Na ten wyjazd ochotę miałyśmy od dawna, od wielu lat bowiem towarzyszyłyśmy z mikrofonem Międzynarodowemu Festiwalowi Folklorystycznemu Bukowińskie Spotkania w Jastrowiu i Pile. Jego pomysłodawcą i konsekwentnym realizatorem jest etnograf z Piły Zbigniew Kowalski. Dawno temu zachwycił się on folklorem bukowińskim, który prezentował Zespół Obrzędowy Górali Czadeckich „Jastrowiacy”. A zespół ten powstał, aby kultywować tradycje, obyczaje, język i muzykę Górali Czadeckich – grupy etnicznej narodowości polskiej przesiedlonej w części na Pomorze po II wojnie światowej z Bukowiny, czyli pięknej krainy położonej na dzisiejszym pograniczu ukraińsko-rumuńskim.

Wytrawny etnograf dostrzegł w „Jastrowiakach” potencjał artystyczny. Repertuar zespołu okazał się bodźcem do zorganizowania spotkań Bukowińczyków osiadłych głównie w Lubuskiem i na Dolnym Śląsku. Pomysł „chwycił” i tak 27 lat temu odbył się pierwszy Festiwal „Bukowińskie Spotkania”. Po wojnie Bukowińczycy zostali wysiedleni lub wywędrowali dobrowolnie nie tylko do Polski, ale też na Słowację, Węgry, do Serbii. Wielu jednak zostało w swoich rodzinnych stronach i dzisiaj są obywatelami Ukrainy, Rumunii i Mołdawii.

I tak zaczęło się od spotkań w Jastrowiu, ale dość szybko Festiwal się rozrósł i pojawiły się edycje w prawie wszystkich krajach, w których mieszkają dziś już potomkowie mieszkańców magicznej, górzystej, zielonej krainy.

 

Legendarne Czerniowce

Napisałam na początku, że od dawna chciałyśmy, Grażyna Preder i ja – dziennikarki Radia Koszalin, towarzyszyć z mikrofonem którejś z zagranicznych edycji Festiwalu. W tym roku udało się nam być w lipcu i na Ukrainie, i w Rumunii.

Tegoroczną ukraińską edycję Festiwalu gościły przepiękne Czerniowce – miasto o wspaniałej architekturze i bogatej, skomplikowanej historii, położone na wzgórzach nad rzeką Prut i nazywane „małym Wiedniem”. Wyjazdy Polaków na zachodnią Ukrainę ograniczają się z reguły do Lwowa, Stanisławowa, czasem ktoś pojedzie do Żółkwi, Krzemieńca czy Tarnopola.

Czerniowce leżą dalej na południe, tuż przy granicy z Rumunią, w mieście widać drogowskazy kierujące do rumuńskiej Suczawy. Rezyduje tu także rumuński konsul. Czerniowce nigdy nie znalazły się w granicach Rzeczpospolitej. Najpierw były pod panowaniem tureckim, potem przyłączono je do Austrii, a w 1849 stały się stolicą Księstwa Bukowiny – kraju koronnego cesarstwa Habsburgów. Do 1944 r. należały do Rumunii, zaś od 1991 r. pozostają w granicach Ukrainy.

Polaków w Czerniowcach jednak nie brakuje. Jak mówi Władysław Strutyński, przewodniczący tutejszego Towarzystwa Kultury Polskiej im. Adama Mickiewicza i dyrektor Domu Polskiego, na Bukowinie mieszka około ośmiu tysięcy Polaków, a w samym mieście około dwóch tysięcy. Pan Władysław, przesympatyczny, życzliwy i dowcipny, cały czas towarzyszył uczestnikom Festiwalu z Polski (zespołowi „Stanowianie” ze wsi Stanów pod Zieloną Górą i zespołowi „Echo Bukowiny” z Lubania). Spotkaliśmy się pierwszego dnia przed czerniowieckim ratuszem, opiekował się nami podczas pobytu w skansenie – miejscu Festiwalu, poświęcił swój czas na pokazanie Czerniowiec, pojechał do Starej Huty i Pietrowiec Dolnych.

