Jego pierścionek Big Ring, został wykorzystany w sesji zdjęciowej niemieckiej edycji magazyny Vogue. Inne prace trafiły do Galerii YES, promującej najciekawsze projekty młodych polskich jubilerów. Jacek Ostrowski to absolwent Wydziału Wzornictwa Politechniki Koszalińskiej.

 

 

jacek ostrowski– Skoro urodził się pan w Gdyni i tam mieszkał, to skąd się raptem wzięły studia w Koszalinie?

– Z bardzo prostej przyczyny. Na studiach zaocznych pojawił się kierunek, który mnie wówczas interesował. Zaoczne studia wzornicze są bardzo rzadkie, więc wybór był prosty. Na studiach zaocznych człowiek naprawdę chce się uczyć i moim zdaniem, lepiej się mobilizuje w czasie weekendowej nauki. Świadczyć o tym może fakt, że ja zajęcia opuściłem może ze trzy razy w ciągu pięciu lat. Wybrałem studia zaoczne także z powodów ekonomicznych, bo na studia dzienne, nie było mnie stać. Mieszkałem i utrzymywałem się sam.

 

– Ale nie zaczął pan studiować od razu po ukończeniu szkoły średniej?

– Po szkole wyjechałem do Włoch i tam mieszkałem przez sześć lat. Wtedy miałem okazję poprzyglądać się dobremu wzornictwu, a że zawsze lubiłem rysować i malować i pociągała mnie sztuka użytkowa, to zdecydowałem, że studia wzornicze będą dobrym pomysłem na życie. Nie mogłem studiować we Włoszech, postanowiłem więc wrócić i tu kontynuować edukację. W pewnym sensie biżuteria pojawiła się przez przypadek.

 

 

– Przez przypadek?

– Tak. Ja ukończyłem szkołę gastronomiczną, niezwiązaną w ogóle ze wzornictwem albo sztuką. W mojej rodzinie też nie ma artystów czy ludzi związanych ze sztuką. W czasie pobytu we Włoszech mieszkałem z kolegą, który ukończył Akademię Sztuk Pięknych i to właśnie on, widząc moje rysunki, zachęcał mnie bym poszedł w tym kierunku. Wróciłem do Polski, poszedłem na studia i jednocześnie musiałem pracować. Najpierw w gastronomii, ale nie satysfakcjonowało mnie to zajęcie i szukając czegoś nowego, trafiłem do pracowni biżuterii. Co najśmieszniejsze, po pierwszym dniu też mi się tam nie podobało, ale zostałem i z czasem zakochałem się w tym zajęciu. W pewnym momencie przeszedłem „na swoje”.

 

– To była dobra decyzja?

– Najlepsza z możliwych. Absolutnie tego nie żałuję, a teraz nie wyobrażam sobie, że mógłbym robić coś innego. Cały czas czerpię masę satysfakcji z tego, co robię, sprawia mi to dużo radości i do pracy przychodzę z prawdziwą przyjemnością.

 

– Czy pana prace można znaleźć poza autorską galerią?

– Tak, oczywiście. Na przykład są także dostępne w Galerii YES, która promuje młodych twórców i chętnie pokazuje ich prace, organizując wernisaże i wystawy. Trafiają tam ludzie, którzy wykraczają swoimi pracami poza standardowe projekty.

 

 

– W ciągu 15 lat, zdobył pan 19 nagród oraz wyróżnień i wziął udział w niemal 30 wystawach. To chyba może potwierdzać słuszność wyboru?

– W życiu trzeba dążyć do celu, jednak nagrody czy wystawy nigdy nie było dla mnie celem samym w sobie. Wszystko, co zdarza się w moim życiu, dzieje się chyba dzięki temu, że pasjonuję się tym, co robię i może ta pasja przenosi się na rzeczy, które tworzę, a ludzie to czują. Mam nadzieję, że uważają moje wyroby za rzeczy prawdziwe.

 

– Czy nagrody i wyróżnienia przekładają się na powodzenie w biznesie?

