Jeszcze w 2013 roku była bohaterką okładki „Prestiżu” i artykułu „House Martin Nieruchomości w drodze do perfekcji”. – Kto wie, może za parę lat to będzie nie jedna moja agencja w Koszalinie, ale solidna sieć w całym kraju! – przekomarzała się wtedy z losem. Los nie sprzyjał, przeżyła rozwód, a później upadłość: cofnięcie kredytu, syndyk, przepadek majątku, strata domu. I co teraz?

Najpierw nie pracowała, potem pracowała u innych. Podnosiła się spokojnie. Dziś kończy spłaca

raty zobowiązań i prowadzi nowe przedsięwzięcie – Agnieszka Naskręcka Nieruchomości Blisko Morza, ostrożniej niż poprzednio i już nie pod małżeńskim nazwiskiem Niechajczyk, lecz panieńskim. Uprawia elitarny, morderczy triathlon i jest instruktorką rowerzystów stacjonarnych. Zgodziła się powiedzieć, jak wyszła na prostą.

 

Aganieszka Naskręcka1– Jak Pani mieszka?

– W trakcie upadłości przepadł cały mój majątek, także dom, rozliczam wszystkie zobowiązania kosztem komfortu życia. Na upadłość nałożył się rozwód. Startuję od zera, mieszkam w wynajmowanym mieszkaniu; wybrałam takie, na które mnie stać. Ale blisko Dzierżęcinki, parku, ścieżek rowerowych i stadionu Bałtyku, więc mogę trenować. Sport zawsze mnie wzmacniał.

 

– Gdy mnie zwolniono z pracy – z dość osobliwym argumentem, że dobrze zarabiam – to nawet świadek Jehowy z naszego osiedla zaczął mnie omijać.

– Sporo ludzi odwróciło się ode mnie. Po ogłoszeniu upadłości przez sąd nawet doradzano mi: ty, Agnieszka, powinnaś wyjść z naszej branży. Nie uległam, ale powrót do aktywności był trudny, jak po kontuzji sportowej.

 

– Wybrała Pani uprzednio nazwę House Martin, jaskółka – bo to ptak związany z domem. Pominę, że akurat dla właścicieli nieruchomości jest utrapieniem, gdyż zakładając gniazda pod dachem niemiłosiernie brudzi ściany. Ale czemu nie Jaskółka? We mnie budziłaby więcej ufności niż House Martin. Żabka, Stokrotka robią karierę.

– Chciałam, żeby to był przekaz, decyzję podjęłam po konsultacji z firmą pomagającą tworzyć znak. Ale wytłumaczenie faktycznie nie było proste. Dziś już tak bym nie nazwała firmy.

 

– Ale nie to zaważyło na porażce.

– Nie. Przeinwestowałam z kredytem na moje lokale użytkowe – siedzibę i sklep z kosmetykami. Bank wypowiedział umowę kredytową, bo nie zapłaciłam paru rat. Próbowałam sprzedać lokale jeszcze przed syndykiem, ale dekoniunktura obniżyła ich wartość. A gdy poszło w świat, że coś się u mnie dzieje i chcę na wolnym rynku sprzedać, pewien pan powiedział mi wprost: poczekam, aż taniej to kupię od syndyka.

 

– Żyła Pani minionym sukcesem czy od razu to w sobie wyłączyła?

– Nie było czasu na łzy. Z dnia na dzień oddałam klucze syndykowi i stanęłam pod ścianą. Bolało, ale nie pielęgnowałam w sobie przeszłości: Aga, musisz się z tym zmierzyć. Nie katowałam się tym.

 

– Dlaczego teraz się uda?

– Bo wykonałam trzy kroki w tył. Żeby stworzyć coś prostego, mojego, co mnie nie przerośnie. Wtedy wrzuciłam siebie na głęboką wodę, bez doświadczenia życiowego, z młodzieńczym, szaleńczym optymizmem. Teraz działam wolniej i bez potrzeby tworzenia gigantów, za to skuteczniej. Kroki cieszą mnie bardziej niż skoki. Trochę jak w tym moim triathlonie, gdzie mam rozważne plany treningowe, nie szarżuję z kolanami i nie spodziewam się natychmiastowych rekordów. Sport rozwinął we mnie cechy cierpliwego wojownika.