Ale po kolei. Prof. Władysław Strutyński jest wykładowcą miejscowego Uniwersytetu im. Jurija Fedkowycza i oprowadził nas po tym olbrzymim obiekcie. Główna siedziba Uniwersytetu to dawna rezydencja prawosławnego metropolity Bukowiny. Budynek jest potężny, ma przepiękny dach pokryty dachówką w ludowe wzory bukowińskie. Na pierwszy rzut oka przypomina budowle mauretańskie, ale są tu też elementy bizantyjskie, a także gwiazda Dawida. Metropolita chciał w ten sposób zaznaczyć, że żyją tu ludzie różnych narodowości, religii i kultur. W towarzystwie prof. Strutyńskiego spacerowaliśmy po centrum Czerniowiec, w którym aż roi się od wielkich, bogato zdobionych secesyjnych kamienic. Pomysłowość tutejszych architektów, m.in. przedstawicieli wiedeńskiej szkoły Otto Wagnera, nie znała wprost granic. Przepiękny jest np. budynek Teatru im. Olgi Kobylańskiej, na którego szczycie umieszczono posąg Melpomeny, fasadę zdobią popiersia znanych postaci kultury europejskiej, a przed gmachem jest piękny ogród różany. Tuż obok stoi wielka, odrestaurowana, bogato zdobiona kamienica, tzw. Dom Żydowski. Dom Polski i Dom Rumuński mieszczą się przy reprezentacyjnym deptaku. Festiwalowi goście zostali zaproszeni przez władze Czerniowiec do hotelu Kijów na uroczysty bankiet. Dzięki bogatym wnętrzom, niezwykłym żyrandolom, lustrom, płaskorzeźbom, freskom, o smakołykach na stołach nie wspominając, można było poczuć się jak na balu u Jego Cesarskiej Mości Franciszka Józefa.

img_9086

Ślady trudnej historii

Sporo czasu spędziłyśmy z Grażyną Preder na czerniowieckim cmentarzu. To niezwykła nekropolia – olbrzymi teren niedaleko centrum pokryty chaszczami i mocno zaniedbany, aczkolwiek niezwykle urokliwy. Składa się z dwóch części: chrześcijańskiej i żydowskiej. Wchodząc od strony chrześcijańskiej, najpierw mijamy groby z nazwiskami ukraińskim, potem z polskimi, a następnie z rumuńskimi. Na wielu nie można odczytać napisów, ale jeszcze widać płaskorzeźby, kolumny, rzeźby aniołów czuwających nad pochowanymi. To nekropolia równie piękna, skłaniająca do przemyśleń nad trudną historią tej ziemi, równie cenna i warta uwagi jak Rossa czy Łyczaków. Może warto pomyśleć o spoczywających tu Polakach, zadbać o ich groby. Towarzystwo im. A. Mickiewicza samo nie da rady.

Po drugiej stronie wąskiej uliczki olbrzymi cmentarz żydowski (drugi, równie wielki, jest w dzielnicy zwanej Sadogórą). Nad całością góruje kaplica pogrzebowa. Jest w opłakanym stanie; to właściwie ruina bez drzwi i okien, w której walają się śmieci, choć niedawno została pokryta dachem.

Na głównej alei mijamy mauzoleum pisarza Eliazera Steinbarga, który w centrum miasta ma też swoją ulicę. Przed wojną mieszkało w Czerniowcach 70 tys. Żydów i działało 89 synagog; dziś zostało ich trzy tysiące i dwie czynne świątynie. W największej – Tempel – urządzono kino i nic nie wskazuje, że w tym budynku była niegdyś świątynia. Tylko charakterystycznej bryły budowli nie udało się zmienić. Warto pochodzić po czerniowieckich ulicach i uliczkach, szukając śladów świetności tego zachwycającego, choć mocno zaniedbanego miasta o najdłuższej w Europie brukowanej ulicy.

A jeśli dopadnie nas głód, to nietrudno go zaspokoić w którejś z wielu restauracji. Z redaktor Antoniną Tarasową z polskiej redakcji gazety „Bukowina” trafiłyśmy do „Hopaczoka” o ludowym wystroju. Zajadałyśmy się wspaniale przyrządzoną mamałygą, miniaturowymi gołąbkami w liściach winogron (w menu był przy tej potrawie dopisek, że to jubilerska robota) i również małymi placuszkami ziemniaczanymi z polędwiczką w sosie grzybowym. Popijałyśmy to całkiem niezłym czerniowieckim piwem.

 

Polskie enklawy

Ważnym punktem naszego pobytu na ukraińskiej Bukowinie były odwiedziny wsi, z której okolic pochodzą przodkowie „Stanowian”. Wieś Dunawiec – ta właściwa ich wieś – już nie istnieje, a polskie nazwiska znajdowaliśmy na wiejskich cmentarzach, m.in. w Dawydynach i Baniłowie.

Dzisiaj Polacy mieszkają głównie w Starej Hucie, Pietrowcach Dolnych i Tereblaczu. Przyjmowali nas niezwykle gościnnie, serdecznie, polskimi pieśniami i miejscowymi smakołykami, także tymi w płynie.

Centrum polskości to szkoła w Starej Hucie, której dyrektoruje pani Regina Kałuska, urodzona w tej wsi absolwentka pedagogiki i psychologii na Uniwersytecie w Czerniowcach. Polonistą jest tu jej mąż Tomasz, który 23 lata temu przyjechał do Starej Huty uczyć polskiego przed większą wyprawą do Kazachstanu. Przyjechał, zakochał się i… został. Kałuscy są liderami bardzo żywych kontaktów tamtejszych Polaków z Polską.

