Nasz redakcyjny kolega, Wojtek Grela, znany jest czytelnikom miesięcznika „Prestiż. Magazyn Koszaliński” jako świetny fotograf, niespokojny duch i wytrawny podróżnik. Wystarczy wspomnieć jego ubiegłoroczną, trwającą sześć miesięcy, samotną rowerową wyprawę do Ameryki Południowej, podczas której pokonał ok. 10 tysięcy kilometrów, jadąc z południa na północ tego kontynentu. Tym razem Wojtek proponuje podróż znacznie krótszą.
Jak wyjaśnia, pomysł, żeby popływać po Dzierżęcince pojawił się nagle, niczym impuls. Bez długiego zastanawiania się wziął przyjaciół, spakowali kajaki na dach poczciwej skody favorit i ruszyli do źródeł koszalińskiej rzeczki. To, że była jeszcze zima, nie miało żadnego znaczenia. Oto jak Wojtek skwitował podzieloną na trzy etapy kajakarską zabawę:

„Dlaczego popłynęliśmy Dzierżęcinką? Po prostu, dlatego że jest! To wystarczający powód. Mam wrażenie, ze nie doceniamy tego, co nam natura dała. Szukamy na siłę pomysłów na miejskie atrakcje, a nie dostrzegamy tego, co mamy pod nosem.

Pewnie więcej wrażeń mielibyśmy z wyprawy jakąś dziką rzeką. Taką jak na przykład Radew. Ale czy nie warto spojrzeć na Koszalin z innej perspektywy? A z kajaka miasto wygląda inaczej, niezwyczajnie. Mamy wtedy dostęp do miejsc, do których na co dzień nie mamy szansy zajrzeć.

Dzierżęcinka ma tylko ok. 30 km długości. Wypływa w pobliży malutkiej osady Zacisze. Tam wysącza się w postaci wielu malutkich strumyczków. Oczywiście, po nich nie da się płynąć. Trzeba pojechać w okolice Manowa. Tak więc dla kajaków rzeka jest spławna na jakichś 25 kilometrach długości.

Od Manowa do Jeziora Lubiatowskiego płynie się wygodnie. Rzeczka jest ujęta w karby, bo toczy leniwe wody starym kanałem. Przy czym warto zaznaczyć, że kto nie wie, że płynie kanałem, bierze koryto za naturalne. Miejscami są co prawda jakieś płycizny, więc dno kajaka dostaje w kość, szorując po podłożu, ale przy ostrożnym operowaniu szkód da się uniknąć. Po drodze zdarzają się przeszkody – np. kładki albo przewrócone drzewa czy słupy. Ale to tylko przysparza frajdy, gdy trzeba dobić do brzegu i kawałek kajak przenieść.

W końcu wpływa się na jezioro Lubiatowo. Przyjemnie się je pokonuje. Gorzej, że aby wypłynąć dalej, trzeba pokonać spore trzcinowisko pomiędzy dwiema częściami jeziora. Zimą, kiedy trzciny są suche, jest to jeszcze stosunkowo proste. Teraz byłoby trudniej, bo roślinność rozpoczęła wegetację, więc widać mniej i trudniej znaleźć właściwy kierunek.

Rzeka wypływa z Lubiatowa w kierunku Koszalina bardzo starym kanałem. Został on przekopany w XIII wieku, o czym zaświadczają źródła historyczne. Kanał ciągnie się aż do miejsca, gdzie do Dzierżęcinki uchodzi Raduszka.
Kłopotliwy jest niewielki odcinek w samym mieście, w okolicach starej papierni. Tam rzeczka staje się płytka, przez jakieś 50 metrów płynie w czymś, co przypomina tunel. Tak więc tutaj kajak trzeba ponieść na większą odległość.

Na odcinku miejskim rzeczka jest generalnie czysta. Od ulicy Młyńskiej zaczynają się kłopoty. Pojawiają się dziwne zapachy. Coś musi w tych okolicach wpadać do rzeki, bo staje się ona brudniejsza.
Problem jest też taki, że na tym miejskim odcinku są rozmaite bystrzyny – na przykład przy mostkach. I – niestety – w tych miejscach na dnie są rozmaite paskudne przeszkody, jak choćby wielkie kamienie albo bryły betonu. To pułapki dla kajaka, bo gdy się ich w porę nie zauważy, można popsuć sprzęt albo się wywrócić. Płynęliśmy jedynkami, więc kłopot był mniejszy niż gdyby płynąć kajakiem wieloosobowym. Inny rodzaj niezrozumiałych przeszkód, to rury, które przecinają rzekę, a jak się wydaje, nie służą już niczemu. Z cała pewnością wiele z nich dałoby się usunąć.

Dramat prawdziwy to fragment rzeki wzdłuż kompleksu ogródków działkowych na tyłach Osiedla Unii Europejskiej. Pełno śmieci, folii, zużytych sprzętów. Wygląda to tak, jakby ludzie czuli się rozgrzeszeni ze śmiecenia, bo „nie widać”. Z wody widać wszystko! Także mnóstwo rurek rozmaitych, które wkopane w skarpę zapewne odprowadzają nieczystości z działkowych domków. Skandal i wstyd. Płynęliśmy w czasie, kiedy temperatura była bliska zera stopni Celsjusza a na działkach nie było jeszcze użytkowników, więc zapach specjalnie nie przeszkadzał. Ale można się domyślać, jak jest tam w pełni lata, kiedy upał sięga stopni trzydziestu.
Przy powalonych drzewach śmieci się zbierają od lat. Czas, by to posprzątać. Być może po takich gruntownych porządkach, śmiecący zawahaliby się, zanim by wyrzucili odpady do rzeki.
Podsumujmy tę naszą mikro wyprawę.

Najfajniejszy jest z pewnością odcinek przed Manowem – dzika rzeczka, meandrująca po lesie, niespławna, bo za płytka. Później za Manowem już się płynie. Jest sympatycznie. Cudowne jest jezioro Lubiatowo. Sporo ładnych widoków i względna wygoda płynięcia na odcinku miejskim, chociaż nie brakuje pułapek w postaci wspomnianych już brył betonu – np. z wystającymi metalowymi prętami. To niebezpieczne, bo można uszkodzić kajak albo się po prostu wywrócić. Najgorzej jest jednak w miejscach, gdzie Dzierżęcinka opuszcza stare granice Koszalina.

Do posprzątania jest – oceniam – co najmniej 20 km rzeki: w mieście oczyszczenie z przeszkód na dnie, dalej z zalegających śmieci i różnych pirackich kanalizacji.

Niewiele trzeba, by Dzierżęcinka stała się atrakcją Koszalina i miejscem rekreacji. Naprawdę.”