W historii powstałej 60 lat temu firmy datą kluczową jest rok 1992. To wtedy z przedsiębiorstwa państwowego pod nazwą Wodrol stała się ona prywatnym EkoWodrolem. Wszystko wskazuje na to, że rok obecny, jubileuszowy, otworzy kolejny etap jej rozwoju. Zarząd spółki doszedł do wniosku, że jest dobry moment na poszukiwanie nowych pomysłów biznesowych, choćby wykraczały one poza obszar, na którym EkoWodrol ma ugruntowaną pozycję. Lech Wojciechowski, współwłaściciel i od 26 lat prezes firmy, mówi: – Chcemy bieżące zarządzanie przekazać w ręce młodszych kolegów, a samemu zająć się przez najbliższe dwa lata kreowaniem w bezpiecznej formule spółek celowych nowych kierunków działalności. Czekamy na ludzi z otwartymi głowami i planami, które moglibyśmy wspólnie z nimi realizować.

Osób, które tak jak prezes Lech Wojciechowski pamiętają czas prywatyzacji, jest w EkoWodrolu niewiele (rozpoczął pracę w roku 1981, zaraz po studiach). Ba, pracowników, którzy mają staż dłuższy niż 15 lat pracy jest obecnie w gronie 181-osobowej załogi mniejszość – dokładnie 65 osób.

Lech Wojciechowski wspomina: – Kiedy ja się zatrudniałem, było nas trzystu. Przemiany ustrojowe spowodowały duży kryzys firmy. Walczyliśmy o przetrwanie. W 1992 roku zostało nas już tylko siedemdziesięciu. Ta siedemdziesiątka założyła spółkę pracowniczą pod nazwą EkoWodrol.

Decyzja o przekształceniu w spółkę nie była rozwiązaniem oczywistym, wiązała się z ogromnym ryzykiem. W Koszalinie kilka dużych przedsiębiorstw budowlanych prywatyzacji nie przeżyło (np. Eltor, KPIB). Zresztą spośród 17 istniejących niegdyś w kraju i podlegających Ministerstwu Rolnictwa przedsiębiorstw o nazwie Wodrol pierwotne przeobrażenia przetrwały tylko dwa, ale w końcówce lat dziewięćdziesiątych pozostało na rynku tylko koszalińskie.

 

Lech Wojciechowski, od 26 lat prezes, 38 lat pracy w firmie

Lech Wojciechowski, od 26 lat prezes, 38 lat pracy w firmie

W obronie miejsc pracy

Dlaczego więc EkoWodrol przetrwał, kiedy inni padali? Jaki był tutaj czynnik sukcesu? – Chyba bieda, ona nas jednoczyła – mówi z uśmiechem prezes Wojciechowski. – Nie kłóciliśmy się, wszyscy się mocno angażowaliśmy. Kluczowa była jednak mądrość naszego szefa, czyli Krzysztofa Kawy, który młodo, niedługo po prywatyzacji, zmarł. Powiedział jasno: „Kto przejdzie do spółki, ma zagwarantowaną pracę. To jest cel główny: utrzymanie stanowisk pracy. Ale niech nikt nie liczy na jakąkolwiek dywidendę co najmniej przez 10 lat, bo wszystkie wypracowane pieniądze będą inwestowane w potencjał firmy”.

Zgoda na to, żeby spółka pracownicza wzięła w 10-letni leasing przedsiębiorstwo, zależała od Ministerstwa Rolnictwa. Zwlekało ono z decyzją długie miesiące, a każdy mijający dzień oznaczał narastanie problemów Wodrolu.