W starej Hucie wszyscy świetnie mówią po polsku, choć na co dzień najchętniej używają gwary swych przodków. Powiadają: „My nie mówimy, my gwarimy”. A gwara to piękna, od razu wpadająca w ucho. Podobnie jest w zamieszkanych przez Polaków Pietrowcach Dolnych, leżących obok Pietrowiec Górnych, w których mieszkają z kolei prawie sami Rumuni. Tak się to układa na Bukowinie: obok siebie mieszkają Polacy, Rumuni, Ukraińcy, także Rosjanie i porozumiewają się swobodnie na co dzień w tych językach.
W Pietrowcach działa zespół „Wianeczek” kierowany przez panią Marię Malicką. Pietrowce i „Wianeczek” to, tak jak Stara Huta, tamtejszy zespół dziecięcy „Dolinianka” i Kałuscy to kwintesencja polskości. Spotkania w tych wsiach były dla nas niezwykłą lekcją patriotyzmu – prawdziwego i szczerego.

polskosc-scisle-wiaze-sie-z-tradycyjna-religijnoscia

Gościna w Domu Polskim

Podobnie było we wsiach po rumuńskiej stronie Bukowiny. Do Pietrowiec przyjechał Gerwazy Longher – prezes Związku Polaków w Rumunii i zabrał nas do miasta Campulung Moldovenesc, gdzie po edycji ukraińskiej „Bukowińskich Spotkań” odbywała się ich część rumuńska.

Zaraz po przekroczeniu granicy zmienił się krajobraz; stał się bardziej górzysty, zielony, lesisty, wsie bardziej zadbane, no i drogi zdecydowanie lepsze. Przed wieloma gospodarstwami stoją duże, często malowane bramy. To taki miejscowy zwyczaj. Dojechaliśmy do położonej w górach polskiej wsi Nowy Sołoniec zamieszkanej prawie wyłącznie przez Polaków. Niedaleko leżą również polskie wsie: Pojana Mikuli, Plesza, Kaczyka. Nocowałyśmy w nowym, bardzo wygodnym i funkcjonalnym Domu Polskim. Pokoje gościnne mają wysoki standard, pyszne jedzenie przygotowują panie pracujące w Domu, a z okien rozpościerają się widoki na przepiękne góry.
Rumuńska Bukowina ma dobrze oznakowane szlaki turystyczne, noclegi można znaleźć w Domach Polskich zarówno w Nowym Sołońcu, jak i w Pleszy i Kaczycy. Można też przenocować u niezwykle gościnnych rodaków spragnionych kontaktów z gośćmi z Polski.

Wędrowanie po Bukowinie to uczta dla oczu (widoki zapierające dech w piersiach) i uszu (w każdej wsi słychać piękne śpiewy). Góry przypominają nasze Beskidy, są jednak dziksze, mocniej zalesione, a na łąkach siano stoi w kopkach, a nie w jakże mało romantycznych belach.

Także na Bukowinie można podziwiać słynne rumuńskie malowane monastyry. My byłyśmy w monastyrze Voronet pw. św. Jerzego – malowanym na błękitno, a wpisanym (jak większość z nich) na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Chodząc od Kaczycy do Pojany, od Pojany do Sołońca czy Pleszy, która podczas naszego pobytu niezwykle uroczyście obchodziła 180. rocznicę założenia, jadąc do Suczawy (stolicy regiony także ze sporym odsetkiem Polaków) czy do Campulungu Mołdawskiego, można spędzić kilka naprawdę udanych turystycznie i towarzysko dni. A jeszcze zostają odwiedziny w miejscowości Carlibaba, gdzie możemy pochylić się nad mogiłą legionistów z 1915 r. poległych w walce Legionów Polskich z Rosjanami. Koniecznie trzeba odwiedzić też Prislop już na granicy Bukowiny z Maramureszem i z pięknym widokiem na cztery strony świata. Tutejsze schronisko prowadzi przesympatyczna Rumunka, bardzo życzliwa Polakom.

Odwiedzałyśmy mieszkających na Bukowinie Polaków, podziwiałyśmy krajobrazy i zabytki, ale miałyśmy też czas na oglądanie festiwalowych występów. Bukowińskim Spotkaniami żył cały Campulung. Występy odbywały się na centralnym placu, wokół stało mnóstwo straganów z miejscowym rękodziełem, a wszędzie siedzieli i stali, bo o miejsce siedzące i było naprawdę trudno, widzowie. Podczas trzech festiwalowych dni wystąpiło ponad 70 zespołów z Rumunii, Ukrainy, Polski, Węgier, Mołdawii i Słowacji. Prawdziwe święto bukowińskiej kultury.
Naprawdę szkoda było opuszczać piękną Bukowinę – tę Europę w miniaturze, jak często jest określana. A że Festiwal „Bukowińskie Spotkania” ma się bardzo dobrze, tak więc może będzie jeszcze okazja, by pojechać do Czerniowiec czy do cudownych bukowińskich polskich wsi i zaśpiewać „Bukowyno, ty zelena”. Zatem, jak mówią tamtejsi Polacy: „Do zdybania”.