Cukin jest oryginalny jak jego pseudonim. Momentami skromny i małomówny, długo zastanawia się, co powiedzieć. Za sekundę wyrzuca z siebie słowa z szybkością automatu i opowiada o pasji z dziecięcym entuzjazmem. Wesoły, za chwilę skupiony i poważny. – Nie wiem, ile mam jeszcze czasu, ale muszę go dobrze wykorzystać – stwierdza filozoficznie znienacka. Ma 26 lat, świadomość własnego talentu, ale nic z chwalipięty. Chce zostawiać po sobie ślady w mieście, by Koszalin wyglądał ładniej. Ma za sobą przełomowy rok.

 

Przestrzeń miejska zna Cukina doskonale. Z  graffiti, szablonów streetartowych i oczu popatrujących na Koszalin z kamieni, drzew, budynków i  najdziwniejszych perspektyw. Jest ich pomysłodawcą. Podobno. Nie potwierdza 😉 Jeśli w Koszalinie można mówić o undergroundzie, jest jego znaną postacią od wielu lat. Długo pozostawał artystą „nieoficjalnym”, co nie oznacza nieznanym. Na „Cukin Art”, pierwszą wystawę w Centrali Artystycznej, w styczniu 2014 roku, przyszedł tłum. Pokazał prace z ostatnich pięciu lat. Część wypożyczył od osób, którym wcześniej je podarował. Nowe wyprzedał na pniu.

 

TRÓJA Z PLASTYKI

Trudno nazwać go samoukiem, bo rysowania nigdy nie musiał się uczyć. Po prostu rysował. od zawsze. – Podejrzewam, że zacząłem jeszcze w żłobku. Wszystkie dzieci rysują, ale niekoniecznie przypomina to cokolwiek. Ze mną było inaczej. Moje zwierzęta przypominały siebie, poza tym rysowanie było moim ulubionym zajęciem i nic się w tej sprawie nie zmieniło.

Nie ukończył szkoły plastycznej, nie chodził na kółka zainteresowań, nie planował studiować sztuki. – Nie chciałem, żeby mi ktoś coś narzucał, ani mnie oceniał. Robię wszystko po swojemu i siebie tylko ścigam. Nie interesowałem się nauką ani czytaniem lektur. Moja półkula mózgowa odpowiedzialna za rysunek zdominowała drugą. Z plastyki miałem tróję, bo nie oddawałem prac. Wygrywałem za to wszystkie konkursy. Trochę się potem zraziłem, bo dostawałem nagrody w postaci ołówka albo paczki kredek.

Ślady młodzieńczej twórczości przechowuje w specjalnym pudle. Wyciąga z niego komiksy, rysunki powstałe na przykład z – silnej wówczas – inspiracji zamachem na World Trade Center i zeszyty szkolne, w których próżno szukać notatek z lekcji. – Zapełniałem je od tyłu – wyjaśnia. Przechowuje też wycinki z reklam prasowych własnego autorstwa z czasów, gdy współpracował z Ho:Lo, koszalińską firmą produkującą torby z recyklingu, które także projektował.

 

4

KOTY I OWSIAK

Mieszkanie nie pozostawia wątpliwości co do artystycznych konotacji lokatora. osobna pracownia z gablotą pełną farb i sprejów plus prace na różnym etapie tworzenia. Na ścianach salonu: autorska galeria, a na niej przegląd gatunków i stylów twórczości: portret graffiti Lenny’ego Kravitza, grafiki, ilustracje, obrazy. Starannie oprawione i wyeksponowane. Zmieniają się w rytm nieustającej produkcji. Najnowszy: pomalowana 15 minut wcześniej blacha. Częsty motyw: zwierzęta, głównie kot, nie tylko własny, ożywione w żartobliwy sposób przedmioty. Surrealizm, poczucie humoru, elementy fotografii.

