Spełnienie nastoletniego marzenia, jakim był rajd konny, zaowocowało niezwykłą wyprawą. Właściciel stajni namówił mnie na rejs morski trasą Maroko-Wyspy Kanaryjskie. Zgodziłam się nie bez obaw. Przeważyła ciekawość, bo przecież taka okazja może się już nigdy nie powtórzyć.

Załogę poznaję na berlińskim lotnisku. Po krótkim locie wysiadamy w marokańskim Agadirze. Szok termiczny: u nas minus 15o C, a tutaj 20 o C na plusie. Zanim wyruszymy w dalszą podróż – kontrola celna. W pomieszczeniach przypominających akwaria siedzą policjanci. Ich miny nie zwiastują nic dobrego. Trzeba wypełnić druczek z podstawowymi informacjami (łącznie z zawodem i miejscem pobytu w Maroku). Tomek, jeden z załogantów, wzięty do szczegółowej kontroli. Powód? Wpisał do karty imigracyjnej zawód „fotograf”. Dla Marokańczyków to abstrakcja. Dla nas nauczka: w przyszłości trzeba wpisywać „cieśla” lub „pasterz”, a problemów nie będzie.

Opuszczamy lotnisko. Zewsząd dopadają nas mężczyźni oferujący poniesienie bagażu lub transport. Oczywiście nie bezinteresownie. Lawirując między nimi, docieramy do naszego busa. Ze względu na złą pogodę poprzednia załoga nie dotarła do Agadiru, więc samochodem musimy przemieścić się na południe Maroka, do miasta Tarfaya, i tam wejść na pokład łodzi.
Sympatyczny kierowca Jamal wiezie nas 600 km przez bezdroża i liczne kontrole policyjne. Po drodze zatrzymujemy się, by coś przekąsić. Jamal zabiera nas do lokalu, gdzie na stole ląduje tajin, rodzaj stożkowatego naczynia, którego właściwości są podobne do naszej brytfanki. W przypadku Maroka sprawdza się teoria, że im brzydszy lokal, tym jedzenie smaczniejsze. Kiedy właściciel otwiera gliniane naczynie, wyzwala się zniewalający zapach. Proste danie: kilka kawałków jagnięcego mięsa, cebula, jajko i oliwki. Moje kubki smakowe krzyczą: Alleluja! Tak pełnego aromatów i przypraw dania dawno nie próbowałam.

 

Maroko 2

Kolega za parę groszy

O świcie docieramy do pustego portu. Wydawałoby się, że miasto pogrążone we śnie nie zauważyło naszego przybycia. Zauważyło. Po 10 minutach zjawia się policja i straż wodna. Przeszukują nam bagaże i zabierają paszporty na czas pobytu w Tarfayi.

Po krótkiej wymianie informacji z poprzednią załogą ładujemy się pod pokład, żeby rozpakować bagaże, ustalić wachty i złapać trochę snu. Następnego dnia dzielimy się na grupki: trzeba kupić suchy prowiant, uzupełnić paliwo. Na targu żadnych stałych cen. Cena wyjściowa zależy od wielu czynników: dnia tygodnia, koloru oczu kupującego, humoru sprzedawcy. Mimo iż sprzedawca będzie nas zapewniać, że to „global/democratical/good price”, spokojnie można ją stargować o połowę lub więcej, trzeba tylko być cierpliwym. Po kilku transakcjach dochodzi się do wprawy.

Nasz jacht jest jedyną żaglówką w rybackim porcie, stanowimy więc atrakcję dla miejscowych. Każdy chce z nami ubić interes i coś sprzedać: a to świeżo złowioną ośmiornicę, a to 25 kg lodu, a to trochę nielegalnego haszyszu. Tego dnia czekają nas wachty cumowe, aby wraz z porannym przypływem wyruszyć na Wyspy Kanaryjskie. Umówiony z nami policjant przyjeżdża o trzeciej nad ranem, aby dokonać ostatecznej rewizji oraz oddać paszporty. Dodatkowo zapewnia nam atrakcję w postaci psa tropiącego, który przypłynął małą łódeczką. Sympatyczny labrador był bardziej zainteresowany ciastkami ukrytymi w kieszeni niż ewentualną kontrabandą. Na zakończenie tej farsy wkładamy do jachtowych papierów 20 dirhamów (tutejsza waluta). Zadowolony policjant kiwa głową i tak oto za sprawą drobnej sumy stajemy się jego dobrymi kolegami.

 

Skutki bujania

Wypływamy. Radość nie trwa długo. Zaczyna się walka o przetrwanie, bo choroba morska ścina z nóg większość 10-osobowej załogi. – Kto żyw do cum! – krzyczy skipper i tak oto docieramy na pierwszą z kanaryjskich wysp – Fuerteventurę.

