Barokowa krata, nóż. Industrialny wystrój stylowego loftu, otwieracz kapsli, rzeźba w centrum europejskiej stolicy. W każdej konwencji się odnajdą, a klient dostanie unikat.

Najgorętszym miejscem Europy było w sierpniu pomorskie Swołowo, dokąd na plener przybyło 30 ludzi żelaza z Polski i Irlandii, by dogrzać upał paleniskami w skansenowej kuźni oraz w pełnym słońcu. O waleniu młotem i subtelnościach tendencji mówią kowale z Koszalina, Dublina i Ustki.

 

Delikatność ręki

Gdy ustczanin Grzegorz Krasiński, historyk i bibliotekarz, zobaczył z bliska kowala, pasja rozpaliła go jak palenisko już na festynie. Jak chwycić młotek i kleszcze, pokazał mu stary ślusarz ze stoczni. – Zaskoczyła mnie delikatność mojej ręki i brak wytrwałości – wspomina pierwsze duże zlecenie. – Okazało się, że w tym zawodzie czasem kończy się romantyzm, a zaczynają odciski od klepania tysiąca grotów do płotu.

Dłubał w garażu, przełom przyniósł wyjazd do Londynu. Równolegle założył w Ustce porządną kuźnię. Wyposażenie kompletował 10 lat i nadal zbiera: – Poluję na wiejskie okazje, ale rzeczy już mało, a ceny urosły, bo mieszkańcy wsi dawno się połapali, że na starociach można zarobić. Nieduże kowadło stojące pół wieku za stodołą cenią na 1000 zł.

Najbardziej lubi zadania nietypowe jak rekonstrukcja XVII-wiecznych okien katedry w Bristolu czy wiszące fotele ogrodowe. Teraz przed nim wyzwanie z Gdańska – zbroja pikiniera do scen historycznych.

Zaczął z wściekłości

Aleksander Czarnecki ma kuźnię przy stacji koszalińskiej wąskotorówki. Inną kuźnię mijał wracając ze szkoły w lubelskim miasteczku: – Zawsze czekał sznur furmanek, siadało się z rozdziawioną gębą. Młotek wziąłem do ręki w fabryczce maszyn do obróbki skór. Ale kucie mnie nie pociągało. Po latach, już na Pomorzu, imałem się różnych zajęć, aż raz po trzech miesiącach ciężkiej pracy nie dostałem nic. Z wściekłości wynająłem miejsce, kupiłem kotlinę (palenisko), kowadło i zacząłem stukać. Z czasem otworzyłem sklep przy ulicy Zwycięstwa w Koszalinie.

Jego rzeźby stoją w mieszkaniach na kilku kontynentach. Jedną z najznamienitszych w Łodzi – Kamienicę pod Gutenbergiem Jana Peterslige przy Piotrkowskiej 86 – zdobią cztery 3,5-metrowe smoki koszalinianina. Furorę na wystawach w Trójmieście zrobiły szachy i w końcu dobrze się sprzedały. – A gdyby pan wykuł następne albo nawet serię szachów… – Nie. Cierpię na niepowtarzalność – ucina rozważania artysta.

 

Sztuka na procent

Paweł Guba przyleciał na plener z Dublina, dokąd przeniósł się z Warszawy 11 lat temu, gdy spostrzegł, że w Irlandii nie ma kowalstwa: – Przez stulecia zabraniali im tego Anglicy w obawie przed wytwarzaniem broni i tak już zostało. Żelaza też tam nie ma. Poza tym odpada poważne w Polsce źródło dochodu kowali – ogrodzenia i bramy, bo nikt nie grodzi posesji; w dodatku domy są parterowe, więc nie potrzeba balustrad. Ale kowalstwo się opłaca dzięki Anglii i procentowi. Anglicy są rozkochani w wyrobach kowalskich i wiedzą, co to. Są przywiązani do tradycji, mają pieniądze i smak. W Irlandii to kowal odpowiada za to, co będzie miał klient, w Polsce klient bardziej wie, czego chce, a w Anglii wie, co to jest wyszukany wyrób.

