Przedsiębiorstwo Budownictwa Ogólnego Piotr Flens, jedna z najstarszych prywatnych firm budowlanych w Koszalinie, weszła właśnie w trzydziesty rok istnienia. Jej założyciel mówi: „Każda nasza budowa to osobny rozdział. Wszystkich nie dałoby się opisać w grubej książce. Ale miejsce w niej zawsze byłoby dla ludzi, z którymi firmę tworzyłem, z którymi obecnie pracuję i którym jestem wdzięczny. Tak jak ogromną wdzięczność mam dla najbliższych za pomoc i wsparcie”

Piotr Flens należy do grona pionierów koszalińskiego prywatnego biznesu budowlanego. Jego wpis do ewidencji działalności gospodarczej nosi datę 1 maja 1989. Ciekawa data, jak na start „kapitalistycznego” przedsięwzięcia.
Decyzja o pracy na własny rachunek nie była łatwa – wspomina pan Piotr. Miał już wtedy za sobą 13 lat w Koszalińskim Kombinacie Budowlanym, w tym cztery lata spędzone w delegacji, na budowie mieszkań dla pracowników powstającej wtedy Huty Katowice: – Tam przeszedłem chrzest bojowy i ścieżkę awansu od inżyniera stażysty po zastępcę naczelnego inżyniera, szefa produkcji i kierownika dużej budowy. Nie byłem nigdy w wojsku, bo zdrowie nie pozwoliło, ale praca w delegacji to również taka „męska przygoda”, szkoła życia. Miałem tam spędzić 3 miesiące, a wyszły 4 lata. Kiedy byłem już kierownikiem, nade mną w hierarchii był tylko dyrektor budowy. Wszystko trzeba było samemu załatwia.

Było to przygotowanie do samodzielnego działania, do podejmowania decyzji. Wtedy nie miałem jeszcze w ogóle pomysłów na prywatną działalność.

Ale przyszedł rok 1989. Minister Mieczysław Wilczek ogłosił trochę wcześniej, że „co nie jest zakazane, to dozwolone”. Do tego rosnące potrzeby rodziny, kłopoty zdrowotne bliskich. I koledzy, którzy szli na swoje i namawiali, żeby spróbować pracy na własny rachunek. – Wahałem się – mówi Piotr Flens. – Ja co prawda mam w rodzinnej historii tradycję firm prywatnych, ale naprawdę wtedy mocno się zastanawiałem, czy to ma sens. Gen przedsiębiorczości jednak we mnie krążył. Mój dziadek był ostatnim burmistrzem w Bninie pod Poznaniem, ale zanim nim został, prowadził hotel. Drugi dziadek robił meble i to nie byle jakie, bo artystyczne, pokazywane na Targach Poznańskich. Zostawić bezpieczny etat i pójść na swoje? To nie była łatwa decyzja.
Pierwsza robota Przedsiębiorstwa Budownictwa Ogólnego Piotr Flens to zlecenie… na wybudowanie dwóch garaży. Zaczęło się poszukiwanie pierwszych ludzi do pracy. Wcale nie było o nich łatwo. – Przede wszystkim próbowałem znaleźć kogoś, kto byłby u mnie brygadzistą. No i znalazłem. Jak się okazało, człowiek ten nie umiał w ogóle czytać dokumentacji. Wracam z Poznania, ze szpitala od żony, zajeżdżam na budowę, patrzę – pomurowali coś. Ale zaraz, przecież miało być na dwie i pół cegły a oni zrobili na półtorej! Własnymi rękoma potem to rozbierałem – wspomina pan Piotr.

Kamienica Marii Ludwiki

Kamienica Marii Ludwiki

Pierwsza większa budowa pojawiła się już w ramach korporacji ARBET: roboty wykończeniowe, tynki, podłoża, elewacje, stolarka w hotelu Arka (obecnie Gromada). – To były takie czasy, że dużo się działo w krótkim czasie i wszystko po raz pierwszy. No i wszystko opierało się na zaufaniu. Tworzyliśmy grupę ludzi, którzy się znali, bo w większości wywodziliśmy się z Kombinatu – podkreśla prezes Flens. – To naprawdę były czasy pionierskie. Dopiero tworzyły się przepisy, reguły. Działaliśmy metodą prób i błędów. I z ogromnym ryzykiem finansowym, bo inflacja w najgorszym okresie wynosiła 60 procent w skali miesiąca.