– To jest raczej dopełnienie, ponieważ biżuteria sprzedaje się dobrze. Jedno z drugim idzie w parze – tak można powiedzieć. Jestem otwarty na sugestie klientów. Takie wspólne projektowanie – tak to nazwijmy przynosi dużo satysfakcji. Lubię, kiedy przychodzą do mnie ludzie, którzy mają jakiś pomysł, ale siłą rzeczy, nie wiedzą jak go zrealizować, a ja mogę im w tym pomóc. To swoiste pogodzenie tego, co chciałby otrzymać klient z moją wizją. Tak często się zdarza, kiedy przychodzą do mnie mężczyźni z pomysłami na pierścionki zaręczynowe. Wiedzą, jakie są oczekiwania ich partnerek, a ja tworzę taką biżuterię wspólnie z nimi.

 

– Pana biżuteria ma formy geometryczne, rytmiczne. Czy nie obawia się pan, że kiedyś przestanie być modna?

– Nie obawiam się, że może się to znudzić czy opatrzyć. Przyglądam się modzie, ale tworząc – nie kieruję się nią. Nie projektuję, w stylu „modnym”, ale w takim, który czuję. Takie rzeczy jak geometria, przestrzeń czy rytm są na tyle uniwersalne, że to nie może być przestać modne. Jak kiedyś ktoś powiedział „najtrudniej zaprojektować rzeczy proste”. A moda chyba nie ma tu nic do powiedzenia, ponieważ niektórzy lubią rzeczy inne, niż modne. Tyle ilu jest klientów, tyle jest potrzeb. Są różne gusta i nie ma się czym martwić.

 

 

– Skoro już rozmawiamy o pierścionkach, to nie mogę pominąć pierścionka „Big Ring”, który znalazł się w sesji zdjęciowej do niemieckiego Vogue’a. Jak to się stało?

– Po prostu, udało mi się spotkać ludzi, którym spodobał się ten pierścionek. Któregoś dnia wychodziłem na jedno z biznesowych spotkań, na którym pokazywałem zaprojektowane nowości. „Big Ring” był akurat świeżo zrobiony, ale zapomniałem go zabrać. Jednak wróciłem po niego do pracowni i kiedy go pokazałem, to ludziom z marketingu Vogue’a, bardzo się on spodobał. Jednak niczego nie obiecywali, bo ostatecznie, to redaktorzy decydują, co się w nim znajdzie. Więc w sumie, to kiedy znalazł się w magazynie, to była to dla mnie duża przyjemność, ale i miła niespodzianka.
Chociaż od tego momentu, upłynęło już trochę czasu, to zdjęcie w magazynie nadal pracuje – często ten fakt jest wspominany i żyje w sieci.

 

– Powróćmy jeszcze na chwilę do nagród i wyróżnień. Czy jest wśród nich taka, która sprawiła panu najwięcej satysfakcji?

– Jest taka jedna publikacja, która niewątpliwie zrobiła mi wielką przyjemność. W Hiszpanii, w 2013 roku, wydany został katalog „Jewerly Design”, autorstwa Natalio Martina z ponad 500 pracami 63 artystów, z całego świata. I nie tylko okazało się, że jestem jedynym polskim projektantem, którego prace się w nim znalazły, ale to właśnie mój pierścień znalazł się na okładce tego wydawnictwa. Co zabawne, ja o tym nie wiedziałem. Dowiedziałem się od koleżanki, która dostrzegła go na wystawie księgarni w Barcelonie.
Oczywiście nie zamieszczono tam zdjęć moich prac, bez mojej wiedzy. Natalio Martin, korespondował ze mną ze cztery lata wcześniej, bo bardzo chciał wydać taki katalog, a w efekcie chyba zapomniał mnie poinformować, że jednak mu się to udało.

 

– Czas i powodzenie w branży, często wymuszają zmiany. Czy bierze pan pod uwagę przejście z mikro firmy do skali makro?

– Ani nie dążę, ani nie chcę, by moja firma była dużą firmą. Bardziej skupiam się na indywidualności i na lokalnym rynku. Oczywiście rozeszły się trochę informacje o nas po świecie, ale nadal jest to mikro firma i myślę by taka pozostała. I to jest w tej działalności dla mnie najważniejsze. Oczywiście przez kilkanaście lat obecności na rynku jest progres. I chociaż, wiadomo, są w firmie różne okresy, to ja jestem zadowolony z tego, co się dzieje i oby tak dalej.

Rozmawiała: Katarzyna Kużel