Czytałem wówczas wszystko, co było prozą dla młodzieży, a właściwie wszystko, co wpadło mi w ręce. Czytałem Edmunda Niziurskiego, Zbigniewa Nienackiego, Alfreda Szklarskiego, Adama Bahdaja, Wiesława Wernica.

 

– Czyli pełną klasykę młodzieżową naszego pokolenia – obecnych pięćdziesięciolatków.

– Wtedy to był kanon. Z tym, że Niziurski odłożył mi się w głowie. Szybko zdałem sobie sprawę, że prawdziwe przygody mogą dziać się również w blokowisku lub zapyziałym miasteczku polskim. Co najważniejsze: tu i teraz. Edmund Niziurski pokazał nam, że nie trzeba, jak na przykład Tomek Wilmowski, bohater książek Alfreda Szklarskiego, wybierać się do dżungli amazońskiej lub podróżować przez Australię, żeby przeżyć niesamowitą przygodę.

 

– A może chodziło nam o to, że nie mieliśmy szans, żeby podróżować po Amazonii?

– Wiedzieliśmy także, że nie popłyniemy okrętem podwodnym, nie polecimy w kosmos, ani nie spotkamy Indian. Edmund Niziurski uświadomił nam, że głód przygód możemy zrealizować na swoim podwórku. Pisarz pokazał, że ówczesna rzeczywistość również może nieść ze sobą tajemnice. Przygody jego bohaterów mogłyby być moimi przygodami. Przyznaję się, że jako dorosły mężczyzna od czasu do czasu sięgałem po książki Niziurskiego.

 

– Czego w nich szukałeś?

– Czytałem je wyłącznie dla frajdy.

 

– Nie obawiałeś się rozczarowania?

– Nie czułem, że po kilkudziesięciu latach dojdę do wniosku: „Byłem młody, nie wiem, co mnie w tym kręciło”. Wiedziałem, że to wciąż działa. Poza tym ta lektura odbywała się na dwóch poziomach. Na pierwszym był sentymentalizm i ciekawość. Na drugim analiza. Czytałem książki Niziurskiego także na chłodno, jako krytyk literacki, dostrzegając na przykład, w którym momencie autor zaczął tracić formę.

 

– Jaki okres twórczości Edmunda Niziurskiego był najlepszy?

– Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte. W sumie ponad dwadzieścia lat, bo dobre były również jego powieści z końca lat sześćdziesiątych. Miał słabsze okresy, jak każdy twórca, ale prawdziwy kryzys przyszedł po osiemdziesiątym dziewiątym roku. Niektóre książki Niziurskiego z lat dziewięćdziesiątych nie są dobre.

 

– Czy to wyłącznie rezultat transformacji?

– Świat zmienił się z poniedziałku na wtorek (uśmiech). Moment gwałtownej zmiany systemu, ale przede wszystkim zmiany kulturowej, pojawienie się kultury masowej, odbiły się na jego twórczości. Widać to bardzo wyraźnie. Ludzie, którzy całe dorosłe życie spędzili w PRL, przestali się odnajdywać w rzeczywistości. Nowej rzeczywistości. Nie czytam książek Niziurskiego z perspektywy obłąkanego fana, który wszystko przyjmuje bezkrytycznie. Potrafię wartościować to, co zostało w spuściźnie po pisarzu.

 

– Chodziłeś po antykwariatach?

– Tak (uśmiech). Włączyła mi się pasja kolekcjonera. Zwłaszcza, że w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych książki dla dzieci wydawane były pięknie. Lata osiemdziesiąte to katastrofa, a dziewięćdziesiąte – apokalipsa estetyczna. Teraz zresztą też wydawane są nieciekawie. To niesamowite, jak wypaczył się gust. Chodzenie po antykwariatach, przeglądanie aukcji internetowych, kupowanie pierwszych wydań i białych kruków, było dla mnie dodatkową przyjemnością.

 

– Jak pojawił się pomysł na napisanie biografii Edmunda Niziurskiego?

– Dostałem zaproszenie od wydawcy Roberta Krasowskiego, szefa wydawnictwa Czerwone i Czarne, na kawę. Jak dostaje się zaproszenie od wydawcy na kawę, to z góry wiadomo, że wydawca coś od ciebie chce (uśmiech). Robert Krasowski od razu przyznał się, że jest fanem Niziurskiego i zaproponował mi napisanie biografii pisarza. Dodał, że to jest jego osobista emocja, nie mająca nic wspólnego z katalogiem, czy biznesplanem wydawnictwa. Dogadaliśmy się w ciągu pięciu minut.

 

– Jak pomysł napisania biografii przyjęła rodzina pisarza?

– Ta książka w połowie jest biografią, a w połowie monografią. W pierwszej wersji była wręcz monografią uniwersytecką (uśmiech). Kiedy już wiedziałem, że ją napiszę, zgłosiłem się do Marcina Niziurskiego, syna pisarza. Poznałem go wcześniej, przy okazji pogrzebu jego ojca. Syn wiedział, że jestem fanem pisarza, zadzwonił do mnie z propozycją wygłoszenia w imieniu czytelników mowy pożegnalnej. Nie mogłem odmówić. Zacząłem od słów: „Zawsze chciałem mieszkać w Odrzywołach…”. Marcin był moim pierwszym kontaktem z rodziną i domem Edmunda Niziurskiego.