Lech Wojciechowski wspomina: – Doskonale pamiętam ten bardzo nerwowy okres. Było nas już tylko siedemdziesięciu. Wiedzieliśmy, że nie udźwigniemy kosztów majątku firmy trzystuosobowej. Mieliśmy deklarację samorządu Koszalina, że przejmie obiekty przy ulicy Połczyńskiej. Z kolei dużą halę chciała nabyć prywatna firma. My zamierzaliśmy zostać tylko z bazą magazynową. Ministerstwo podejrzewało, że chcemy wziąć „tłuste kąski”, pozostawiając Skarb Państwa z kłopotem w postaci obiektów nie do zbycia. Na nic zdawało się tłumaczenie, że miasto chce przejąć większość majątku i nie pozostanie on bezpański. Pół roku czekaliśmy na zgodę na przekształcenie. W tym czasie narósł nam olbrzymi „popiwek”, czyli podatek od ponadnormatywnych wynagrodzeń – tak się to nazywało. Po prostu mocno spadło zatrudnienie przez co podniosło się średnie wynagrodzenie. Na dokładkę bez pokrycia pozostały obietnice, że długi dawnych PGR-ów rozliczy wobec wierzycieli odpowiednia państwowa agencja, a my mieliśmy takich należnych nam pieniędzy dużo. Na papierze. W rzeczywistości nigdy ich nie zobaczyliśmy. Tak więc wystartowała firma bez pieniędzy. Dosłownie. Na pierwszą wypłatę nie mieliśmy ani grosza. Na dokładkę naszym kapitałem założycielskim były wirtualne pieniądze z pracowniczej kasy zapomogowo-pożyczkowej.

Była inna droga prywatyzacji, jaką zastosowało wówczas wielu. Najpierw zwalniali się z firmy inicjatorzy, którzy zakładali nową spółkę i później przejmowali najlepszych pracowników. Powstawała w ten sposób nieobciążona żadnymi zobowiązaniami konkurencja macierzystego zakładu. On zostawał zaś ze szczątkową załogą, długami, kłopotliwym nadmiarowym majątkiem. Zazwyczaj wkrótce ogłaszano upadłość firmy. I wtedy nowy twór wykupował atrakcyjne składniki majątku bankruta za bezcen.
– My nie chcieliśmy tak działać – wspomina prezes Wojciechowski. – Wydawało nam się, że trzeba działać etycznie i odpowiedzialnie. Szef, Krzysztof Kawa, który przepracował w firmie 20 lat, chciał ją ratować za wszelką cenę. Był rzetelnym, prawym człowiekiem. W końcu za jego sprawą zgoda na przekształcenie przyszła. Zaczęliśmy działalność w nowej formule.

 

Paweł Kaczmarek, członek zarządu, 23 lata pracy w firmie

Paweł Kaczmarek, członek zarządu, 23 lata pracy w firmie

Wszystko niemal od początku

Start był trudny. Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, tuż po zmianie ustroju, wszystko było „pierwsze”. Sytuacja na rynku zmieniała się dosłownie z miesiąca na miesiąc. Inflacja wynosiła kilkadziesiąt procent rocznie. Spółka pracowników Wodrolu wpadła w jedną z ówczesnych pułapek. Najpierw była ofiarą przekonania, że z firmami państwowymi nie warto rozmawiać, bo przecież są „ociężałe i niesprawne”. Z kolei liczne, szeroko nagłaśniane afery z udziałem firm prywatnych przełożyły się na nieufność wobec nich.
Młodziutki EkoWodrol znalazł się między młotem a kowadłem.

Po prywatyzacji firma zajmowała się tym, co wcześniej – głównie inwestycjami wodociągowymi na wsi. Pracowała początkowo wyłącznie dla samorządów. Budowała wodociągi, sieci kanalizacyjne, stacje uzdatniania wody, wykonywała odwierty studni. Później zaczęła budować oczyszczalnie ścieków.
W 1999 roku EkoWodrol przejął grupę pracowników przeżywającego kłopoty Rejonowego Przedsiębiorstwa Melioracyjnego w Szczecinku, odkupując majątek zastawiony przez firmę w banku. Wzbogacił w ten sposób swój potencjał o melioracje. W miejscu dawnej bazy RPM przy ulicy Koszalińskiej w Szczecinku powstała i działa obecnie jego hurtownia.

