„Kiedy mąż rozpoczął studia w Krajowej Szkole Administracji Publicznej, spędziliśmy praktycznie dwa lata bez niego. Nie było łatwo. Ale później, kiedy ja zdecydowałam się na doktorat, mąż stanął na wysokości zadania i razem z mamą przejęli część obowiązków domowych. Bez nich bym sobie rady nie dała.” O potrzebie doskonalenia zawodowego, codziennych obowiązkach i wspieraniu się w małżeństwie rozmawiamy z dr Anną Jedlińską, żoną prezydenta Koszalina, Piotra Jedlińskiego.

 

– Spotykamy się tuż przed Państwa wyjazdem na narty. Jak często udaje się Państwu znaleźć czas na taki wspólny wypoczynek, również z synami?

– Niestety, nie tak często, j7ak byśmy chcieli. Zasadą są wakacje letnie, zresztą niezbyt długie i tydzień zimą na nartach.

 

– Dokąd najczęściej wyjeżdżają Państwo latem?

– Podróżujemy po Polsce i po Europie. Jesteśmy lokalnymi patriotami i na naszym wybrzeżu mamy ukochane miejsca, ale jednak lubimy słońce, ciepło i lubimy zwiedzać, dlatego również chętnie przebywamy nad Morzem Śródziemnym.

 

– Podejrzewam, że od momentu, kiedy mąż został prezydentem Koszalina, nie do końca dowolnie dysponuje Pani swoim czasem. Chodzi mi o obowiązki reprezentacyjne. Lubi je pani?

– Nie traktuję ich jak obowiązku. Chętnie się w nie angażuję i staram się wywiązać z nich jak najlepiej. To, że jestem żoną prezydenta miasta, nie zmieniło mnie. Bywam pytana, jak radzę sobie w sytuacjach publicznych. Ci, którzy mnie znają bliżej, wiedzą, że jestem osobą z natury skromną, ale to nie oznacza trudności ze znalezieniem się na forum. Nie miewam z tym problemu. Jestem lekarzem, a więc dobry kontakt z pacjentami jest wpisany w moją profesję, jest czymś naturalnym. Podobnie jak mąż lubię rozmowy z ludźmi i cenię sobie kontakty z nimi.

 

– Kiedy mąż zdecydował się na wejście w politykę, skonsultował to z Panią? To była wspólna decyzja?

– Tak, zdecydowanie. Choć oczywiście nie wybierałam drogi zawodowej męża, rozmawialiśmy o tym, ale decyzja była podjęta wspólnie. Od kiedy się poznaliśmy zawsze staram się wspierać męża w realizacji planów.

 

Bal charytatywny Pary Prezydenckiej,  Koszalin 25-01-2014

Bal charytatywny Pary Prezydenckiej,
Koszalin 25-01-2014

– Mąż wcześniej był długoletnim sekretarzem miasta. Rola urzędnika to rola głównie wykonawcza, nie kreacyjna. Z kolei funkcja prezydenta miasta to dużo większa odpowiedzialność.

– Stanowisko sekretarza miasta dało Piotrowi niezbędne doświadczenie do wykonywania tak odpowiedzialnej funkcji, a cechy charakteru jak: odpowiedzialność, konsekwencja w działaniu, kreatywność pozwalają bardzo dobrze wypełniać powierzone przez mieszkańców obowiązki.

 

– Jak Pani reaguje na sytuacje, kiedy mąż, jako prezydent, jest atakowany, obciążany rozmaitymi zarzutami, bywa że agresywnie?

– Czy to boli? Czasami tak, ale już rozumiem, że zazwyczaj jest to po prostu polityczna gra. Mąż pełni służbę, bo bycie prezydentem miasta to służba. Trzeba się liczyć z krytyką. Dobrze, jeśli jest ona merytoryczna i konstruktywna. Zawsze warto jej wysłuchać i skonfrontować poglądy. Poziom rozmowy w polityce spada jednak z roku na rok. Brakuje w nim kultury i elegancji dyskusji. Zawsze znajdą się oponenci, którzy wprawdzie nie wiedzą jak, ale zrobiliby to lepiej.

 

– Wyobrażam sobie, że najtrudniej znieść ataki ad personam.

