Koszalinianka Anna Waluś jest jedną ze 125 osób, które malowały kadry filmu „Loving Vincent”/”Twój Vincent”, animacji malarskiej, która otrzymała nominację do Oscara. Ożywianie obrazów mistrza trwało kilka lat, cały projekt dekadę, a intensywna obecność malarza w życiu Anny – rok, nie licząc przygotowań. Ale jedna z 94 minut tego niezwykłego filmu należy do niej.

Malowała od zawsze. Jako dziecko – po lekcjach, w każdej wolnej chwili. Farby, płótno i pędzel były jej nieodłącznym rekwizytem. Edukację artystyczną rozpoczęła na etapie gimnazjum plastycznego. Liceum skończyła jednak ogólnokształcące. Potem wyjechała do Palermo we Włoszech i tam przez trzy lata studiowała zdobnictwo na Akademii Sztuk Pięknych. W ramach uczelnianego programu Erasmus wyjechała także do Hiszpanii i tam spędziła rok na Akademii Sztuk Pięknych w Murcji.

Po powrocie do Polski zdecydowała się zrobić specjalizację – projektowanie wnętrz w Wyższej Szkole Umiejętności Społecznych w Poznaniu. Jak mówi, ze względów praktycznych, bo obawiała się, że z uprawiania sztuki trudno będzie jej się utrzymać. Przez kilka lat z powodzeniem pracowała w zawodzie, ale niezmiennie tęskniła za działalnością stricte artystyczną. Wtedy pojawił się Vincent.

kadr 1

Test na Vincenta

Nieusatysfakcjonowana pracą projektantki wnętrz, w 2013 roku w wyszukiwarkę internetową wpisała hasło „praca dla artystów”. Pojawiło się ogłoszenie o poszukiwaniach malarzy do współpracy przy filmie o Vincencie van Goghu. Anons był z 2012 roku, więc uznała, że pewnie jest już nieaktualny, ale postanowiła mimo wszystko wysłać swoje portfolio, na wypadek innego ciekawego projektu.

Niespodzianka – dostała zaproszenie na trzydniowe testy do Gdańska. – Trzeba było namalować portret wskazanej osoby w stylu van Gogha – mówi Anna Waluś. – Obok mnie malowała pani, której ilustracjami zachwycałam się jako dziecko. Niesamowita sprawa, jak zresztą wszystko, co stało się potem.

Testy przeszła pomyślnie. Na początku 2015 roku wzięła udział w pięciotygodniowym szkoleniu. – Polegało między innymi na namalowaniu kopii jednego z obrazów van Gogha – mówi Anna Waluś. – Mieliśmy też ujęcia do zanimowania. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z tego typu animacją. Grupę, w której byłam, prowadziła Anna Kluza. Po szkoleniu wiadomo było, kto będzie pracował przy produkcji.

W grudniu 2015 roku po raz pierwszy zasiadła przed rzuconym na płótno kadrem. Tak spędziła rok. Dziś jest dumną autorką minuty animacji, która podbiła świat. Do dystrybucji zamówiło ją 135 państw, a technika, w jakiej została wykonana, została opatentowana.

Warto wspomnieć, że jednym z operatorów filmu jest Łukasz Żal pochodzący z podkoszalińskiego Manowa, nominowany w 2015 roku do Oscara za najlepsze zdjęcia do filmu „Ida” w reż. Pawła Pawlikowskiego.

Twój Vincent_Dr Gachet (Jerome Flynn)

Znaleźć złoty środek

Prace nad „Twoim Vincentem” rozpoczęły się w 2008 roku. Dorota Kobiela, reżyserka, początkowo planowała zrealizować film krótkometrażowy (współreżyserem jest Hugh Welchman). Niezwykła historia artysty, która fascynowała ją od lat, prosiła się jednak długi metraż. Planowała pomalować go sama – jest absolwentką Akademii Sztuk Pięknych – jednak według luźnych obliczeń zajęłoby jej to 70 lat.