Pośród rozlicznych dzieł: fotografia Jurka owsiaka z autoportretem. – Mam kolegę, często maluję mu coś na zamówienie – opowiada historię zdjęcia Cukin. – Któregoś razu poprosił o obraz dla Jurka Owsiaka. Wymyśliłem, że namaluję go jako supermana w pelerynie, który na kombinezonie zamiast wielkiego „S” będzie miał serce WoŚP. Pierwszy raz załączyłem do obrazu wizytówkę, licząc, że może ktoś go zobaczy i coś zamówi. Poleciał. Minęło trochę czasu i odbieram telefon: – Jest tysiąc metrów kwadratowych do pomalowania, słyszałem, że się tym zajmujesz, te wszystkie graffiti w Koszalinie to twoja robota? – Zależy, kto pyta – odpowiedziałem rezolutnie – ostatnio malowałem portret Jurka owsiaka. – Tego złodzieja? – pyta głos w słuchawce, z lekkim zająknięciem. Zorientowałem się, że dzwoni sam Owsiak. Podziękował, powiedział że obraz bardzo mu się podoba i wisi w gabinecie. Już podejrzliwy – nie uwierzyłem, więc zrobił zdjęcie i mi przysłał. Ucieszyłem się strasznie. Dostałem zaproszenie na Przystanek Woodstock i propozycję wystawy. Nie udało się, ale może w przyszłym roku? Już wiem, co bym zrobił. Zebrałbym śmieci, których na Woodstocku mnóstwo, pociąłbym je na kawałki i złożył z nich panoramę pola namiotowego.

 

MASZYNKA DO MALOWANIA

Tak mówi o sobie. Rysuje non stop, wszędzie, codziennie. – Mogę malować cokolwiek na czymkolwiek, choćby keczupem na talerzu. Ciągle coś robię – mówi, pokazując gruby szkicownik z zaprojektowaną przez siebie dzień wcześniej okładką. – Nie mogę przestać. Czuję się fatalnie nie rysując, jakby połamany wewnętrznie. Może to jakaś choroba?

Szkicownik ma raczej status gadżetu. Najczęściej rysuje w najprostszej aplikacji na tablecie. Tak powstają jego grafiki: błyskotliwe, dowcipne, pomysłowe. Część z ogromu prac, jakimi się zajmuje. Projektuje koszulki, które sam wytłacza (ponoć starym maglem!), czapki, plecaki, kubki, nalepki, magnesy (każdy z jego gości może sobie wybrać jeden z oblepionej nimi lodówki). Rzadko robi coś wyłącznie dla siebie, ma za to mnóstwo zamówień. – Niedawno przypomniałem sobie, że pierwsze miałem już w dzieciństwie. Malowałem za zabawki, głównie rówieśnikom. Jak już byłem starszy, kumplom na osiedlu „dziarałem” flamastrem tatuaże.

Jego znakiem rozpoznawczym są przeróbki. Zdarzało mu się malować buty, tarcze zegarów, krzesła. – Do tej pory największą przyjemność sprawia mi, gdy ktoś kupuje ode mnie coś z recyklingu, takie zamówienie cieszy mnie bardziej, niż jakbym wygrał w totka. – przyznaje. – Długo nie miałem pieniędzy na farby i materiały, więc malowałem na byle czym i czym się dało. Pozostało mi to zamiłowanie. Szczególnie dużo przydatnych rzeczy znajdowałem przy śmietnikach: stare drzwiczki od mebli, kartony, części nie wiadomo czego. Przynosiłem wszystko do domu, przerabiałem i sprzedawałem za parę gorszy. W dzieciństwie wszyscy byliśmy twórczy. Na podwórku mieliśmy ulubioną zabawę w robienie czegoś z niczego. osiedle było mocno zdewastowane, więc o elementy do konstrukcji było łatwo. Wymyślaliśmy na przykład, że każdy w godzinę złoży swoją wiertarkę. Wybieraliśmy tę najlepiej działającą.

Na co dzień Cukin maluje ściany w prywatnych domach. Zamówienia nazywa „kubusiami”, bo najczęściej dotyczą pokojów dziecięcych. oprócz Puchatków we wszystkich konfiguracjach, na topie są dinozaury wyłażące ze ściany, żółwie ninja, pingwiny, koszykówka, piłka nożna. Dorośli zamawiają panoramy wielkich miast, tropikalne plaże z palmami, drogie samochody, romantyczne pejzaże. – Zdarzały się też prośby o portrety psów albo nieżyjącej babci – wymienia Cukin. – Ludzie czasem opowiadają mi swoje historie, które potem pojawiają się na ścianach. Ale portretów nie maluję, za duże ryzyko.