W 2002 roku EkoWodrol rozszerzył zakres usług o instalacje wewnętrzne. – Znów odbyło się to na takiej zasadzie, że przejęliśmy ekipę innej, słabnącej firmy – mówi Lech Wojciechowski. – Ludzie mieli dzięki temu pracę. Zespół nie poszedł w rozsypkę, a my mogliśmy zaproponować klientom nowe usługi, które obecnie przynoszą nam już znaczące przychody. Będziemy ten kierunek dalej wzmacniać, bo dywersyfikacja działalności wzmacnia przedsiębiorstwo. W instalacjach wewnętrznych niezwykle ważna jest jakość. Ona decyduje o zaufaniu klientów. Dużo usług świadczymy prywatnym deweloperom. Ich wymagania są bardzo wysokie. Tak więc fakt, że spełniamy oczekiwania takich klientów jak firmy rodzima PB KUNCER czy belgijski deweloper BURCO pokazuje, że oferujemy odpowiednią jakość.

Trzeba podkreślić, że firma praktycznie bez przerwy rozszerzała pole działania. Zainteresowała się nawet odnawialnymi źródłami energii (OZE), ale wobec niekorzystnych zmian jakie zaszły w prawie, zrezygnowała z tej dziedziny aktywności.

Prezes Wojciechowski komentuje: – Zawsze byliśmy otwarci na nowości, chłonęliśmy wszystko to, co mogło się nam przydać w pracy. Tak było na przykład w przypadku przewiertów horyzontalnych (chodzi o układanie rur bez konieczności wykonywania wykopów – przyp. red.). Potrafiliśmy układać odcinki rur o długości ponad 400 metrów bez kopania rowów. Mało kto może się pochwalić takimi wynikami.
Każdy rok przynosił jakieś nowości i wyzwania. Choćby 2004, kiedy we współpracy ze szwedzkim partnerem EkoWodrol wykonał nietypową oczyszczalnię ścieków w Polanowie.

Ale w tej dziedzinie prawdziwy przełom przyniósł rok 2013. Wtedy, budując oczyszczalnię w Rowach (woj. pomorskie) EkoWodrol wprowadził technologię membranową. Polega ona na tym, że ścieki zatrzymują się na specjalnych membranach, a „na drugą stronę” woda jest zasysana z wykorzystaniem podciśnienia. Co ciekawe, za pomocą membran można usuwać z płynu nawet bakterie, wprowadzając do środowiska wodę całkowicie bezpieczną.

 

Wiceprezes Zbigniew Chudzik, 25 lat pracy w firmie

Wiceprezes Zbigniew Chudzik, 25 lat pracy w firmie

Sanko i Szuster System

EkoWodrol wchłonął również specjalistyczną firmę Sanko. Jej ekipa dostała zadanie przygotowania całkowicie nowego projektu przepompowni ścieków.

Stało się to w czasie, kiedy mocno zaostrzyły się wymagania dotyczące przepompowni. Jeden z rozdziałów nowych przepisów dotyczył zaworu zwrotnego.

– Nasz projekt był prawie gotowy, ale nasi pracownicy zasygnalizowali, że nie ma na rynku odpowiedniego zaworu – wspomina Lech Wojciechowski. – Ktoś jednak pamiętał inżyniera, który gdzieś na targach prezentował swoją bardzo ciekawą, unikalną konstrukcję. Postanowiliśmy go odszukać. I tak pojawił się u nas inżynier Mirosław Szuster. Kiedy mnie odwiedził, wystarczyły dwie godziny rozmowy, żeby porozumieć się co do stałej współpracy. Zobaczyłem pasjonata, któremu zależy na wprowadzeniu do produkcji jego konstrukcji. Nie przeszkadzało mu, że w firmie dotychczas usługowej będzie musiał uruchomić produkcję, a przy tym nie może liczyć na duże wsparcie kapitałowe (my wykupiliśmy połowę praw patentowych, drugą inż. Szuster zachował sobie). W ten sposób staliśmy się firmą produkcyjną i handlową. Pojawiły się na rynku zawory, które z dumą prezentujemy na targach w USA, kiedy obok nas wystawiają się światowe koncerny pompowe. Nie jest to produkt masowy, na którym da się zarobić duże pieniądze. Ale ważne jest to, że to rozwiązanie jest docenianie. Na bazie tych produktów stworzyliśmy pompownie i tłocznie ścieków, które na rynku wyróżniają się tym, że załatwiają problem odorów.