Ale stopniowo prac przybywało. Niektóre – jak mawia Piotr Flens – to była „bliska zagranica”, czyli zlecenia w innych polskich miastach. Była również „daleka zagranica”, czyli na przykład budowy w Berlinie. Spore prace, za które niemiecki zleceniodawca nie zapłacił. – Latami dochodziłem tych należności i nigdy ich nie dostałem. Stereotyp stawia Niemców za wzór solidności, a tymczasem różnie bywa. Za to kiedy budowałem w Moskwie, między innymi bank i prywatne rezydencje, zleceniodawcy wszelkie należności płacili w terminie i bardzo rzetelnie. I znów stereotyp nie zadziałał, bo Wschód kojarzy się nam z czymś innym niż solidność.

Jak podkreśla prezes Piotr Flens, moskiewskiego zlecenia nie udałoby się wykonać bez Krzysztofa Wasilewskiego – kosztorysanta, który ukończył studia w Kijowie i znał perfekcyjnie język rosyjski i zaopatrzeniowca pana Marka Łukaszczyka. – Wszystko, co było potrzebne do budowy, szło z Koszalina ciężarówkami, jedynie sauny kupowaliśmy na miejscu. W przeciwieństwie do wielu kolegów mam bardzo miłe i barwne wspomnienia z tego okresu. Nasi kontrahenci okazali się rzetelni. Jednocześnie sprawdzili się moi współpracownicy, którzy pracowali z oddaniem i z poczuciem odpowiedzialności. Zawsze to ceniłem.

Później przyszły m.in. siedziby sądów w Szczecinku i Człuchowie, ZUS-u w Białogardzie i Koszalinie, szpitale białogardzki i koszaliński. „Po drodze” biurowce w Warszawie i Szczecinie, kasyno w Elblągu. – Robiliśmy wtedy rzeczy jednostkowe, niepowtarzalne, trudne w wykonaniu, ale ciekawe i materiałowo wymagające. Na przykład siedziba Warty w Szczecinie była ogromnym wyzwaniem. To był stary budynek, który trzeba było wyremontować i zrobić w nowoczesnym wystroju. Później został on zgłoszony do konkursu organizowanego przez konserwatora zabytków. Dostaliśmy za niego nagrodę. Na finał projektanci wydali książkę na temat realizacji tego projektu. Co tu dużo mówić, satysfakcja była duża.

Ze wspomnianym szczecińskim zleceniem wiąże się ciekawa historia. – Wcześniej wykonaliśmy koszalińską siedzibę Warty przy ulicy Zwycięstwa, obecnie siedzibę Prokuratury Rejonowej. Na otwarcie przyjechał prezes Agenor Gawrzyał, prawa ręka Jana Kulczyka. Ja średnio byłem zadowolony z tej budowy. Ale on popatrzył, popatrzył, spodobało mu się i zaproponował nam żebyśmy wystartowali do Szczecina. Przetarg wygraliśmy, ale po interwencji prezydenta Szczecina zlecenie dostała firma miejscowa. Była ponoć najtańsza. Ja nie byłem najtańszy, ale i nie byłem też najdroższy. Ale ostatecznie to i tak my wykonaliśmy to zlecenie. Po pół roku inwestorzy zadzwonili do mnie, bo wybrana firma sobie nie poradziła.

Boje przetargowe to stały element w życiu firmy budowlanej. Ustawa o zamówieniach publicznych spowodowała, że rozstrzygającym kryterium stała się cena. To niszczyło rynek, bo wygrywały oferty na papierze najtańsze, a w rzeczywistości zawierające wiele błędów, które zniekształcały obraz sytuacji. – Jeśli kilku firmom wychodzi, że jakiś budynek musi kosztować między 80 a 90 milionów złotych, a jednej, że 60 milionów, to gołym okiem widać, że coś jest nie tak. Jednak logika kryterium najniższej ceny kazała udzielać zlecenia temu najtańszemu oferentowi – mówi prezes Piotr Flens. – A później, w trakcie realizacji wychodziło, że jest to jednak niewykonalne. Zaczynały się problemy i inwestora, i wykonawcy. Tym sposobem wiele firm wypadło z rynku, ale i rynek ucierpiał.
Stałą bolączką w branży jest nieuczciwa konkurencja, czyli głownie wykonawcy działający w szarej strefie. Przedsiębiorstwo zatrudniające ludzi na etaty, płacące wszelkie podatki i obowiązkowe składki jest na straconej pozycji w konkurencji z kimś, kto płaci „pod stołem”. Ma po prostu z definicji wyższe koszty. – Jestem przedsiębiorcą publicznie aktywnym. W związku z tym kiedy tylko mogłem, tak jak i inni koledzy, apelowałem do polityków, żeby zadbali o zachowanie zasad uczciwej konkurencji. Zazwyczaj przyznawali mi w takich rozmowach rację, ale nic się nie zmieniało i wciąż się nie zmienia. To mocno irytujące, bo rodzi się poczucie bezsilności – mówi przedsiębiorca.