Nie ukrywa, że to praca odtwórcza, ale ma „dziką satysfakcję”, gdy z podziękowaniami za spełnienie marzeń dzwonią dzieciaki. „Kubusie” maluje na żywo, bez szkicu. Czasem dwa dziennie. Zamówień ma lawinę. od tego roku – wcześniej nie były tak liczne. Poza ścianami maluje… co się da. W czasie naszego spotkania dzwoni chętny z propozycją przemalowania lodówki. – Super! – cieszy się Cukin, tym bardziej, że dostaje wolną rękę przy wyborze motywu.

 

2

 

SKRZYNKA Z ŁABĘDZIAMI

Dobra passa zaczęła się po łabędziach. Na trafostacji przy Filharmonii Koszalińskiej pojawiły się w sierpniu tego roku. Najpierw była propozycja pomalowania „skrzynek” w Darłowie jednak projekt w ramach tamtejszego budżetu obywatelskiego nie doszedł do skutku. – Niewiele myśląc, wybrałem się do naszego zakładu energetycznego z gotowymi projektami – mówi Cukin. – Przekonałem ich, zwłaszcza że koszty zakupu farb wziąłem na siebie (śmiech). Wybrałem łabędzie, bo są apolityczne, uniwersalne, wdzięczne do malowania i kojarzone z parkiem, a miejsce koło Filharmonii, bo chciałem zostawić swój ślad w ruchliwym miejscu. Mnóstwo osób tamtędy przechodzi. Wiedziałem, że malunek będzie zwracał uwagę. Już na etapie powstawania stawali przy mnie ludzie i obserwowali, co robię. Raz zatrzymał się nawet autokar z wycieczką. Najbardziej mnie rozśmieszyło, że nie robili zdjęć Filharmonii ani pobliskim pomnikom, ale moim łabędziom. W pewnym sensie postawiłem tam własny pomnik – śmieje się. – Kilka razy w tygodniu przejeżdżam obok skrzynki rowerem, czyszczę ją z brudów. Wszystkie skrzynki – teraz pomazane napisami – mogą być ładnie i legalnie pomalowane, gwarantuję, że nikt nie będzie ich wtedy sprejował.

 

NA FALI

2015 rok jest – jak mówi Cukin – przełomowy. Mnóstwo zleceń, ale przede wszystkim możliwość legalnej pracy. W planie są murale na zamówienie miasta i możliwość nadania kilku ścianom Koszalinie nowej jakości (do realizacji dojdzie prawdopodobnie w przyszłym roku).

– Spać nie mogę, jak o tym myślę – śmieje się Cukin. – Wielkie płaszczyzny są wyzwaniem. Jestem przyzwyczajony do mniejszych ścian, przy których blisko stoję i widzę, co robię, a tu trzeba zastosować inną technikę. Ale sama perspektywa jest świetna. Projekty już ma. Pomysłów na ozdobienie wielu miejsc w mieście – mnóstwo. Trochę śladów już po sobie pozostawił. We wrześniu tego roku przemalował fragment elewacji Szkoły Muzycznej „yamaha”. Pomalował budkę w WakeParku (Wodna Dolina). W listopadzie po raz drugi wziął udział w interdyscyplinarnej wystawie „Fala” w Bałtyckiej Galerii Sztuki (CK 105). Wewnątrz pokazał kilka swoich prac, przy bocznym wejściu do kina Kryterium namalował wymowne graffiti.

Na początku grudnia odebrał Laur Made in Koszalin w kategorii „styl życia i inspiracje”. W czasie nadchodzących I Targów Sztuki i Dizajnu w City Boksie, na autorskim stanowisku (kategoria design/ street art) pokaże wystawę swoich – nowych – prac. W kalendarz trudno mu wcisnąć szpilkę. Cel? Z właściwym sobie połączeniem skromności i ekscentryzmu mówi: – Chcę, by ludzie rozpoznawali mój styl.