 

Słynny zawór zwrotny kolanowy kulowy Szustera, który uczynił z EkoWodrolu firmę produkcyjną

Zaplecze projektowe

Każda inwestycja to odrębny projekt techniczny, który najlepiej wykonać samodzielnie. Na początku lat dwutysięcznych EkoWodrol powołał więc własną mocną pracownię projektową. Jej znaczenie jeszcze urosło, kiedy firma wygrała w postępowaniu przetargowym zlecenie realizacji dużej części olbrzymiego programu wodno-ściekowego w Dorzeczu Parsęty. Było to 28 kontraktów załatwiających kompleksowo gospodarkę ściekową na tym ogromnym obszarze. Całość została podzielona na trzy umowne rejony: Szczecinek, Białogard i Kołobrzeg.
Lech Wojciechowski wspomina: – Samodzielnie zrealizowaliśmy dziewięć odrębnych kontraktów. W przypadku innych należeliśmy do konsorcjów obok innych wykonawców. Zazwyczaj chodziło o zaprojektowanie i wykonanie zgodnie z oczekiwaniami zamawiającego sieci wodno-ściekowych wraz z oczyszczalniami i stacjami uzdatniania wody. Stosowaliśmy rozmaite technologie, czasami w jednym projekcie łączyliśmy ich wiele. Własna pracownia była tu nieoceniona. Zdarzały się na przykład prace, kiedy ze względu na trudne warunki gruntowe zbiornik oczyszczalni ścieków był betonowany na powierzchni, a dopiero później wpuszczany precyzyjnie w ziemię. Właściwie nie zdarzały dwie takie same prace. Dotrzymywanie kroku nowej wiedzy inżynierskiej okazywało się kluczowe. Większość naszych inżynierów to absolwenci Politechniki Koszalińskiej. Zawsze to podkreślam.

Wędrówka po Polsce

EkoWodrol wykonywał roboty nie tylko na Pomorzu, ale również w odległych lokalizacjach: na Dolnym Śląsku, na Podkarpaciu, Podlasiu. To wiązało się z pracą ekip wykonawczych w delegacji. Ostatnio zapadła decyzja, że firma ograniczy się do zleceń w promieniu 200 km od Koszalina, aby złagodzić w pewnym stopniu niedogodności rozłąki z rodzinami.

Lista robót wykonanych przez firmę tylko w ostatnich 15 latach pokazana na jej stronie internetowej robi wrażenie. Są na niej stacje uzdatniania wody i sieci wodociągowe, oczyszczalnie ścieków i sieci kanalizacyjne, obiekty melioracyjne i budowle hydrotechniczne, wewnętrzne instalacje i sieci technologiczne i przewierty sterowane.

Z pozoru są to wszystko ciężkie roboty, nie kojarzące się raczej z subtelnością. Tymczasem budowane urządzenia muszą spełniać bardzo wysokie wymagania – na przykład co do parametrów oczyszczanych ścieków albo jakości uzdatnianej wody.

Co to znaczy „uzdatnić wodę”- zastanawiają się pewnie laicy tacy jak my? Generalnie chodzi o doprowadzenie wody do stanu czystości wymaganego dla danego zastosowania, czyli usunięcie nadmiaru związków żelaza, manganu i innych pierwiastków. Kiedy celem jest uzyskanie wody zdatnej do picia można działać przez odpowiednio zaprojektowaną filtrację lub chemicznie, albo poprzez technologie łączone.
Prezes Wojciechowski tłumaczy: – My preferujemy rozwiązania naturalne, czyli polegające na filtrowaniu. Wówczas trzeba zbudować system przesączania wody przez warstwy kruszywa. To metoda, która w niewielkim stopniu obciąża środowisko naturalne. Czasami ten sam efekt można by osiągnąć szybciej i wydajniej za pomocą chemii, ale trzeba wziąć pod uwagę, że nawet te „bezpieczne” środki chemiczne są jednak ingerencją w naturalną równowagę. To co my robimy, to naśladowanie natury: woda jest „przymuszona” do przepłynięcia przez specjalnie przygotowane warstwy piasku filtrującego i warstwy podtrzymujące, czyli coraz grubsze frakcje kruszywa, których zadaniem jest niedopuszczenie do tego, żeby piasek wraz z wodą gdzieś spłynął. Jedyna właściwie różnica w stosunku do procesów naturalnych to to, że my wymuszamy przyspieszenie całego procesu przez wtłaczanie wody pod ciśnieniem.