Bank PKO BP w Koszalinie

Bank PKO BP w Koszalinie

Obecnie poważnym zagrożeniem dla lokalnych wykonawców jest konkurencja wielkich firm budowlanych, z ogromnym kapitałem, najczęściej zagranicznym, które sięgają od długiego czasu po – drobne wobec ich skali – zlecenia na rynkach lokalnych. Wygrywają przetargi, a później często wynajmują firmy miejscowe jako podwykonawców. Dobrze, jeśli się z nimi rzetelnie rozliczają. Gorzej, gdy przeciągają płatności albo po prostu nie płacą w myśl zasady „duży może więcej”. To również zniszczyło niejednego małego przedsiębiorcę budowlanego.
Mimo tych ciężkich bojów PBO Piotr Flens ma na koncie w samy centrum Koszalina szereg ciekawych realizacji: siedziby Radia Koszalin i dzisiejszego „Głosu Koszalińskiego”, banku PKO BP, Kamienicę Marii Ludwiki przy murach miejskich. – Dużo satysfakcji przyniósł nam budynek banku. Piękny, wymagający projekt. Wyzwaniem była na przykład elewacja z klinkieru. Przez budowę przewinęło się chyba ze 40 osób – tylko przez tę elewację. Każdy musiał najpierw pokazać, że umie klinkier układać. Ostatecznie stało się tak, że o powodzeniu przesądził jeden człowiek, prawdziwy mistrz. On nauczył moich ludzi pracy z klinkierem i do tego stopnia się u niego wyszkolili, że później do Niemiec jeździli układać klinkier… To niby drobiazg, ale niezwykle istotny dla końcowego efektu. To jest porządnie zrobione, nie ma żadnych wykwitów, nacieków. Część klinkieru w elewacji banku jest zawieszona na specjalnych kotwach. Teoretycznie nie ma się to czego trzymać, a się trzyma. Nie ma teraz takich budów, szukamy ich i czekamy na nie.

Z kolei wspomniana Kamienica Marii Ludwiki to inwestycja własna PBO Piotr Flens, który wszedł w tym przypadku ponownie w rolę dewelopera (wcześniej zdarzyło mu się budować domki i mieszkania na sprzedaż). Bardzo efektowny budynek, doskonale wkomponowany w otoczenie, mieszkania o charakterze apartamentowym. Jak zawsze – solidna robota i ciekawy projekt.

– Co budowa to jakaś historia, jakiś kierownik, jakiś kosztorysant – mówi Piotr Flens. – Pracowało i pracuje nadal w mojej firmie bardzo wielu fantastycznych ludzi. Miałem zawsze szczęście do stażystów, a było ich kilkunastu. Ze wszystkich byłem zadowolony, bo jak ktoś przychodził na staż, pracował pół roku albo rok za 700 zł miesięcznie, to on się chciał rzeczywiście czegoś nauczyć. Z pełnym przekonaniem po stażu ich zatrudniałem. Wielu później rozpoczęło pracę na własny rachunek. U szczytu rozwoju mieliśmy zatrudnionych nawet po 150 osób. Wszystkich nie jestem w stanie tu wymienić. Jeśli chodzi o pracowników na budowach to mam takie dwie brygady, które ze mną pracują tyle co istnieje firma. Wspominam tutaj panów Kiśla i pana Drzewieckiego. Z obecnego zespołu pracującego w biurze na pewno na szczególne podziękowanie zasługuje dawny zaopatrzeniowiec, obecnie zajmujący się głównie sprzętem, transportem i serwisem usterkowym pan Marek Łukaszczyk. To są również najlepsi kosztorysanci: pan Ryszard Wakulak i pan Krzysztof Wasilewski. Tych starszych stażem wielu się wykruszyło, poszło na emeryturę. Z kierowników jest ze mną nadal pan Andrzej Rajca, który koordynował większe budowy i który pracuje u mnie od momentu ukończenia studiów. W firmie poznał żonę, która też u mnie pracowała.