– Tak. I w tym wszystkim podziwiam spokój mojego męża.

 

– To wrodzona cecha, czy przyszła ona z wiekiem i doświadczeniem?

– Takiego znam go od początku.

 

– Gdy mąż został prezydentem, Pani z pewnością przybyło codziennych obowiązków?

– Jakoś mi się udaje sprostać wszystkim powinnościom, i służbowym, i rodzinnym. Jestem dobrze zorganizowana, chociaż nie żyję z notesem w ręku. Prowadzę praktykę stomatologiczną, ale też mam szczęście, bo pracuję ze znakomitym zespołem lekarsko-pielęgniarskim, gdzie się wspieramy i pracujemy razem. Z drugiej strony, cały czas się szkolę, muszę często wyjeżdżać, ale nigdy nie zaniedbuję domu i rodziny. Staram się każdą wolną chwilę poświęcić dzieciom. Jesteśmy w takiej samej sytuacji jak tysiące rodzin w naszym mieście i w Polsce: z dwójką dorastających synów, z różnymi problemami natury szkolnej, wychowawczej, zdrowotnej.

 

– Odnoszę wrażenie, że Pani od zawsze żyje bardzo aktywnie, wręcz szuka sobie dodatkowych zadań i wyzwań.

– Miałam wspaniałych szefów, którzy ułatwili mi podjęcie specjalizacji. Staże kliniczne w większości odbyłam w Szczecinie, gdzie z mężem ukończyliśmy studia. Szybko zrealizowałam pierwszy stopień specjalizacji, a później drugi. Kiedy ja byłam w trakcie specjalizacji, mąż kończył swoje drugie studia, czyli zarządzanie z językiem wykładowym francuskim. On jeździł w jednym kierunku, ja w drugim. Mijaliśmy się w pociągach. Następnie mąż rozpoczął studia w Krajowej Szkoły Administracji Publicznej. To były dwa lata praktycznie bez niego. Nie było łatwo. Ale później, kiedy ja z kolei się doktoryzowałam, mąż stanął na wysokości zadania i razem z mamą, która również była i jest dla mnie wsparciem, przejęli część obowiązków domowych. Bez nich bym sobie rady nie dała.

 

– Co Panią zmotywowało do tego, by robić doktorat? Miała przecież już Pani dobrze prosperujący gabinet.

– To była potrzeba rozwoju. Zawsze lubiłam się uczyć i tak jest do dziś. W sytuacji, gdy otwiera się przewód doktorski, a jest się poza ośrodkiem klinicznym, podejmuje się spore wyzwanie. Wyznaczyłam sobie plan i konsekwentnie go realizowałam. Kiedy zamykałam przewód doktorski, byłam już doświadczonym lekarzem. W pracy doktorskiej oceniałam nowatorską wówczas metodę diagnostyczną. Dzięki doświadczeniu i praktyce miałam możliwość porównania jej z metodami, które funkcjonowały w ortodoncji od wielu lat.

 

– Specjalność, którą pani reprezentuje, czyli ortodoncja, laikowi kojarzy się z zabiegami skierowanymi do dzieci i młodzieży. Ale – zdaje się – to zbytnie uproszczenie?

– Kiedy postanowiłam się specjalizować w ortodoncji, nie była ona popularna. Niewielu lekarzy chciało się nią zajmować, bo nie dawała pespektyw. Była rozumiana jako profilaktyka i korygowanie wad u dzieci i osób we wczesnym wieku młodzieńczym. Natomiast gdy pacjent dorastał, terapia ortodontyczna była nieskuteczna. W ciągu ostatnich 20 lat nastąpiła rewolucja materiałowa i sytuacja diametralnie się zmieniła. Rozwinęły się nowoczesne techniki związane z leczeniem aparatami stałymi. Kiedy otworzyły się granice, polscy lekarze zyskali dostęp do nowych technik leczenia i wiedzy. Tak naprawdę największym osiągnięciem współczesnej ortodoncji jest to, że możemy podjąć leczenie u pacjenta w każdym wieku. Zasadniczo możemy równolegle leczyć dziecko, rodzica i dziadków. Często zdarza się w mojej praktyce, że rodzic widząc efekty leczenia swojego dziecka, sam decyduje się na podjęcie leczenia ortodontycznego. Tak naprawdę termin ortodoncja nie odzwierciedla kompetencji lekarza, dlatego że dzisiaj ortodoncja to również i ortopedia szczękowa. My nie tylko wyrównujemy zęby, nie tylko poprawiamy uśmiech, który jest wizytówką każdego z nas. Leczymy szkieletowe wady narządu żucia, wady genetyczne i wady nabyte, poprawiamy proporcje twarzy i jej profil. Świadomość pacjentów również wzrosła. Pacjenci przychodzą do nas, ponieważ wiedzą, że ortodoncja zapobiega wielu schorzeniom w przyszłości. Zapobiegamy na przykład chorobom stawu skroniowo-żuchwowego, parodontozie, problemom w protezowaniu, a nawet bólom głowy. W Polsce ortodoncja już jest na światowym poziomie. Pierwsze kursy, w których brałam udział, były prowadzone przez specjalistów zachodnioeuropejskich.

