Rozmowa z Piotrem Krótkim, od 35 lat aktorem i reżyserem Bałtyckiego Teatru Dramatycznego (BTD) w Koszalinie.

 

Co hutnik robi w teatrze?
– Życiem rządzą przypadki. Zamiast do technikum radiowo-telewizyjnego, dostałem się do technikum hutniczego. W ten sposób zdobyłem pierwszy zawód – hutnika (śmiech).

O specjalności?
– Przeróbka plastyczna metali nieżelaznych. Kucie, walcarki, ciągarki. Nie każdy hutnik stoi przy piecu martenowskim.

Jaka była Twoja droga do aktorstwa?
– Od najmłodszych lat lubiłem występować. Inne dzieci wstydziły się, a mnie to sprawiało przyjemność.

izabela rogowska -11

Byłeś ozdobą szkolnych akademii?
– Akademii nie pamiętam, ale byłem śmieszkiem. W szkole średniej założyłem dwa kabarety. Nie trzeba było mnie wypychać na scenę.

Czyli wrocławska szkoła teatralna to nie przypadek?
– Nie. Byłem drugim lub trzecim rocznikiem Wydziału Aktorskiego. Zadziałał zmysł praktyczny – we Wrocławiu miałem rodzinę, więc nie musiałem zabiegać o akademik (śmiech).

Z kim studiowałeś na roku?
– Z Martą Klubowicz, Cezarym Żakiem, Waldemarem Obłozą, Maćkiem Tomaszewskim. Dyplom obroniło trzynaście osób. Większość z nas została w aktorstwie.

Jak – zaraz po studiach – trafiłeś do Koszalina?
– Pochodzę z Górnego Śląska. Przyjeżdżałem do Mielna autostopem. Lubiłem Koszalin, podobała mi się okolica. Szukałem miejsca zielonego, najlepiej nad wodą. Brałem pod uwagę także Olsztyn. Znowu przypadek: kiedy zdawałem egzamin, pojawiło się ogłoszenie, że teatr koszaliński poszukuje młodych aktorów. Zdałem, zgłosiłem się i przyjechałem z żoną.

izabela rogowska -12Jak przyjął Cię zespół, który wtedy składał się z doświadczonych teatralnych osobowości?
– Zespół, włącznie z inspicjentami i suflerami, liczył blisko czterdzieści osób. Dla porównania, teraz aktorów jest kilkunastu. W połowie lat osiemdziesiątych to był zbiór aktorów bardzo doświadczonych i ludzi bez dyplomu, którzy później zdawali egzaminy eksternistyczne. Zostałem przyjęty bardzo ciepło. W teatrze jednak, tak czy owak, aktor musi pokazać, co potrafi.

Dzisiaj jest tak samo?
– Zupełnie inaczej. Młodzi aktorzy przychodzą jak na swoje, czasami wydaje się, że już wiedzą wszystko. Nas nauczono pokory: „Jeszcze nic nie umiesz, ucz się, przy każdej okazji łap doświadczenie”. Różnica w podejściu jest teraz mocno widoczna. Znak czasu.

Czy teatr jest dobrym nauczycielem aktorstwa?
– Życie jest najlepszym nauczycielem. Dobry sposób nauki polega na przenoszeniu na scenę tego, co aktorowi udało się podpatrzeć w życiu. Aktorstwo to niełatwy zawód. Trzeba mieć skórę nosorożca, a równocześnie nie można stracić wrażliwości.

Co jest w nim najtrudniejsze?
– Pogodzenie życia rodzinnego z tym zwariowanym kołowrotkiem, jakim jest życie aktora – to wyższa szkoła jazdy. Zdarza się nam pracować po kilkanaście godzin na dobę. Całym sobą.

Wiedziałeś wtedy, co chcesz grać?
– Chciałem grać! Miałem szczęście, że teatry poszukiwały wykształconych aktorów. Państwo finansowało instytucje na niewyobrażalnym teraz poziomie. W Bałtyckim Teatrze Dramatycznym pracowało sto osób, zajmowaliśmy dwa piętra w sąsiednim budynku Archiwum Państwowego. Niesamowity okres.