Jak podkreśla prezes Flens, lista współpracowników wobec których odczuwa dług wdzięczności jest długa i nie sposób wymienić wszystkich osób, które mają na niej miejsce. – Ogromnym wsparciem dla mnie jest pani Anna Matysiak, główna księgowa -,,Minister Finansów”. Wcielona uczciwość, solidność, dokładność. Podobnie jak pani Aleksandra Śmielińska, księgowa – zawsze uśmiechnięta Obie panie to perfekcjonistki zajmują się księgowością i płacami. Ich zasługą jest to, że co miesiąc robimy inwentaryzację i inne rzeczy, których wymaga Urząd Skarbowy raz na kwartał lub rzadziej. Dzięki temu wiem, na czym w danej chwili stoję i jak wyglądają stany kont, długi, należności.

Kiedy prezes mówi o pani Elżbiecie Chabowskiej, która jest jego asystentką, od razu podkreśla że są do siebie charakterologicznie podobni: – Pani Ela to tak jak ja zodiakalny Lew. Od razu widać, kiedy nie ma humoru i ona widzi, kiedy ja nie mam humoru. Takie porozumienie bez słów. Pani Ela zajmuje się kadrami i wieloma innymi rzeczami, które są firmie niezbędne.

Z kolei dyrektora Radosława Radiuna, który w firmie pracuje siedem lat, pan Piotr nazywa swoją prawą ręką: – Szybko się wielu rzeczy nauczył. Ja dzięki niemu zajmuję w tej chwili strategicznymi rzeczami. Spotykamy się codziennie, ustalamy podstawowe rzeczy, a resztę załatwia on sam.

Kiedy rozmawiamy o ludziach, którzy są szczególnie ważni dla firmy, Piotr Flens podkreśla pomoc swoich najbliższych. Począwszy od małżonki, pani Aleksandry, która mimo emerytury wciąż przychodzi i w wielu rzeczach pomaga. Tak jak córka, Anna, która co prawda nie ma przygotowania technicznego, bo ukończyła turystykę, ale ma praktyczną i bardzo cenną wiedzę z zakresu wykorzystania techniki komputerowej w przedsiębiorstwie.

Syn, Bartosz, również jest głęboko zaangażowany w życie firmy. Na co dzień współpracuje dyrektorem Radiunem: – Uczy się od niego negocjować i rozliczać umowy. Niezależnie od tego działa w drugiej firmie – spółce i tam może już samodzielnie podejmować decyzje. Nabiera pewności siebie w zarządzaniu – podkreśla pan Piotr. – Jest z wykształcenia ekonomistą. Musi się więc stopniowo wgryźć w swoistości branży budowlanej zanim stanie się całkowicie niezależny i samodzielny.

Prezes Flens kwituje: – Zawsze podkreślam, że firma to ludzie. To od nich wszystko zależy. Dlatego bez tych wszystkich, których wymieniłem oraz bez pani Grażyny Ziółkowskiej, Andrzeja Milewskiego, Ireneusza Szeligi, Ryszarda Polańskiego i pracującego jeszcze do niedawna a obecnie będącego na emeryturze mojego szwagra Józefa Pieniawskiego wszystko wyglądałoby inaczej. Zawsze mogę na nich liczyć, na ich wiedzę, zaangażowanie i wsparcie. Wielu osób, jak wspomniałem, brak na tej liście, bo już nie pracują u mnie jednak jestem wszystkim bardzo wdzięczny. I chcę to przy okazji tego trzydziestolecia wyraźnie podkreślić. Chciałbym, żebyśmy jeszcze wspólnie niejedną rzecz pobudowali. I wierzę, że ta się stanie. DZIĘKUJĘ wszystkim za już i proszę o jeszcze. Ostatecznie świętować mamy dopiero za rok, to jest 1 maja 2019 roku.