Wspomniany procent polega na tym, że w Irlandii przy każdej miejskiej inwestycji przepis nakazuje 1 proc. jej wartości wydać na sztukę. A duży metalowy element doskonale się nadaje na skwery i obrzeża nowych dróg. Ostatnio Polak wygrał konkurs i postawił w centrum Dublina 12-metrowe „mydlane bańki”, czyli ważące 30 ton kule wypolerowane na lustro, jedne na drugich. Jego szachy ze stali nierdzewnej i czarnej (stolik i figury) też nagrodzono i kupiono za 35 tys. euro. Pięć lat zdobiły cech rzemieślniczy, zanim sprzedano je do Dubaju.

Co się kuje

Pomorscy kowale robią ogrodzenia, bramy i balustrady – chętnie montowane w miejsce PRL-owskich spawanych tworów, kwietniki, okna, stylowe meble, karnisze, wieszaki, lustra, także oświetlenie: od świeczników, kinkietów i żyrandoli po latarnie uliczne. Wzięcie mają gadżety, w tym oczywiście podkowy: normalnej wielkości na dom i miniatury do portfeli. Ponadto biżuteria: wisiorki i bransolety, na życzenie oksydowane lub powlekane i pachnące pszczelim woskiem. Materiał to stal, metale kolorowe i naturalnie kute żelazo. Rzadko i na małe rzeczy – drogie stare żelazo, wytworzone przed XX wiekiem i odzyskiwane z dawnej budowlanki (w Anglii i Szwecji z morskich wraków); wytapiano je w dymarkach, dzięki czemu ma ciekawą włóknistą strukturę, co widać np. na klingach noży.

 

Tendencje designerskie

Zarysowały się dwie: prostota formy i tradycja faktury. Pierwsza to kształty geometryczne, „technokratyczne” – prostokąty, ascetyczne profile jakby cięte laserem lub wprost cięte, co nie jest obce kowalom. Z kształtowników, rurek, bez kowadła, właściwie ślusarstwo artystyczne. Dotyczy to balustrad, ogrodzeń, oświetlenia, a nawet wyposażenia sakralnego; deweloperzy stawiają na ogrodzenia panelowe, pręty lub płaskowniki, nawet właściciele domków przestali „wywijać” i nie chcą już szyszek czy winogron w płotach.

Trend tradycyjny to techniki stricte kowalskie: nitowanie, przebijanie, przekuwanie. Cenione są widoczne, wręcz przesadne niedoskonałości i różnice między powtarzalnymi detalami. Surowość ta dotyczy zwłaszcza żyrandoli, kinkietów, okuć okiennych i meblowych, dachowych wiatrowskazów. I efekt specjalny: rdza, coraz częściej pożądana.

 

Z wyobraźni i wypadów

Inspiracje czerpią z głowy, podpowiedzi klientów, z zabytkowych zakamarków miejskich i wypadów na wieś. – Idę i patrzę na liść, ptaka, fragment furtki. Po tylu latach nie lecę bezmyślnie, wszędzie widzę przyszłą robotę – opowiada Aleksander Czarnecki. Jednak zawsze i wszystko przetwarza wyobraźnia. To nie chińska matryca z hurtowni. I są to rzeczy na lata. – Kto nie chce, żeby grot pręta ogrodzenia odpadł przy oparciu się ręką, wybierze rzetelną, kowalską robotę – zachęca Grzegorz Krasiński.

Czy zdołaliby zrobić kosę? – Rekonstrukcja jest prosta, podobnie przekucie na sztorc dla kosyniera do sceny batalistycznej. Ale zrobić od początku to duża sztuka z uwagi na cienkość i hartowanie. Wymaga prób i pokory. Kiedy klepałem (przygotowanie do ostrzenia), trzy zepsułem, dopiero czwarta wyszła – przyznaje ustecki rękodzielnik. Tymczasem zdarzają mu się jeszcze mniej typowe zapytania, zwłaszcza na plenerach: o gadżety erotyczne oraz, już żartem, o pasy cnoty. Wówczas uprzedza: – Ale pasuję na gorąco.