Dziesięć lat temu porzuciła posadę na Uniwersytecie Jagiellońskim i oddała się pasji malarskiej. Jej obrazy wiszą w kolekcjach w Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Kanadzie, USA i w Japonii. Uważa jednak, że wciąż jest na początku artystycznej drogi.

Ta życiowa miewa zakręty. Tuż po maturze w koszalińskim liceum im. Dubois wyjechała na studia na Uniwersytecie w Poznaniu. Po pierwszym roku przerwała naukę, żeby wyjechać do Francji: nauczyć się języka, poznać kulturę. Zdała nawet egzaminy wstępne na Sorbonę. – Tęsknota do mojego ówczesnego chłopaka sprawiła, że postanowiłam wrócić.

Z Poznania razem przeprowadzili się do Krakowa. Na Uniwersytecie Jagiellońskim Joanna słuchała wykładów o historii katarów – średniowiecznego ruchu dysydenckiego, nawołującego do ubóstwa i odrzucającego większość chrześcijańskich dogmatów: – Profesor Michał Jaskólski mówił o nich w tak fascynujący sposób, że doznałam olśnienia: postanowiłam zgłębić ten temat.
Znów wyjazd do Francji. – Podróżowaliśmy stopem do miast na południu. Aż zobaczyłam Carcassonne – położone na malowniczym wzgórzu porośniętym winoroślami. I uznałam, że chcę tam mieszkać przez pewien czas, pracować nad kataryzmem i napisać książkę.

 

Franҫois mieszkał tu przed tobą…IMG_2121

Profesor Jaskólski zamarł, gdy oznajmiła po powrocie, że chce pisać pracę o katarach. W Polsce wyszły zaledwie dwie książki traktujące ten temat poważnie. Za to mnóstwo było wydawnictw mitologizujących ruch i wpychających jego spuściznę w świat magii i legend związanych m.in. ze świętym Graalem.
Pomógł zbieg okoliczności: okazało się, że studentka, która wygrała stypendium we Francji, zrezygnowała. Jej miejsce zajęła Joanna. Wyruszyła do Montpellier – w samo serce krainy katarów.

– Kiedy w księgarni, w pierwszym dniu pobytu, zobaczyłam setki książek traktujących mój ukochany temat, oniemiałam – opowiada. – Tam dowiedziałam się, że najbardziej wiarygodne są prace doktor Anne Brenon.
Wypadki potoczyły się tak pomyślnie, że po kilku dniach koszalinianka znalazła się pod naukową opieką największego autorytetu w tej dziedzinie. Do południa oprowadzała wycieczki po zamku w Carcassonne w zamian za mieszkanie w XVI-wiecznym domu obok zamku. Popołudniami w Centrum Studiów nad Kataryzmem studiowała średniowieczne rejestry inkwizycyjne, dokumenty adwersarzy herezji i pozostałości literatury po samych katarach.

– Cały ten świat jest niezwykły i magiczny. Oni są zanurzeni w średniowieczu – opowiada z błyskiem w oku. – Choć byłam w domu sama, wieczorami słyszałam stukanie, przesuwanie mebli, kroki, bieganie po strychu. Nie ukrywam, że miałam czasem lekkiego stracha. W ścianach żyły szczury, żeby to zagłuszyć głośno słuchałam muzyki. Kiedy mówiłam o tym rano, miejscowi lekceważąco machali ręką: „Ach, to Franҫois! Nie trzeba się bać. On tu mieszkał przed tobą, zmarł kilka lat temu, ale nie jest groźny”.
Po powrocie do Krakowa obroniła pracę magisterską i zapisała się na studia doktoranckie. – Chciałam odmitologizować kataryzm. Podczas kolejnego stypendium na południu Francji uświadomiłam sobie jednak jak wiele sekt odwołujących się do tego ruchu funkcjonuje współcześnie. W pewnym momencie wnikanie w tę rzeczywistość, spotkania z ludźmi z sekretnych stowarzyszeń stały się niebezpieczne, więc się wycofałam.

 

Kołakowski dzwonił po dziesiątej

Zajęła się masonami, a dokładnie Lożą Wielkiego Wschodu i jej wpływem na życie społeczno-polityczne w III Republice Francuskiej. W ramach programu Coimbra, w 2000 roku wyjechała na stypendium do Oksfordu. Wspomina: – Tu jednak po kilku miesiącach intensywnych badań zdarzył się przykry incydent. Ktoś włamał się do mojego pokoju i ukradł komputer. Nie miałam kopii, straciłam więc cały materiał o masonerii i część książki o katarach. Pomyślałam, że to znak i postanowiłam wrócić do tematu katarów od strony doktrynalnej.