 

 

– Triathlon jest rzadki. Dlaczego akurat on?

– Najpierw byłam nieaktywna – praca, dzieci. A gdy już się uaktywniłam, uprawiałam wszystko, od żeglarstwa do crossfitu ze sztangą, bo nie wiedziałam, w czym najlepiej się czuję. Postanowiłam to uporządkować. Pojawił się pan Marcin, trener spinningu [rowery stacjonarne], ale właśnie tam poznałam kilku triathlonistów, spróbowałam i tak zostało. Prowadzi mnie pan Karol Szor (Kszor Team). Z poprzednich aktywności zostawiłam tylko morsowanie.

 

– Ożeż. Jak Pani przełamała barierę?

– Najważniejsze było przygotowanie głowy, no i zawsze dobra rozgrzewka. Najszybciej marzną stopy, więc zakładam buty, wchodzę do szyi, ale ręce zanurzam dopiero w ostatnich minutach, bo długo siedzę, do 30 minut.

 

Triathlon, racjonalnie uprawiany pod okiem fachowca, nauczył mnie pokory i spokoju, przedtem się szarpałam. To samo stosuję dziś w biznesie.

 

– Jakieś doznania?

– W drugiej minucie następuje odcięcie czucia, a gdy się wychodzi, ciało sztywnieje i zaczynają się dreszczodrgawki, mrowienie i po 30 minutach wraca czucie.

 

– Hm. Może wróćmy do triathlonu. Standardowe, olimpijskie dystanse to 1,5 km pływania, 40 km rowerem i 10 km biegu, a najbardziej prestiżowe zawody Ironmana to 3,86 km pływania, 180,2 km rowerem i maraton, czyli 42,195 km biegu. Ale jest dużo dystansów, w tym inne dla amatorów. Jakie Pani pokonuje na zawodach?

– 1/8 Ironmana: 475 m pływania, 22,5 km rowerem i 5,27 km biegu. Ale w tym roku chcę spróbować 1/4 IM: 970 m wpław, 45 km rowerem i 10,5 km biegiem.

 

– Kiedy nadchodzi kryzys?

– Każdy ma swój, zwykle gdy zaczyna siadać głowa.

 

– Jakieś doznania?

– Zwątpienie, skurcze, drganie mięśni, ból. Zwykle najgorszy jest ostatni dystans – bieg. Dopiero po kilometrze wchodzę w inną strefę tętna. Ale nie stanęłam nigdy. Kibice na trasie podtrzymują adrenalinę. Ważne jest odżywianie (banany, żele energetyczne), już nauczyłam się jeść. I musiałam nauczyć się pływać w jeziorze – to nie to samo, co basen: glony, ryby, kolor wody, sieci i taki ogólny niepokój.

 

 

– Z zasad najbardziej urzeka mnie ta, iż „biec można dowolnym sposobem – zarówno do przodu, jak i do tyłu”. Ciekawi mnie przebieranie się: co się zdejmuje i zakłada między dyscyplinami i czy na oczach wszystkich?

– Na oczach, bo jednoczęściowy kostium wciąż zostaje. Na pływanie dodatkowo zakłada się piankę na całe ciało, poza tym kask do roweru, potem zmiana butów z kolarskich na biegowe.

 

– A propos rowerów: kolarz Szurkowski dostał Nagrodę Fair Play UNESCO, bo w wyścigu o Mistrzostwo Polski na prośbę rywala Hanusika, któremu zepsuł się rower, zgodził się dać mu swój zapasowy, na którym zresztą Hanusik wygrał. Mówię to, bo Pani też ma na koncie miano Przedsiębiorstwa Fair Play, jeszcze w czasach poprzedniej działalności. Za co?

– Pięć razy z rzędu! Co rok startowaliśmy w ogólnopolskim konkursie. Liczyły się jakość obsługi, model pracy, terminowe rozliczenia z klientami. Organizatorzy robili badanie, weryfikowali dane, sięgali po opinie klientów.