Czy to, że po pięciu latach zostałeś uznany za najlepszego aktora BTD, zmieniło coś w Twoim podejściu do zawodu?
– Przypadek (śmiech). Udało się, bo akurat zagrałem w „Ślubach panieńskich” rolę Gustawa, do którego panienki wzdychały i słały liściki (śmiech). Pewnie dlatego.

Byłeś etatowym amantem teatralnym, a później – jak sam mówisz – przesunąłeś się ku rolom charakterystycznym. Jak jest dzisiaj?
– Bez zmian; cieszę się z tego. Bohaterowie napracują się, a wyjdzie ksiądz czy niania i od razu zapisuje się w pamięci widza. Zagranie dobrego epizodu może być bardziej satysfakcjonujące od roli Hamleta. Aktor musi patrzeć w lustro i realnie oceniać swoje możliwości i predyspozycje.

izabela rogowska -13

Piętnaście lat temu w odniesieniu do aktorstwa powiedziałeś: Nie mógłbym robić niczego innego. Podtrzymujesz te słowa?
– Tak. Zaczynać od nowa w wieku sześćdziesięciu lat? Aktorstwem zajmuję się przez całe swoje życie zawodowe. Przy tym jestem typowym aktorem teatralnym, nie mam czasu jeździć na castingi filmowe; tak już pozostanie. Świętujesz w tym sezonie jubileusz pracy artystycznej.

Grasz od trzydziestu pięciu lat w BTD. Jak czujesz się na scenie?
– Im większą aktor zyskuje świadomość siebie na scenie, tym większą czuje odpowiedzialność. Chociaż teoretycznie nie ma powodów, stres premierowy czasami jest jeszcze większy.

Masz w sobie ten typowy rys Ślązaka z Pszczyny?
– Dla mnie Ślązak to człowiek rodzinny, poważnie traktujący swoją pracę, no i lubiący się zabawić (śmiech).

Wszystko się zgadza.
– Otóż to (śmiech).

izabela rogowska-1Dzisiaj jesteś bardziej stąd czy stamtąd?
– Do końca nie odciąłem korzeni śląskich. Mimo że mieszkam w Koszalinie tyle lat, coś ciągnie mnie w rodzinne strony. Mam tam ludzi, z którymi spędziłem młode lata, więc może dlatego.

Miewasz momenty zwątpienia w aktorstwo?
– W każdym człowieku, który poważnie traktuje swój zawód, pojawiają się chwile zwątpienia. Kiedy nadeszła transformacja ustrojowa, chciałem przeobrazić się w przedsiębiorcę. W teatrze dostałem roczny urlop bezpłatny. Wytrzymałem pół roku i wróciłem. Być może dzisiaj byłbyś dyrektorem prywatnego teatru.

Nie żałujesz, że nie wyszło?
– Może byłbym (śmiech). A może nie.

Czy swoje reżyserowanie uznajesz za rezultat poszukiwań twórczych?
– Różnie z tym bywa. Pierwsza realizacja [„Dzieła wszystkie” Szekspira] to był przypadek. Sztukę miał wyreżyserować inny aktor – ze Szczecina – któremu nie pasował termin. Padło na mnie. Ważny jest tekst. To, co dotąd zrobiłem, trafiało do mnie, ponieważ lubię kabaret literacki.

Jako reżyser pokazujesz aktorom, jak mają grać?
– Staram się tego nie robić. Jeżeli już, to młodszym kolegom. Co do starszych, lubię, gdy mnie zaskakują.

Aktorstwo to misja?
– Misja była wtedy, gdy bohaterscy aktorzy pod zaborami wystawiali coś dla ludu ku pokrzepieniu serc. Aktorstwo teatralne to nie misja, lecz rzemiosło. Misję poczułem, gdy w 1988 roku z kolegą Zbyszkiem Kułagowskim (były aktor i dyrektor BTD, obecnie reżyser w Państwowym Zespole Ludowym Pieśni i Tańca „Mazowsze”) zrealizowaliśmy spektakl grany później w kościołach. Z KW PZPR był telefon, żeby nas zwolnić z teatru. To była misja.

Jesteś obecnie aktorem najdłużej grającym w BTD. Czy z tego wynikają dla Ciebie jakieś przywileje?
– Czasami mogę więcej powiedzieć, posłużyć się swoim doświadczeniem.