Oksford to miejsce wyjątkowe, bo przyciąga największe umysły. – Przypominam sobie jeden z pierwszych dni na uniwersytecie. Podchodzi do mnie człowiek w dresie i przedstawia się: Norman Davies. Wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia: ten Norman Davies!? Nie poznałam go w tym stroju.

Zaprzyjaźniła się z polskim ekonomistą profesorem Włodzimierzem Brusem. – Profesor był pierwszą osobą, która zauważyła we mnie zalążki zupełnie innej, nienaukowej pasji – opowiada Joanna, wspominając, że w 2001 roku pojechała na Biennale do Wenecji. – Widocznie mówiłam o tym z wielką ekscytacją, bo zawyrokował, że nauki polityczne nie są moim docelowym zajęciem.

W Oksfordzie poznała tak wybitnych naukowców jak Alexis Sanderson, specjalista od filozofii i kultury hinduskiej, sir Michael Anthony Epstein – odkrywca wirusa Epstein-Barra, czy Roger Tomlin – historyk epoki romańskiej. Jednak największy wpływ wywarła na nią znajomość z Leszkiem Kołakowskim, wybitnym filozofem, którego poznała podczas zajęć, prowadzonych dla polskiego stowarzyszenia w College’u All Souls.

Kołakowski dzwonił zawsze po dziesiątej rano. Dwa razy w tygodniu umawiali się na lunch i przy pomidorach z mozzarellą rozmawiali o bolączkach świata. – Jak Sokrates stawiał pytania i pobudzał do kreatywnego myślenia. Pytał o naturę człowieka, o istnienie Boga, o to, skąd się bierze zło, cierpienie i jak pomóc ludzkości. Interesował się wszystkim, nawet astrofizyką.

Profesor unikał wygłaszania własnych sądów, przeważnie wypowiadał się słowami wielkich filozofów. Jakby bał się powiedzieć, co myśli o świecie. – Był bardzo skromny, pokorny i życzliwy. Nasza przyjaźń – On sam tak to nazywał – trwała aż do Jego śmierci. Pozostała spora korespondencja.
IMG_8306

Spotkanie z bratnią duszą

Kraków po powrocie wydawał się chłodnym miejscem. Brakowało fermentu intelektualnego, komunikacja na Uniwersytecie nie była tak bezpośrednia. – Stosunki były serdeczne, ale nie pobudzały do myślenia. Ujściem dla mojej kreatywności stało się malarstwo. Pisałam, wykładałam filozofię polityczną i malowałam.

W 2004 roku Borkowska obroniła doktorat. Wydała książkę i ciągle dużo malowała. – Dawałam upust swoim artystycznym wizjom abstrakcyjnym. Sama eksplorowałam techniki malarskie.

Praca ze studentami nie zostawiała marginesu swobody. – Przez rok nie namalowałam żadnego obrazu, ale śniłam, że maluję gdzieś na wyspie z mistrzem, który nade mną czuwa.

W maju 2007 roku pojechała z mamą do Wenecji, gdzie w Peggi Guggenheima Collection zobaczyła prace Richarda Poussette-Darat – amerykańskiego artysty z nurtu abstrakcyjnego ekspresjonizmu, zupełnie nieznanego w Polsce. Obrazy były prezentowane w kolejności chronologicznej, aż do ostatnich, powstałych przed śmiercią artysty w 1992 roku. Najpóźniejsze prace, choć malowane inną techniką, przypominały obrazy Joanny. Ta sama estetyka, podobne operowanie kolorem, nakładanie wielu warstw farby. – „O plagiat cię oskarżą” – jęknęła mama. A ja poczułam radość, że ktoś myśli tak jak ja, że mam gdzieś, po drugiej stronie bratnią duszę – przyznaje.
 

IMG_8319

Nie, nie zwariowałam!

Po wakacjach w 2007 roku oznajmiła, że nie wróci już na uczelnię. – Stwierdziłam, że chcę się poświęcić pasji artystycznej. I cud by się musiał zdarzyć, żebym zmieniła decyzję – myślałam. – Rodzina, przyjaciele mówili, że zwariowałam, że marnuję włożony wysiłek i rzucam stabilną pracę na Uniwersytecie. Bali się, że nie utrzymam się z malarstwa. A ja wiedziałam, że jeśli teraz tego nie zrobię, nie zrobię tego już nigdy.