Cumujemy w porcie Morro Jable. Dopełniamy niezbędnych formalności, choć jak Hiszpanie mają w zwyczaju, wszystko mogłoby się odbyć mañana, czyli jutro. Po adekwatnej do nazwy wyspy mocnej przygodzie na morzu, udajemy się na kolację. Lokalne produkty: owoce morza (ośmiornice, kalmary, mątwy, kraby), grillowane ryby (barracuda, ptaszory, ryba motyla), papas arrugadas (odmiana małych słodkich ziemniaczków), podane z sosami mojo, są wspaniałym ukoronowaniem naszego chrztu morskiego.

Po krótkim zwiedzaniu miasta i fascynacji kupionymi bananami, które smakują zupełnie inaczej niż „pastewne” dostępne w Polsce, ruszamy dalej. Naszym celem jest Gran Canaria. Wypływamy na otwarte morze i po kilku chwilach obserwujemy latające ryby, które wyskakując z wody, głośno trzepoczą skrzydłami. Z niecierpliwością wypatrujemy wieloryba, choć ponoć w dziewięciu na dziesięć przypadków bliskie spotkanie z tym ssakiem kończy się wywrotką jachtu. Warunki pogodowe mamy dobre, jednak choroba morska powraca. Na szczęście wachta kambuzowa trzyma się dobrze, serwuje kisielki oraz suchary, co znacznie poprawia podupadające morale załogi. Późnym wieczorem docieramy do Las Palmas, jednej z największych marin Gran Canarii. Szukamy główek portu, gdy nagle w naszym kierunku z ogromną prędkością pędzi ponton. Mamy gości – hiszpańskich carrabineros (straż wybrzeża). Zaczynamy się zastanawiać, czy jakiś celnik nie rzucił na naszą Bavarię klątwy. Na szczęście panowie są mili, robią sobie z nami zdjęcia i pokazują specjalne stroboskopowe latarki. Po krótkich oględzinach łodzi i dokumentów możemy wpłynąć do portu, gdzie czeka nas kolejna niespodzianka. Otóż jako jacht pływający po oceanie musimy uiścić podatek w wysokości 50 euro. Jeśli żaglówka tylko stoi w porcie, opłata wynosi 8 euro. Tym sposobem wielu Europejczyków ma najtańszy hotel na Kanarach (w marinie stoi pełno jachtów pod europejskimi banderami).

O poranku sprawdzamy pogodę na Windguru. Musimy przeczekać na Gran Canarii parę dni, bo idzie sztorm. Postanawiamy zwiedzić wyspę, między innymi Casa de Colón, czyli Muzeum Kolumba. Ze względu na swoje położenie Gran Canaria była miejscem, z którego słynny obieżyświat chętnie korzystał, aby uzupełnić zapasy czy też naprawić okręty.

Spacer kończymy na miejskiej plaży. Tu życie zaczyna się późnym wieczorem. Zamawiamy paellę barwioną atramentem mątwy oraz owocami morza i rozmawiamy z miejscowymi. Narzekają, że zima w tym roku wyjątkowo surowa, bo temperatury nie przekraczają 18 stopni powyżej zera.

 

Bałtyk bywa gorszy

Najgorszy szkwał już minął, więc wypływamy. Kierujemy się na Teneryfę. Silny tego dnia wiatr – 8 w skali Beauforta – sprawia, że czujemy się jak podczas nieustającej jazdy windą. Na szczęście żołądki i błędniki zdążyły się zahartować. Skipper pociesza, że Ocean Atlantycki i tak jest łagodniejszy pod tym względem niż rodzimy Bałtyk, na którym fale są dużo krótsze, co organizm znosi znacznie gorzej. Po całodniowej walce wpływamy do Teneryfy. Wrażenie robi ogromny amfiteatr usytuowany blisko portu. Tym razem bez komplikacji cumujemy przy nabrzeżu i ustalamy strategię na następne dni. Postanawiamy wybrać się na wulkan Teide, najwyżej położony punkt wysp atlantyckich, 3718 metrów n.p.m. Wynajmujemy samochody i wąską serpentyną wjeżdżamy do parku krajobrazowego. Niesamowity widok. Znad gęstych chmur wyłania się czubek bazaltowej góry, na szczyt której wjeżdżamy kolejką. Widzimy pustkowia i bezdroża, bez jakiejkolwiek roślinności, rozciągające się aż po horyzont. Wracając, zatrzymujemy się przy zboczach porośniętych opuncjami figowymi, których owoce uchodzą za lokalny przysmak. Należy pamiętać, że są one pokryte drobnymi kolcami, o czym boleśnie przekonała się część załogi. Aby dostać się do smacznego miąższu, najlepiej zaopatrzyć się w gumowe rękawice i ostry nożyk, dzięki czemu unikniemy żmudnego wyciągania małych, ostrych kolców z ciała.