 

– Z rozmów z lekarzami wynika, że postęp w stomatologii jest tak szybki, że właściwie trudno za nim nadążyć.

– Nie można przestać się uczyć. W zasadzie codziennie otwierają się nowe możliwości i zmniejszają ograniczenia. Ortodoncja stała się specjalizacją pożądaną. Nie nauczymy się jednak wszystkiego z podręczników i książek. Trzeba uczestniczyć w specjalistycznych kursach, szkoleniach, konferencjach.

 

– Co bardziej napędza ten postęp: technologia czy wiedza czysto medyczna?

– Przede wszystkim coraz lepsza diagnostyka. Technologia ją wspiera, dając nowe materiały i narzędzia. Wielu pacjentów wymaga leczenia interdyscyplinarnego. Moją pasją są pacjenci, którzy wymagają złożonego leczenia. Wielu takich pacjentów „prowadzę”. Są to osoby z wadami szkieletowymi, o których wspomniałam wcześniej.

 

– Może to Pani jakoś przybliżyć?

– Mam na myśli pacjentów, u których wady mają charakter kostny, a więc wiążą się z zaburzeniami w budowie kości szczęk, co nierzadko objawia się niekorzystnym profilem twarzy. Jest to duża grupa wad, często dziedzicznych. Prowadząc długoletnie leczenie ortodontyczne przygotowujemy tych pacjentów do zabiegów chirurgii ortognatycznej, co pozwala rozwiązać ich problemy estetyczne i zdrowotne.

 

– Podejście, kiedy lekarz nie skupia się wyłącznie na jednym szczególe, tylko generalnie doradza i widzi całościowo problem, to mimo wszystko nie jest częsta postawa.

– To holistyczne podejście. Jako ortodonci przewidujemy, jak dziecko będzie wyglądało w przyszłości. Proponujemy specjalne badania, diagnostykę, która umożliwia uzyskanie symulacji wyglądu. Dzięki temu jesteśmy w stanie tworzyć odpowiedni plan leczenia dla konkretnego pacjenta. Aczkolwiek nie jesteśmy w stanie wszystkiego przewidzieć. Natura człowieka jest wciąż tajemnicą. Dużo już wiemy, ale nie wszystko.

 

– Pani wiedza medyczna czasami przydaje się również poza gabinetem i zawodem. Przypominam sobie Pani wystąpienie w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym przed spektaklem charytatywnym przygotowanym przez klub Kiwanis. Mówiła Pani wtedy o idei światowej kampanii Eliminate. Brzmiało to bardzo rzeczowo, konkretnie, ale i przystępnie.

– Z Kiwanis jestem związana od kilku lat. To w Koszalinie wyjątkowy klub, który zrzesza tylko kobiety, aktywne i kreatywne. Wspieramy dzieci do 18. roku życia zmagające się ze schorzeniami, ale także dzieci zdrowe, a uzdolnione, znajdujące się w trudnej sytuacji rodzinnej czy finansowej. Członkinie Kiwanis realizują również projekty na skalę międzynarodową, jak właśnie projekt Eliminate, czyli przeciwdziałanie tężcowi noworodkowemu w krajach Afryki i Azji.

 

– Nie zdawałem sobie sprawy, że umieralność matek z powodu tych zakażeń jest przerażająco wysoka.

