Koszalinianie pamiętają stary, wiejski dom stojący w Mścicach przy skręcie do Mielna.
Dzisiaj możemy podziwiać go ponownie, takim, jakim wyglądał w okresie swojej świetności. A może teraz jest nawet piękniejszy?

Latami mijałam to domostwo, wyczekując jego widoku. Stało na rozstaju dróg i świadczyło o cichnącej urodzie i przeszłości tej ziemi. Był przykładem konstrukcji ryglowej, zwanej szachulcową albo pruskim murem. Gdy zobaczyłam pierwszą rysę na fasadzie domu, ugiętą belkę oczepową, nieuchronność jego końca stawała się oczywistością. Z czasem przegniłe drewno ustępowało pod ciężarem dachu, co raz bardziej, deformując okno. Niekiedy można było dostrzec w nim pogodną twarz staruszki pielęgnującej kwiaty. Z roku na rok firanki szarzały, pękały kolejne szyby, kwiaty wyschły. Wykrzywione okienko upodobniło dom do chaty Baby Jagi z bajki. Znikła też postać za firankami. Dom zdawał się umierać.

Gdy na początku 2004 roku jadąc do Kołobrzegu, zastałam pustą przestrzeń, bo dom został zburzony, nie kryłam smutku. Przyszło mi na myśl, że oto kolejny obiekt pogrążył się w nicości. Podzielił los tylu innych, pustosząc krajobraz miasta i okolicy. Musiało upłynąć kilka lat, abym mogła przekonać się, że tym razem finał tej historii będzie inny.

 

Jak Feniks z popiołów

Jerzy Bokiej, zauroczony tym domostwem odkupił jego ruiny od gospodarza. Skrupulatnie zinwentaryzował wszystkie belki, deski, stolarkę, by potem je rozebrać. „Nowy dom” poskładał z setek elementów, jak z klocków, w nowym, godnym miejscu. Stoi opodal lasu bukowego, na polanie koło stawu. Trudno mówić o przywróceniu go do życia, to raczej jego narodziny na nowo.

 

Za siedmioma górami…

Idziemy drogą, skrajem lasu. Obok malowniczy staw, w oddali polana. Tuż za nią w blasku wiosennego słońca dostrzegamy wspaniałą wiejską chałupę. Ciemną, drewnianą konstrukcję i rzędy rdzawych cegieł, całość nakrywa wspaniały dach pokryty dachówką. Sielanka. Trudno uwierzyć, ze nie stoi tutaj od zawsze. Gdy podchodzimy bliżej, zauważamy utwardzone podwórze, ogrodzone drewnianym płotem wykonanym z naturalnie ukształtowanych, okorowanych gałęzi. Elewacja zachwyca. Belki, słupy, rygle stanowią jej szkielet, wyznaczający prostokątne pola wypełnione starą cegłą. Ale najpiękniejsze są okna i drzwi, w wysmakowanym zbrudzonym odcieniu zieleni, do których zamontowano oczyszczone, oryginalne okucia. Przykładów takiej dbałości znajdziemy w tym domu więcej.

 

Ascetyczne wnętrza – jak u Bergmana

Od progu urzeka nas fragment posadzki wykończony dziewiętnastowiecznymi płytkami gresowymi z niebieskim zdobieniem na szarym tle. W pomieszczeniach parteru w przewadze zastosowano ceglane wykończenie. Ściany, a raczej szachulcowe pola pokrywa chropowaty tynk wapienny. Jerzy Bokiej oczyścił również stare drzwi i ościeżnice, pozostawiając ich naturalną barwę i szyby przeszkleń.

Z obszernego holu wchodzimy do sali biesiadnej. Jej wyposażenie to drewniane ławy i stoły wykonane w stylu nawiązującym do tych wytwarzanych w gospodarstwach w Jamnie i Łabuszu. Oparcia malowanych w kwiaty krzeseł posiadają toczone tralki i szczyty zwieńczone rzeźbionymi główkami tulipanów. W sypialniach prym wiodą bardziej ascetycznie meble. Kupowane na targowiskach, u handlarzy staroci, oczyszczone przez właściciela, wprowadzają niesamowity klimat do wnętrz.
Wyrafinowana prostota parterowej sypialni przywołuje z pamięci filmy Ingmara Bergmana, który mógłby umieścić tutaj ich akcję.

 

Detal wieńczy dzieło

Skrzypiącymi schodami wspinamy się na piętro. Rozległy hol tonie w półmroku. Wzrok rozbiega się po kątach, w każdym z nich znajdują się jakieś drzwi, każde gdzieś prowadzą.
Zaskakuje przestronność tego miejsca. Z zewnątrz nie widać tak dokładnie, ale piętro jest olbrzymie. Wypełniają je słupy, które wspierają najwyższą kondygnację i dach. Schody prowadzą do wyżej położonych pomieszczeń o skośnych ścianach i skąpym oświetleniu. W większość pokoi stoją stare łóżka, szafy, stoły i krzesła. Oświetlenie poprowadzone natynkowo powoduje, że przenosimy się w czasy, gdy je zakładano. Gdzieś leży ręcznie haftowana serweta, gliniana misa, skrzypi drewniana podłoga. Przenosimy się w odległe lata.

 

Zapach szarego mydła

W łazienkach autor tych wnętrz zastosował stylizowaną ceramikę i armaturę. W kilku z nich znajdujemy stare komody i wyjęte z lamusa dzbany i misy na wodę. Wykończone jasną glazurą ściany dekoruje poziomy, nawiązujący do elewacji pas wykonany z cegły licowej. Brakuje tylko lnianych ręczników, szarego mydła i szczotki do szorowania pleców z naturalnym włosiem. I jeszcze te ręcznie tkane płótna z mereżką w oknach.

Jerzy Bokiej wykonał tu wspaniałą pracę. I choć, jak sam twierdzi, wiele jeszcze przed nim, to to, co możemy podziwiać, już dzisiaj napawa optymizmem. Ten dom przetrwa.
To zachwycające, że ktoś podejmuje takie wyzwanie. Zbyt często budynki, które nas otaczają, niepostrzeżenie znikają. Pozostawiają pustkę i przeświadczenie, że bezpowrotnie je straciliśmy. Są elementem naszej kultury, jej świadectwem. To jak się nimi opiekujemy, świadczy o nas samych, o sile tradycji, o naszej tożsamości, o potrzebie piękna w ogóle.