Wystarczy wspomnieć, że ostatecznie kadry przez ponad dwa lata malowało 125 artystów z całego świata. W tym gronie najwięcej było Polaków. Nieprzypadkowo. Dorota Kobiela wspominała, że absolwenci polskich uczelni artystycznych są wszechstronnie wykształceni, więc potrafią dobrze malować w wielu technikach (w wypadku tego projektu pożądana była olejna), w przeciwieństwie do ściślej ukierunkowanych kolegów z zagranicy.
Anna Waluś komentuje: – Zgadzam się co do dobrego poziomu kształcenia i umiejętności polskich studentów, ale według mnie najważniejsza była umiejętność kopiowania. Wbrew pozorom nie każdy się do tego nadaje, bo może nie umieć „odkleić się” od własnego stylu czy maniery. Potrzebne było też wyczucie ruchu – co przemalować, a co tylko musnąć pędzlem. Nie można też było przesadzić z precyzyjnością, ponieważ animacja kieruje się innymi regułami niż obraz statyczny, na którym można dojrzeć więcej szczegółów. Na początku sama musiałam znaleźć złoty środek: żeby utrzymać styl van Gogha, ale nie wchodzić nadmiernie w szczegóły. Jestem pedantyczna, więc walczyłam z tym. Potem szło mi łatwiej i szybciej.

Niezwykle ważne i trudne było zachowanie spójności filmowych obrazów. Czuwali nad tym superwizorzy. Malarze otrzymywali referencje w postaci zdjęć obrazów Vincenta lub namalowane ujęcia z filmu, by zachować ich kolorystykę i spójność. Jednolitość udało się zachować. – Dla widza-laika drobne różnice pewnie są niezauważalne, ale ja w większości rozpoznaję, które kadry kto malował – uśmiecha się Anna Waluś. – Zresztą dobór artysty do konkretnego fragmentu filmu uzależniony był od jego predyspozycji: ktoś się specjalizował w portretach, ktoś w pejzażach. Ja malowałam kilka motywów: rozmowa z Tanguy palącym papierosa, Marguerite (gra ją Saorise Ronan) na łące, z Armandem w zielonym pokoju, Armanda z rybakiem. Ulubionym jest Marguerite Gachet na łące.

Twój Vincent_Night Café, Arles Lt Milliet (Robin Hodges) and Armand Roulin (Douglas Booth)

Dwanaście przemalowań na sekundę

W filmie czas ma, umownie mówiąc, inny wymiar. Dla widza minuta to niewiele, dla scenarzysty – sporo, w animacji – mnóstwo. W animacji „Twój Vincent” oznacza lata świetlne. Dlatego praca nad nią miała charakter iście benedyktyński.

Najpierw powstały sceny z aktorami w tzw. green boxie. Potem artyści dostawali kadry z aktorami i motywami z obrazów do pomalowania. Każdy wyświetlany był na podobraziu, malowany, potem przemalowywany w kolejne sekwencje.

Jedno ujęcie, czyli sekunda, to dwanaście klatek. Każda klatka to jedno przemalowanie. Łatwo więc policzyć, że skoro kadry Anny Waluś w filmie zajmują minutę, to namalowała w sumie około 720 obrazów. – Bywały klatki bardzo trudne, gdzie na przykład ruszało się tło – opowiada. – Przemalowywanie zajmowało wtedy cały dzień, czasem dłużej. Portrety: od czterech do pięciu przemalowań dziennie. Ujęcia statyczne: dwanaście-piętnaście.

Twój Vincent_Postman Roulin (Chris O'Dowd)

Międzynarodowe spotkanie ze sztuką

Malowanie odbywało się w trzech miejscach: w Gdańsku, Wrocławiu i Atenach. Anna znalazła się w największej, gdańskiej ekipie.

W hali parku technologicznego stanęło osiemdziesiąt specjalnie skonstruowanych, oddzielonych wysokimi przegrodami i oświetlonych boksów (Painting Animation Work Stations – PAWS). – Każdy miał kawałek swojej przestrzeni, byliśmy osobno, ale jednocześnie razem – opowiada Anna Waluś. – W jednym miejscu zgromadzili artyści z całego świata, młodzi i starsi. Niektórzy przy pracy słuchali muzyki, niektórzy wykładów, inni audiobooków. Każdy miał swoją koncepcję sztuki i o tym nieustannie rozmawialiśmy, wymienialiśmy się nagraniami. Oczywiście odwiedzaliśmy się w boksach, zaprzyjaźniliśmy. Atmosfera była przecudowna i wspominam to jako jeden z najfajniejszych okresów w życiu.