W wielu Twoich postaciach jest rys szaleństwa podskórnego. Ci bohaterowie tacy są, czy takimi ich stwarzasz?
– W postaciach przede wszystkim szukam człowieka. Uczucia ekstremalne na scenie, zwłaszcza dużej, zawsze są ciekawe. Zamiast krzyczeć cały czas, warto krzyknąć raz, ale wtedy, kiedy trzeba i z odpowiednim natężeniem. Być może to jest właśnie to, co nazywam rzemiosłem.

Czego szukasz w aktorstwie?
– Kontrastu. Postać im bardziej jest skontrastowana, tym bardziej intrygująca. Dla mnie i dla widza.

Lubisz improwizację?
– Tylko wtedy, gdy jest naprawdę dobrze przygotowana (śmiech). Owszem, to ma wyglądać na improwizację, ale ponieważ improwizacja musi być bezbłędna, trzeba ją dobrze rozpisać i przećwiczyć.

Z jakim nastawieniem idziesz na pierwszą próbę?
– Zawsze jestem trochę zaniepokojony, co to będzie. Dla mnie najważniejsze jest pierwsze zetknięcie z tekstem. Muszę sobie odpowiedzieć na pytanie: „Co to jest?” Kiedy już wiem – nawet, jeżeli tekst trochę mnie przerazi – jaki pomysł ma reżyser, spokojniejszy przystępuję do pracy.

izabela rogowska-2

Masz jakieś rytuały przed- lub popremierowe?
– Nie. To, co mają wszyscy aktorzy. Nic więcej.

Przynosisz lub przenosisz teatr do domu?
– Nie lubię tego. Staram się tego nie robić. Przez pierwsze lata żona miała nawet pretensje, że tak mało mówię o teatrze. Zawsze odpowiadałem, że teatr mam w teatrze. Mimo to w naszym domu nie ma zakazu rozmów o teatrze (śmiech).

Psycholog w domu ułatwia życie aktorowi?
– Nie łączymy spraw zawodowych, chociaż kiedyś żona mi powiedziała, że z racji zawodu mogę być dobrym psychologiem. Zanim psycholog wydobędzie coś z człowieka podczas sesji, dowiaduje się tego z jego obserwacji.

Jakim recenzentem pracy męża jest Twoja żona?
– Sama przyznaje, że nie jest obiektywna wobec spektakli, w których mnie ogląda. Jeżeli coś jej nie podpasuje, mówi o tym otwarcie.

Mąż na scenie obściskuje i całuje panią w tiulach. Czy to ciężki temat do rozmów w domu?
– Jak żona mówi, trochę przyzwyczaiła się już do tego, ale gdzieś ją to wewnętrznie gniecie. Wiadomo, że to nie są łatwe sprawy, na szczęście to nasze, jak powiedziałeś, obściskiwanie ma raczej wymiar symboliczny. Przecież nikt nago nie chodzi po scenie (śmiech).

izabela rogowska-8

Twoja żona napisała pracę dyplomową na temat poczucia sprawiedliwości społecznej wśród aktorów.
– Tak! Na dodatek w Teatrze Polskim we Wrocławiu.

Czy coś takiego w ogóle jest możliwe w teatrze?
– Oczywiście, że nie. Taka też była konkluzja jej pracy. Nie ma czegoś takiego w teatrze (śmiech). W teatrze nie może być sprawiedliwości.

Piotrze, jeżeli masz jakąkolwiek tajemnicę aktorską, najwyższa pora ją wyjawić. Słucham.
– Tajemnicy nie mam. Prędzej obawę. Otóż im więcej mam lat, tym mniej sił. Sił i entuzjazmu. Uważam, że aktor na scenie musi dawać z siebie wszystko. Jeżeli tego nie robi, pozostaje zaledwie letni. Chciałbym, żeby jak najdłużej wystarczyło mi sił na pełne zaangażowanie. Z entuzjazmem jest o tyle lepiej, że podtrzymują go spotkania z ciekawymi reżyserami i interesującymi tekstami.

Jak dokończyłbyś zdanie: Dzisiaj jestem…
– …zmęczony i zadowolony.

 

Rozmowa ukazała się „Almanachu Kultury Koszalińskiej 2019”, Koszalin 2020