 

– Pani dostrzega tu podobieństwa między sportem a biznesem?

– Fair play jest potrzebne wszędzie. Nie umiem inaczej postępować, w żadnej rywalizacji. Wolę odpuścić, niż za wszelką cenę wygrać. Współdziałam z konkurencją, wymieniając się ofertami najlepszymi dla klienta.

 

– Oprócz Szurkowskiego był Maradona znany ze strzelania bramek ręką, nawet „ręką Pana Boga”. Takie podobieństwa sportu z branżą też występują?

– Nie aż tak spektakularne, ale zdarza się podbieranie ofert i klientów. Ja jestem ostrożna; współpracuję, a nie walczę. Kiedyś byłam bardziej waleczna, nieustępliwa i miałam więcej… nieprzyjemności.

 

– Łatwiej przejść od etatu na swoje czy odwrotnie? Doświadczyła Pani obu sytuacji.

– Ja bym to zrównoważyła. Przejście na działalność własną to swoboda, niezależność, ale i ryzyko, ciągłe myślenie o kosztach, odpowiedzialność za wszystko, praca dłuższa niż osiem godzin, a potem pod telefonem – choć już się nauczyłam asertywności i potrafię klientowi powiedzieć, że to czas dla rodziny. A etat to bezpieczeństwo, stałe, pewne dochody. I tu, i tu można mieć satysfakcję, jeśli ma się ścieżkę zawodową, która rozwija. Z tym że działalność jest postrzegana jako wyższa, choć my nie musimy tak się czuć.

 

 

– Bawiliśmy się w sklep, płaciliśmy listkami jaśminowca. Pracowicie narwałem mnóstwo, żeby dużo kupić. Wtedy do kolejki weszła przede mnie Doncia i oznajmiła, że jest w ciąży, a jej pieniądze są ważniejsze – miała kilka, ale wielkich z topoli, i kupiła cały sklep. Czy w handlu potrzebna jest mentalność kupiecka?

– Tak. Pracowitość to za mało. Potrzebne są intuicja, kreatywność i czucie rynku, bycie dobrym obserwatorem.

 

– A bezczelność?

– Ja zważam na etykę, więc nie jadę po bandzie, na dłuższą metę nie sprawdza się za dużo kombinacji. Rośnie ryzyko, maleje zaufanie.

 

– Klienci się wstydzą, gdy ich nie stać na Pani propozycje?

– Nie. Zanim je przedstawię, badam nie tylko potrzeby klientów, ale ich możliwości, np. kredytowe, i wtedy z nich schodzi powietrze, a ja filtruję oferty pod te możliwości.

 

– Jaki sens ma dom jednorodzinny stojący 10 m od dwóch innych z obu stron?

– Ma niską cenę. Widzę to na ulicy Unii Europejskiej w Koszalinie: sąsiad na sąsiedzie. Nie ma to większego sensu – działki tak poszatkowane jak się dało. Ja wolę przestrzeń. Ale w takim skupisku mimo wszystko jest lepiej niż w bloku.

 

– Jak Pani ocenia trwałość okaleczeń Polaków po dziesięcioleciach PRL-u, gdy budowano brzydko, bez przyjaznych otulin, zieleni, a jeśli, to z niewydarzonymi topolami, które potem wycinano lub kaleczy się do dziś skrajnymi cięciami i krajobraz jest jeszcze bardziej jak po katastrofie? Odhumanizowane pudła ze ślepymi kuchniami latami stały pośród błot, gliniastych kup, dołów, dech, porzuconego zbrojenia, betonowych skorup, starej papy, fruwającego styropianu i innego pobudowlanego bałaganu, w którym długo żyli najemcy i ich nieznające innego krajobrazu dzieci.