 

 

Przetargowe schody

Mając za klientów w większości samorządy, EkoWodrol stawał setki razy do rozmaitych przetargów. Nie jeden raz przegrywał, choć bez wątpienia był w stawce firmą najbardziej doświadczoną i dysponującą najlepszym zapleczem. Działo się tak, kiedy głównym kryterium wyboru wykonawcy stawała się cena.
Traktowanie ceny jako wyłącznego kryterium wyboru oferty to patologia. Zgadzają się z tym niemal wszyscy, a jednak takie podejście dominowało przez długie lata. Prowadzącym przetargi urzędnikom wydawało się, że eliminują w ten sposób niebezpieczeństwo posądzenia ich o interesowność, czyli nazywając rzeczy po imieniu – łapownictwo.

Jak podkreślają menedżerowie firm budowlanych, w ostatnich latach sytuacja pod tym względem się poprawiła, ale wciąż daleko jest do ideału. Wciąż zdarza się, że zlecenia otrzymują wykonawcy słabo przygotowani albo stosujący materiały oraz urządzenia marnej jakości. Wtedy już na starcie dla fachowców jest jasne, że po paru latach przyjdzie to wszystko poprawiać. Przepisy unijne – a większość inwestycji infrastrukturalnych jest dofinansowywane przez Unię Europejską – wymagają jednak pięcioletniego tzw. okresu zachowania, który oznacza, że w przypadku jakichkolwiek zmian w wybudowanym obiekcie, trzeba by zwracać dotację.
Samorządy stykają się często z ofertami nieuczciwymi. Powstają firmy które nie posiadają zaplecza, czyli sprzętu, wiedzy, pracowników, ale stają w przetargu z najniższą ceną, wygrywając je. Mogą proponować najniższe ceny, bo po pierwsze podchodzą do sprawy na zasadzie swoistego hazardu (a nuż się uda) i proponują technologie tańsze ale bardziej zawodne. Dostają zlecenia bo najważniejsza jest cena. Nie liczy się doświadczenie firm, jej potencjał kadrowy, „zaszyta” w firmie wiedza. Zamawiający bardzo często nie mają doświadczenia, nie umieją wykryć czających się w ofercie pułapek. Boją się wyjść poza kryterium ceny, żeby nie być posądzonym o niegospodarność albo nieuczciwość. W efekcie albo mają trudności z doprowadzeniem inwestycji do finału, bo „po drodze” wykonawca bankrutuje, albo pozostawia zamawiającego z bublem.

Nie tylko dokumentacja

EkoWodrol to weteran bojów przetargowych. Czasami uzyskanie zlecenia na jakieś prace wymagało szczególnych zabiegów. W samorządowych komisjach przetargowych oprócz fachowców z dziedziny budownictwa czy inżynierii sanitarnej i środowiskowej zasiadają radni o nietechnicznym wykształceniu, od których nie można przecież wymagać specjalistycznej wiedzy. Czytanie samej dokumentacji może ich nie przekonywać. Czasami potrzebne okazywało się poszukiwanie innej metody zdobycia przychylności dla złożonej oferty.
– Na przykład kiedy chcieliśmy zbudować stację uzdatniania wody dla Miastka, a wiedzieliśmy że konkurencja jest ogromna, więc wynik dla nas niepewny, postanowiliśmy zadziałać na wyobraźnię komisji przetargowej – relacjonuje Lech Wojciechowski. – Zamówiliśmy u architekta Andrzeja Tyszeckiego, naszego nieocenionego współpracownika, makietę obiektu. Tak więc ostatecznie zawieźliśmy wszystkie wymagane dokumenty oraz dodatkowo bardzo ładną makietę planowanych obiektów – z uwzględnieniem ich otoczenia, czyli pagórkowatego terenu i zieleni. Efekt był piorunujący. Wygraliśmy ten przetarg, choć nie byliśmy faworytami w stawce. Oczywiście nie zawsze daje się tak zrobić, bo większość prac nie przyjmuje takich eleganckich form, jak idealnie wkomponowane w otoczenie budynki. Większość efektów naszych wysiłków kryje ziemia: oczyszczalnie, sieci wodociągowe, ściekowe, przepompownie. Wszystko to osadzone jest gdzieś w ziemi i dla postronnego obserwatora jest niewidoczne.