 

– Korzystałeś z materiałów pozostawionych przez pisarza?

– Niziurski był królem chaosu, słynął z niewyobrażalnego nieporządku w pokoju pracy. Zresztą w tym domu, w sensie pozytywnym, wszystko było podporządkowane pisaniu. Żona Edmunda, Barbara, która dzisiaj ma dziewięćdziesiąt trzy lata, była zawodową maszynistką, więc czasami pomagała mężowi w przepisywaniu rękopisów. Po śmierci ojca Marcin próbował to wszystko uporządkować. Zwiedziłem dokładnie dom pisarza, obejrzałem słynne maszyny do pisania, miałem dostęp do notatek, ale tylko Edmund Niziurski potrafił z nich korzystać.

 

– Jak żona podchodziła do jego twórczości?

– Pisarz miał to szczęście, że żona go uwielbiała (uśmiech). Uważała, że jego twórczość jest najważniejsza, a pisanie kluczowe. On lubił swój dom. Nie chciał i nie potrzebował z niego wychodzić. Jako rodzina, dobrze czuli się ze sobą, więc to, że robił bałagan nie miało dla nikogo znaczenia. Zapiski, kartki, notatki leżały wszędzie. Nie można było znaleźć telefonu. Byli szczęśliwi, lubili ze sobą przebywać.

 

– Czy znalazłeś coś zaskakującego w życiu Edmunda Niziurskiego?

– Pisarz właściwie nie prowadził życia towarzyskiego, co dla autora książki o nim jest poważnym utrudnieniem. Był domatorem. Siedział i pisał, czas spędzał z rodziną. Dzieci wychodziły do szkoły, wracały, dorastały. Co najwyżej, pakowali się do wartburga i jechali na urlop pod namiot, w góry. Edmund Niziurski nie bywał, nie brał udziału w życiu warszawskim ani literackim. Ciężko go było wyciągnąć do kina, teatru. Dla mnie ciekawe było również to, że był niezwykle pracowity. Nieogarnięty w życiu codziennym, ale w pracy zaskakująco zdyscyplinowany.

 

– Ile trwała praca nad książką o nim?

– Z przerwami półtora roku. Już na początku powiedziałem wydawcy, że to na pewno nie będzie klasyczna biografia.

 

– Chciałeś uniknąć wpisania jej w obecny boom na biografie?

– To również, ale prawdziwe powody były inne. Pisarz nie miał rockandrollowego życia. Spędził je z jedną żoną, z trójką dzieci, siedząc w domu i pisząc książki. Nie był też uwikłany politycznie. Chciałem opisać świat przedstawiony w książkach Niziurskiego. Zastanowić się, na czym polegał jego fenomen.

 

– Miało znaczenie, że był pisarzem osobnym?

– Był osobny wobec autorów peerelowskiej literatury dla młodzieży. Gdy mówimy o nim, zwykle mamy na myśli kilka jego popularnych książek. Tymczasem Edmund Niziurski był autorem kilkudziesięciu pozycji zarówno dla młodzieży, jak i dorosłych. Był zawodowym pisarzem. Utrzymywał pięcioosobową rodzinę. Zależało mi, żeby to również pokazać.

 

– Jaka jest – z dzisiejszej perspektywy – bibliografia Edmunda Niziurskiego?

– Niezwykle zróżnicowana. Poza najważniejszymi książkami dla młodzieży, są w niej powieści przygodowe mniej znane lub zapomniane, powieści dla dorosłych, kryminały, zbiory opowiadań. Chciałem przypomnieć czytelnikom, że nie jest autorem wyłącznie kanonicznych książek dla dzisiejszych czterdziesto- i pięćdziesięciolatków. Był pisarzem wszechstronnym.

Rozmawiał: Piotr Pawłowski

 


 

Edmund Niziurski (1925 – 2013) – z urodzenia kielczanin. Podczas wojny ewakuowany z rodziną na Węgry. Do Polski wrócił w 1940 roku. W Warszawie zamieszkał 12 lat później. Prozaik, publicysta, scenarzysta i dramaturg. Z wykształcenia socjolog i prawnik. Autor kilkudziesięciu książek, przede wszystkim powieści dla młodzieży odznaczających się absurdalnym poczuciem humoru i niezwykle barwnym językiem. Najlepsze z nich powstały w latach 70. i 80. XX wieku.

Krzysztof Varga (rocznik 1968) – pochodzi z rodziny polsko-węgierskiej. Absolwent polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Napisał kilkanaście książek: powieści, reportaży, esejów. Do najważniejszych należą: „Tequila”, „Nagrobek z lastryko”, „Trociny”, „Sonnenberg”. Pisze również teksty do piosenek Dr Misio, czyli Arkadiusza Jakubika.