Anna Waluś przyznaje, że rozpoczynając pracę, nie zdawała sobie sprawy, w jak ważnym przedsięwzięciu bierze udział. Mimo świadomości, że powstaje dzieło nowatorskie, tak spektakularnego efektu chyba nie spodziewał się nikt. Po raz pierwszy oglądała film w języku angielskim i bez muzyki. Dopiero później po polsku. Wrażenie? – Bezcenne. Bardzo mi się podobał i byłam ciekawa, czy spodoba się też widzom, czy docenią naszą pracę. Okazało się, że tak, z czego się ogromnie cieszę.

 

Być jak van Gogh

Niektórzy, jak Anna, przy płótnach spędzili rok. Niektórzy ponad dwa lata. Dla niektórych był to epizod, a wielu artystom – także tym, którzy pokonali tysiące kilometrów, by wziąć udział w testach – nie udało się dostać do ekipy malującej. Choć na etapie powstawania nikt nie przewidywał, że o „Twoim Vincencie” w 2017 roku będzie mówił cały filmowy świat, to artyści przeczuwali, że to projekt unikalny. Poza tym – kto nie chciałby choć na chwilę wejść w skórę samego van Gogha?

Anna Waluś na dobre zachwyciła się jego twórczością, zwiedzając Muzeum Van Gocha w Amsterdamie. Zawsze był dla niej artystą ważnym, ale w czasie pracy nad filmem stał się ważniejszy. – To świetny styl, dobrze się go maluje – mówi. – Uwielbiam te jego charakterystyczne pociągnięcia pędzla, fakturę obrazów i przede wszystkim piękne kolory. Malując, zagłębiłam się też w jego biografię i wzięłam z niej coś istotnego dla siebie. Van Gogh całe życie był samotny, odrzucany, nieszczęśliwy, biedny, ale się nie poddawał, robił swoje, żył dla sztuki. Zarówno malowanie, jak i przebywanie w grupie artystów, dało mi pewność, że to także moja droga, to co naprawdę chciałabym robić.

 

praca Ani 1Kobiety z bujnymi włosami

Prace Anny Waluś dobrze znają między innymi uczestnicy Koszalińskich Targów Sztuki i Dizajnu, w których trzykrotnie brała udział. Na swoim stoisku wystawiała grafiki i ilustracje. To jedna z dziedzin sztuki, której oddaje swój czas. – Początkowo nie interesowałam się ilustracją – wspomina. – Nie umiałam rysować z wyobraźni, wymyślać rzeczywistości, natomiast dobrze szło mi kopiowanie albo malowanie konkretnego obiektu – osoby albo zwierzęcia. Sporo wyjeżdżałam, zawsze zabierałam ze sobą farby i płótna, co bywa kłopotliwe w podróży. Więc zamieniłam je na podręczne akwarele, długopisy, ołówki i kartki. Zaczęłam od rysowania siebie (śmiech). W trakcie pracy coraz więcej rzeczy wymyślałam. Po van Goghu ewoluowało to już bardzo mocno, nie tylko pod kątem tematów, ale też techniki. Jakby coś nowego się we się pojawiło i rozwinęło.

Ulubione motywy: smukłe kobiety z długimi, okazałymi włosami; surrealistyczne, baśniowe światy; zwierzęta, przyroda, natura. – Nigdy nie chciałam malować rzeczy negatywnych – wyjaśnia Anna Waluś. – Wolę pokazywać relację z naturą, którą uwielbiam.

Anna Waluś dzieli czas między Koszalin i Poznań. Tam z przyjaciółmi stworzyła grupę Wow Wall Studio i bierze udział w malowaniu murali, co – jak przyznaje – jest teraz jej ulubionym zajęciem artystycznym. Także dlatego, że w przeciwieństwie do rysowania, pozwala przebywać z ludźmi, wspólnie tworzyć. Jest wolnym strzelcem, realizuje różne zamówienia, udaje jej się żyć ze sztuki. – Marzyłam o tym, choć nie wierzyłam, że jest możliwe – mówi. – Jestem wdzięczna za „Vincenta”, bo czas z nim spędzony był dla mnie motywacyjnym kopniakiem. Ludzie, których poznałam na naszym malarskim plenerze, żyją podobnie do mnie, więc da się. Pracowałam w świetnych firmach, na etacie, robiłam ciekawe rzeczy w dobrych warunkach, ale wracałam do domu i byłam niezadowolona. Teraz jestem szczęśliwa.