– Te okaleczenia czy zobojętnienia wymagają zmiany pokoleń. Blokowiska z lat 60-80. były własnością abstrakcyjną, mieszkania dostawano w przydziale – jako kwaterunkowe, zakładowe, wojskowe, a spółdzielczość była pod tym względem fikcją. Nie mogło być wymagań, każdy był szczęśliwy, że po 15 czy 20 latach dostawał wyśnione M3. Była w ogóle inna kultura: kolejki, kartki, szarość, siermiężność, inny świat; budownictwo w to się wpisywało.

 

Gdybym wstydziła się czegoś w tym zawodzie, nie rozmawiałabym z panem.

 

– Pracuje Pani nad atrakcyjną transakcją miesiąc, lecz do niej nie dochodzi. Na kogo jest Pani wściekła?

– Nie jestem wściekła. Raczej mi smutno, przeżywam, potrzebuję dnia, żeby zregenerować głowę. Potem rozkładam to na czynniki pierwsze, ale nie zrzucam automatycznie powodów na klientów czy okoliczności zewnętrzne, czasem dochodzę, że to ja popełniłam błąd. Z tym że błąd to jeszcze nie wina. Nie szukam winy, bo nie znajdę poprawy.

 

– Zdarzyło się Pani odmówić pośrednictwa? Na przykład gdy ktoś niemający orientacji albo z przemożną potrzebą zdobycia gotówki wystawiał nieruchomość za śmieszne pieniądze?

– Odmawiam, gdy widzę, że sprzedający kręci, zataja wady materialne lub prawne, na przykład to że jest tylko współwłaścicielem albo ktoś jest u niego zameldowany, słowem – jeśli nie do końca mam kontrolę nad obsługą. Te kłopoty przeszłyby na nabywcę. Odmawiam też, gdy ktoś ma wygórowane oczekiwania. A w przypadkach niedoszacowań informuję o wartości. Nawet gdy ktoś mnie przekonuje, że natychmiast potrzebuje 150.000 na operację córki, a nieruchomość warta jest 250.000, nie ułatwię mu sprzedaży, bo zaraz urząd skarbowy zacząłby się dopatrywać zaniżenia kwoty i przepływu części pod stołem.

 

– Było Pani żal kogoś, kto przymuszony pozbywa się domu, w którym wychował się od dzieciństwa?

– To się zdarza. Na prykład gdy dom robi się za duży dla starszej osoby, która została sama. Ale powiem panu więcej: gdy dziadkowie sprzedawali dom, sama musiałam im znaleźć klienta. Babcia płakała, mnie było przykro, lecz taka była ich wola. Również rodzicom pomogłam sprzedać dom, a za trzecim razem nasz, gdy trafił do masy upadłościowej.

 

– W handlu nieruchomościami są reklamacje? Wprowadzam się zimą, a wiosną się okazuje, że sąsiad wznowił nieformalną działalność ślusarską.

– Tak. Dlatego mamy obowiązkowe OC z tytułu szkody klienta. Zadaniem pośrednika jest przekazanie wszystkich informacji, ale mogą się zdarzyć wady ukryte, o których nie wiedział. Kiedyś mój klient kupił działkę, po czym okazało się, że nie może się na niej wybudować – dostał odszkodowanie z mojego OC z racji utraty wartości.

 

– Jak to odszkodowanie? Ten człowiek kupił, żeby budować. Skoro grunt nie spełnia podstawowej cechy, nabywca powinien od ręki uzyskać unieważnienie transakcji. To mi przypomina zapinki rowerowe w Kauflandzie przecenione do 5 zł, gdyż nie było do nich kluczyków.

– Tylko bardzo wysokie przesłanki mogą unieważnić akt notarialny. Mnie się nie zdarzyło.

 

– Hm. A dostaje Pani podziękowania także po czasie? Ktoś po roku śle e-mail i dzieli się trwałą radością.

– Najczęściej polega to na tym, że klient poleca mnie innym, a nawet mnie uprzedza, że zgłosi się jego znajomy, albo sam wraca. Ale większość emocji jest zaraz po transakcji: kwiaty, uściski, czekoladki. No i spotkania przypadkowe – czasem ktoś mnie rozpoznaje, jest serdeczny i chwali sobie komfort. To największa satysfakcja, gdy dobro wraca.