 

Zawór 2

Nowe kierunki

Można postawić pytanie, czy firmie wyspecjalizowanej w budowie oczyszczalni ścieków nie zabraknie pracy, skoro niemal wszędzie w Polsce już są oczyszczalnie. Nic bardziej mylnego. Okazuje się, że krajowy program ich budowy nigdy nie został dokończony. Potrzeba jeszcze około tysiąca takich instalacji. Wiele istniejących zostało pobudowanych byle jak i wymaga modernizacji. Tak więc EkoWodrol ma przed sobą perspektywę wielu zleceń. Tym bardziej, że firm takich jak on, z takim doświadczeniem i potencjałem, jest w Polsce – nie licząc kapitału obcego – może z dziesięć.

Lech Wojciechowski komentuje: – Nigdy nie poddaliśmy się rozleniwiającemu poczuciu samozadowolenia. Proces nabywania nowej wiedzy, poszerzania bazy rozwiązań nigdy się nie kończy. Napędzają nas klienci, ich potrzeby. Jeden z najnowszych przykładów: klienci, dla których zbudowaliśmy kiedyś pompownię ścieków zgłosili się z zapytaniem, czy możemy znaleźć rozwiązanie ograniczające odory. To nas skłoniło do uruchomienia w 2017 roku procesu badawczego, którego efektem będzie ciekawe i skuteczne rozwiązanie ograniczające przykre zapachy. Chodzi oczywiście o pozbywanie się odoru bez chemii. Bo trzeba zaznaczyć, że istnieje masa rozwiązań opartych o chemię. Ale my jesteśmy zdania, że jeżeli można zastosować naturalne procesy, to należy taką możliwość wykorzystać. Chemia powstrzymuje proces gnilny, ale w oczyszczalni trzeba ją usunąć. To niepotrzebne dodatkowe obciążanie środowiska.

Prezes EkoWodrolu podkreśla: – Przyszedł czas na duże zmiany. To co już dobrze funkcjonuje, chcemy jako zarząd pozostawić do zarządzania pracownikom. Sami zaś chcemy skupić się na poszukiwaniu nowych działalności, które chcemy realizować w formie spółek celowych. Doszliśmy do wniosku, że jest to potrzebne, żeby dać firmie poczucie stabilności, ale i szansę rozwoju. Poszukujemy ludzi z pomysłami, którzy sami nie mogą ich zrealizować i poszukują wsparcia, kapitału, możliwości kredytowych. Nie zawężamy przy tym charakteru tych przedsięwzięć do tego, z czym dotychczas się kojarzymy. To mogą być na przykład nowe technologie. Nasza dotychczasowa historia pokazuje, ze nowe działania jakie podejmowaliśmy związane były z pojawieniem się u nas nowych osób albo przejmowaniem wyspecjalizowanych ekip.