Wiosną 2008 wyjechała do Nowego Jorku. Dostała propozycję współpracy z dobrą galerią, ale pod warunkiem, że przeprowadzi się do USA. Nadchodził kryzys finansowy, więc postanowiła przeczekać ten czas w Krakowie. W 2009 roku dostała zaproszenie na Biennale we Florencji. Zbierając fundusze zapukała do drzwi ówczesnego marszałka województwa zachodniopomorskiego, Władysława Husejki. Nie odmówił. Wkrótce miała też wystawę w Muzeum Narodowym w Szczecinie. – To był mój debiut. Byłam szczęśliwa, że w końcu mogłam podzielić się ze światem moimi obrazami.

Po powrocie z Florencji jej prace były pokazywane w Centrum Sztuki Współczesnej Solvay w Krakowie. Potem zderzyła się ze ścianą. – Znajoma kuratorka z Bunkra Sztuki, powiedziała, że musiałabym mieć pięć wystaw w najważniejszych muzeach w Polsce, żeby kuratorzy i artyści uznali mnie za swoją. Brutalne, ale bardzo prawdziwe.

Za to zaproszenia przychodziły z zagranicy: Joanna wzięła udział w targach sztuki w Monako, a w Mediolanie pokazała swój indywidualny projekt „Wymiary”.

I zdarzyła się niespodzianka: z młodą artystką skontaktowała się Gigi Kracht – znana kolekcjonerka sztuki i kuratorka wystaw „Art in the Park” z Zurychu, która od paru lat współpracuje z Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku. – Napisała, że chce zrobić ze mną wywiad. Byłam w szoku i zapewniałam, że na pewno nie chodzi o mnie. Powtarzała, że to nie pomyłka. Spotkałyśmy się w hotelu Ritz w Paryżu i wkrótce wywiad ukazał się w magazynie „Views”. Jako początkująca artystka znalazłam się w towarzystwie takich gwiazd jak Pat Steir, Ghada Amer, Sandi Slone, Claire Liberman, czy Betty Tompkins!

Dwa lata temu Gigi zaprosiła Joannę do udziału w wystawie zbiorowej w Zurichu. W jej kolekcji znajdują się dwie prace Borkowskiej (wiszą między obrazami Joana Miró). Dzięki Gigi Joanna poznała kilka znaczących osób ze świata sztuki Europy i USA. W Polsce nie jest to tak łatwe.

Do 20 marca br. jej prace prezentuje Muzeum w Koszalinie, potem będzie można je oglądać w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie. W październiku będzie uczestniczyć w wielkiej wystawie, otwierającej Centrum Sztuki w Prato pod Florencją. Pod koniec roku planuje przeprowadzkę do Nowego Jorku.

 

 

2-IMG_2170eW Koszalinie wciąż mieszkają rodzice i brat Joanny. – Bardzo zależało mi, żeby robić wystawę w rodzinnym mieście. Tu jest mój dom rodzinny, przyjaciele z dzieciństwa – tłumaczy. Przygotowania do wystawy „Częstotliwości” w koszalińskim muzeum trwały kilka miesięcy.
Na wernisażu byli koledzy z podstawówki i z LO im. Dubois. Przyszła dawna wychowawczyni Ewa Rembeza i romanista dr Jan Kuriata, który przygotowywał Joannę do konkursów poezji francuskiej i festiwalu piosenki francuskiej. Artystka mówiła o oddziaływaniu kolorów na odbiorcę i o częstotliwościach fal elektromagnetycznych i zgłębianiu zagadnień konstrukcji wszechświata.
Tak wróciła do Koszalina, bo przecież wciąż jest na początku drogi.

Katarzy – ruch heretycki (XI-XIII w.), który najwięcej zwolenników zyskał na południu Francji. Podważali system wasalny oraz płacenie dziesięciny. Odrzucali hierarchię Kościoła, a szczególnie osobę papieża jako przedstawiciela Boga na ziemi. Krytykowali duchowieństwo za zepsucie moralne, rozpustę, chciwość i oddalenie się od prostego człowieka, spragnionego kontaktu ze słowem bożym. Odrzucali Stary Testament i obraz srogiego Boga, który karze za zło, a za dobro wynagradza. Nie uznawali cielesności Jezusa, a tym samym jego cierpienia i śmierci na krzyżu dla odkupienia win ludzkości.
Podważali celowość i racjonalność większości rytuałów i sakramentów katolickich w tym małżeństwo oraz chrzest małych dzieci. Ich jedynym rytuałem było consolamentum, czyli nakładanie rąk na głowę, jak to czynił Jezus, które w zależności od sytuacji spełniało różne funkcje od błogosławieństwa po inicjację, aż po namaszczenie chorych. Katarzy zginęli w masakrach i na stosach podczas wypraw krzyżowych oraz na skutek działania Świętej Inkwizycji. Oficjalnie herezja zanikła na początku XIV w.