 

Maroko 14

 

W towarzystwie delfinów

Po mrożących krew w żyłach przygodach z pęsetą obieramy kurs na ostatnią wyspę – Lanzarote. Tak jak i resztę Wysp Kanaryjskich, stworzyły ją wybuchy wulkaniczne. Z łodzi widzimy brązowe, poszarpane wierzchołki skał, praktycznie pozbawione zieleni. Lanzarote słynie z produkcji wina. Winnice budowane są w charakterystyczny sposób – winorośla otacza się kamiennymi półokrągłymi murkami, które chronią rośliny oraz zatrzymują wodę deszczową.

Nasza wyprawa się kończy. Ruszamy dalej. Kiedy wpływamy na wody Maroka, wita nas słoneczny poranek. Piękna pogoda zwiastuje żeglarski problem – flautę. W tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak włączyć silnik. Prujemy przez trzy dni i noce przy akompaniamencie nieustającego warkotu. Dobry humor nas nie opuszcza głównie za sprawą delfinów, które podpływają do jachtu. Najpierw widać je na horyzoncie, później przy samej burcie, przed dziobem łódki. Widowisko powtarza się kilkanaście razy. Dziesięcioro dorosłych ludzi na widok delfinów zamienia się w dzieci, które piszczą, krzyczą i tupią nogami. Obserwujemy też majestatyczne żółwie morskie, leniwie poruszające się po powierzchni oceanu.

W drodze do Maroka najtrudniejsze były nocne wachty. W ciemnościach trudno ocenić odległość, a światła innych okrętów zlewają się z gwiazdami na horyzoncie. Trzeba być czujnym, bo często bywa, że gwiazda okazuje się płynącym naszym kursem statkiem, a domniemany statek, obserwowany skrupulatnie przez lornetkę, to jedna z najjaśniej świecących planet, czyli Wenus.

Wpływamy do portu w Agadirze. Po chwili – tradycyjnie – zjawia się policja i straż nabrzeża. Dopóki nie dostaniemy oficjalnego pozwolenia, nie możemy zejść z pokładu. Nauczeni wcześniejszym doświadczeniem, wkładamy dyskretnie do paszportu 20 euro. Dzięki temu nie mamy w porcie żadnych problemów.

Agadir został niemal całkowicie odbudowany po trzęsieniu ziemi i przypomina europejskie miasto. Różnicę stanowią stroje (mężczyźni chodzą w djellabach, a kobiety w burkach) oraz brak alkoholu w sklepach. Można go kupić w kilku restauracjach, ale cena jest bardzo wysoka. Trzeba się liczyć z tym, że dostaniemy wino w filiżance do kawy, by nie urazić uczuć religijnych autochtonów.

Postanawiamy zwiedzić Essaouirę, niewielkie miasto portowe, w którym zachowały się mury obronne i stara twierdza. Aby przejechać 150 km, wypożyczamy dwa samochody. Prowadzenie auta w Maroku to dość trudna, przynajmniej na początku, czynność. Kierowcy nie wiedzą, do czego służy kierunkowskaz, a o zasadach ruchu drogowego mają nikłe pojęcie. Ich wozy mają różnego rodzaju zwarcia: świecące światła stopu, kierunkowskazy, włączone w dzień światła przeciwmgielne. Porozumiewają się między sobą za pomocą trąbienia, migania światłami oraz wystawianych za szybę auta rąk.

Docieramy do Essaouiry. Port jest jedną z jej głównych atrakcji. Wypełniony jest niezliczoną ilością łódeczek pomalowanych na niebiesko. Souk, czyli targ, oferuje przede wszystkim świeże ryby, skorupiaki, a także małe rekiny. W krętych i ciasnych uliczkach mediny (starego miasta) wypełnionych różnorodnymi kramami i stoiskami, każdy znajdzie coś dla siebie. Wybór jest przeogromny, od chust i apaszek, po ręcznie robioną biżuterię, na przyprawach skończywszy. Te ostatnie polecam, ich aromat do tej pory utrzymuje się w kuchennej szafce. Przyglądamy się stoiskom, a naszą uwagę przykuwa sklep mięsny: ogromne tusze, krowie łby, kurczaki leżą prosto na ulicy. Śmiejemy się, że sanepid miałby tu używanie.

Po zakupach wracamy do Agadiru. Przyglądamy się mijanym miasteczkom. Marokańskie domy stanowią osobliwy widok. Wyglądają na opuszczone. Ludzie do późnych godzin nocnych przebywają na zewnątrz i nie spieszą się z powrotem do domu. Po ulicach biegają dzieci, bezpańskie psy i koty. Zwierzęta rzadko traktuje się jak domowych pupili. Domowe to takie, które zarobi na swoje utrzymanie: owca, koza, krowa czy wielbłąd.