 


 

Zawór 1SZUSTER System

EkoWodrol stał się firmą usługowo-produkcyjną za sprawą wynalazku inż. Mirosława Szustera. Z czasem powstała cała rodzina specjalistycznej armatury znana w świecie technicznym jako SZUSTER System. Zawór zwrotny kulowy kolanowy, bo tak brzmi pełna nazwa wynalazku inż. Szustera, laikowi nie wyda się niczym szczególnym, bo wygląda jak każdy inny duży zawór. Jednak jego właściwości spowodowały, że stał się hitem w branży wodno-kanalizacyjnej i dlatego jest chroniony patentami np. w USA, Japonii, Indiach, Chinach i w wielu krajach Europy. W największym skrócie można powiedzieć, że zapobiega on cofaniu się wody, ścieków lub innych płynów w momencie, kiedy zostanie przerwany ich dopływ. Rzecz z pozoru prozaiczna, ale nikomu wcześniej nie udało się skonstruować zaworu, który by takie bezawaryjne działanie gwarantował.
Zawór ma kształt kolana, jest kompaktowy (wymaga mniej miejsca niż inne rozwiązania), ma lepsze parametry hydrauliczne od zaworów powszechnie używanych. Jest przy tym niezawodny, bo już przy bardzo małej prędkości przypływu płynów zawsze się w pełni otworzy, przez co jest bardziej odporny na zapychanie się i uszkodzenia.
Współpraca firmy z Mirosławem Szusterem rozpoczęła się w czerwcu 2004 roku. Później powstał kilkuosobowy zespół badawczo-rozwojowy, który przygotował kolejne produkty na bazie pomysłów inż. Szustera, przeznaczone dla branży instalacji wodnych i ściekowych, petrochemii i przemysłu spożywczego.

 

Innowacyjność popłaca

Innowacyjne rozwiązania powstające w koszalińskim EkoWodrolu zostały wielokrotnie docenione w rozmaitych konkursach i rankingach. Na przykład w roku 2010 firma została laureatem (II miejsce) rankingu pięciuset najbardziej innowacyjnych firm w Polsce; nagrodę tę przyznaje Instytut Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk wraz z siecią naukową MSM. Została również laureatką konkursu „Zielone Technologie” GreenEvo organizowanego przez Ministerstwo Środowiska. Jedną z korzyści dla uczestników podobnych konkursów jest możliwość promowania produktów za granicą. Innym – szansa uzyskania dotacji do kolejnych prac badawczych.

 

Działki budowlane w Charzynie

EkoWodrol ma pod Kołobrzegiem interesujący teren przeznaczony pod budownictwo jednorodzinne. Kompleks nosi nazwę VILPARK. Do kupienia są jeszcze 33 działki. Z zawieszonego nad tym miejscem drona widać doskonale zarówno kołobrzeską katedrę, jak i Bałtyk. W momencie kiedy zostanie oddana do użytku ekspresowa trasa S6, zastępująca na tym odcinku jednocześnie dzisiejszą „szóstkę” i „jedenastkę”, z osiedla VILPARK będzie zaledwie półtora kilometra do węzła drogowego Kołobrzeg Zachód. A to oznacza, że droga do Koszalina zajmie kierowcy około 20 minut.

Będzie to wygodny wylot drogowy w kierunku Szczecina, Gdańska i Poznania. Ściana zwartego lasu, na tle której powstaje VILPARK, gwarantuje z kolei, że mimo bliskości węzła drogowego nie pojawią się żadne uciążliwości z nim związane, bo pas leśny doskonale wytłumi wszelkie odgłosy.

EkoWodrol na wzór rozwiązań niemieckich oferuje działki w pełni uzbrojone – z myślą o wygodzie inwestorów, ale nie tylko: – W Polsce wciąż pokutuje praktyka, że ludzie stawiają domy, wprowadzają się do nich, a nie mogą normalnie dojechać do swojej nieruchomości, bo na drogi trzeba czekać latami. My wyszliśmy z założenia, że wszystko musi być przygotowane od razu, łącznie z wygodnym dojazdem. Chodzi nie tylko o komfort osób, które zamieszkają na osiedlu. To znacznie przyspieszy również budowę i zagospodarowanie całego kompleksu.
Firma ma już na koncie podobne przedsięwzięcie, ale na dużo mniejszą skalę. W Konikowie pod Koszalinem sprzedała na tej samej zasadzie 30 działek, na których nabywcy zbudowali domki jednorodzinne. Tam również uzbrojenie było od początku całościowe.