– W wypadku porodu w warunkach domowych, gdy przecina się pępowinę niesterylnym narzędziem, a w krajach rozwijających się jest to przyjętym zwyczajem, zagrożenie tężcem jest ogromne. Każda złotówka przeznaczona na szczepienia ochronne jest darem ratującym życie matce i jej nowo narodzonemu dziecku.

 

– Jak się okazuje, można w dosyć prosty sposób zapobiegać tym zakażeniom.

– Wystarczy po prostu zaszczepić daną osobę. W krajach wysoko rozwiniętych jest to coś naturalnego, wpisanego w tzw. kalendarz szczepień dziecka. Szczepionki przyjmuje się kilkakrotnie w ciągu życia, a w sytuacji zagrożenia podaje się anatoksynę przeciwtężcową. W ten sposób jesteśmy w stanie uchronić się przed tą wciąż groźną chorobą.

 

– Pani rozpoczęła w Koszalinie nową tradycję. Odbył się niedawno trzeci bal prezydencki, który ma charakter charytatywny. Jaki był cel zbiórki i jej efekt?

– Efekt był znakomity i przerósł nasze oczekiwania, ponieważ zebraliśmy ponad 53 tysiące złotych. W tym roku objęliśmy opieką trójkę bardzo chorych dzieci. Wśród naszych podopiecznych znajduje się chłopiec cierpiący na mukowiscydozę, który przyszedł na świat jako piąte dziecko w swojej rodzinie, a także chłopiec, który zmaga się z zanikiem rdzeniowym mięśni i 17-latka, która z powodu raka kości wymaga wydłużania kończyny. Po raz pierwszy także przeznaczyliśmy również zebrane środki dla instytucji tzn. Zachodniopomorskiego Hospicjum dla Dzieci i Młodzieży działającego nie tylko w naszym regionie, ale także obejmującego opieką małych pacjentów z naszego miasta.

 

– Kampania Eliminate, bal charytatywny to akcje. W Koszalinie rozpoczął się program Karta Dużej Rodziny, czyli coś o długookresowym działaniu. Czy w jakiś sposób pani gabinet się w to włączy?

– Uważam, że to jest bardzo cenna inicjatywa samorządu naszego miasta, realizowana w ramach polityki prorodzinnej. Jako właścicielka prywatnej praktyki stomatologicznej chętnie będę jej partnerować, udzielając ulg pacjentom mojej praktyki. Akcja ta cieszy się zainteresowaniem, gdyż przystąpiły do niej już 44 firmy. To świadczy o doskonałym zrozumieniu idei społecznej odpowiedzialności biznesu.

 

– Ma pani dużo obowiązków: praca, dom, dokształcanie. Ale z pewnością istnieje również potrzeba relaksu. Co na co dzień daje Pani odprężenie?

– Rzeczywiście, czasu wolnego nie mam w nadmiarze. Ogromną bombą energetyczną dla mnie jest po prostu rodzina. Mam różne hobby, różne zainteresowania, lubię aktywny tryb życia, a więc także aktywny wypoczynek. Chętnie latem spaceruję, jeżdżę na rowerze i uprawiam jogging. Można mnie zobaczyć w okolicy, aczkolwiek zdarza mi się to robić o różnych porach, czasem wtedy, kiedy inni już albo jeszcze śpią. Co poza tym? Interesuję się współczesnym polskim malarstwem, nowymi trendami w modzie, zdrową żywnością. Chętnie czytam poezję. No i oczywiście chętnie spędzam czas ze swoimi synami, co oznacza, że wspólnie się uczymy, a ja mam okazję odświeżyć znajomość lektur, biologii, historii itd. Lubię kino, ale gdybym miała wybierać, to wolę sztukę przedstawianą na żywo – w filharmonii, albo w teatrze.

 

– A coś z muzyki zostało? Grywa pani?

– Byłam w klasie fortepianu. Ukończyłam szkołę podstawową, dostałam się do średniej, ale nie zdecydowałam się na dalszą edukację muzyczną. Myślałam już wówczas o medycynie. W domu stoi instrument i nie pełni funkcji mebla. Siadam do niego najczęściej na prośbę moich bliskich. A obowiązkowo w święta, zwłaszcza kiedy proszą mnie o to moi chłopcy.