Rok temu rozmawiałyśmy z Magdaleną Bożydar (dawniej Borzyszkowską) przede wszystkim o rynku. O Koszalinie, który – jak podkreślała – powinien coraz odważniej komunikować się językiem inwestorów, o zmieniających się potrzebach klientów oraz o potencjale lokalnego rynku nieruchomości, który wciąż pozostawia przestrzeń do świadomego i jakościowego rozwoju. Wówczas KRUDO było w fazie intensywnej ekspansji: nowa siedziba, rosnący zespół i coraz szerzej rozwijane kompetencje. Dziś firma wygląda inaczej. Nie dlatego, że zwolniła, ale dlatego, że dojrzała. Największa zmiana wydarzyła się bowiem nie na rynku, lecz wewnątrz niej, a także w sposobie myślenia o biznesie.
KRUDO działa dziś w bardziej kameralnym, wyspecjalizowanym modelu. Zespół jest mniejszy, ale bardzo spójny, a współpraca z klientami – bardziej selektywna. Magdalena świadomie odchodzi od przekonania, że rozwój firmy musi oznaczać kolejne stanowiska, większą strukturę i rosnącą liczbę obsługiwanych nieruchomości. Coraz częściej ufa intuicji. Zamiast skali wybiera jakość, relacje, zaufanie i wysoki standard obsługi.
Jej historia pokazuje również inną stronę przedsiębiorczości: moment, w którym sukces przestaje być mierzony wyłącznie liczbami, a zaczyna oznaczać możliwość świadomego decydowania, z kim, jak i na jakich zasadach chce się pracować. Opowieść o biznesie niespodziewanie staje się więc rozmową o samoświadomości, odpowiedzialności i odwadze, by czasem zamiast przyspieszyć – zmienić kierunek.
Kiedy rozmawiałyśmy rok temu, KRUDO było w momencie mocnego rozwoju. Dziś firma wygląda inaczej. Co się wydarzyło?
Zmieniłam się przede wszystkim ja. Przez lata pracy w bankowości nauczyłam się funkcjonować w środowisku, w którym zmiana jest czymś naturalnym. To, co dziś działa doskonale, jutro może wymagać zupełnie nowego podejścia. Dlatego nigdy nie przywiązywałam się bezwarunkowo do jednego modelu działania.
W pewnym momencie zrozumiałam, że dalszy rozwój nie musi oznaczać zwiększania skali. Może oznaczać większą jakość, lepsze decyzje i bardziej świadomy dobór ludzi oraz projektów. Miałam duży zespół, wiele obowiązków i poczucie, że powinnam kontrolować niemal każdy element działalności. Z czasem zobaczyłam, że odpowiedzialność nie polega na kontrolowaniu wszystkiego, lecz na stworzeniu właściwego zespołu i obdarzeniu go realnym zaufaniem. Dziś wolę pracować z mniejszą liczbą osób, ale z ludźmi, których kompetencji, standardów i wartości jestem pewna. To pozwala nam zachować jakość, która w naszej branży jest dla mnie absolutnie kluczowa.

Czyli mniejszy zespół okazał się krokiem do przodu?
Zdecydowanie. Kiedyś patrzyłam na rozwój w bardzo klasyczny sposób: większy zespół, więcej klientów, większy obrót. Dziś wiem, że liczby są ważne, ale nie mogą być jedynym miernikiem sukcesu. W nieruchomościach sprzedajemy nie tylko metry kwadratowe. Klienci powierzają nam majątek, często dorobek wielu lat, a niekiedy decyzje związane z całym kolejnym etapem życia. To wymaga odpowiedzialności, wiedzy, dyskrecji i bardzo wysokiego standardu obsługi. Dlatego nie zależy mi na tym, żeby KRUDO było największym biurem. Zależy mi, żeby było biurem, które klient wybiera ze względu na jakość, kompetencje i zaufanie.
Ogromną wartością jest dla mnie również sposób, w jaki dziś pracujemy jako zespół. Nie funkcjonujemy jak grupa osób realizujących osobne cele. Wspieramy się, zastępujemy i bierzemy wspólną odpowiedzialność za klienta. Znam ten model również z własnego domu – bliskość, lojalność i naturalne poczucie, że można na siebie liczyć. Udało nam się przenieść tę jakość do firmy i uważam to za jeden z naszych największych sukcesów.
Co daje ci ta zmiana jako właścicielce firmy?
Najlepszym słowem jest chyba lekkość. Przez dużą część życia brałam na siebie ponadprzeciętnie dużo odpowiedzialności – za pracę, ludzi, dom, kolejne projekty. Jednocześnie studiowałam, regularnie jeździłam do Warszawy, rozwijałam firmę i wychowywałam dzieci. Przez lata funkcjonowałam w przekonaniu, że jeśli chcę mieć pewność, że coś zostanie zrobione dobrze, powinnam dopilnować tego osobiście. Dziś zarządzam inaczej. Nie dlatego, że stworzyłam jeszcze więcej procedur, ale dlatego, że nauczyłam się budować zespół oparty na kompetencjach, odpowiedzialności i zaufaniu. Paradoksalnie dopiero kiedy przestałam kontrolować każdy szczegół, zyskałam większy spokój i poczucie, że firma jest naprawdę dobrze zarządzana. Dla mnie to jeden z najważniejszych etapów dojrzewania jako przedsiębiorcy.
Skąd przyszła ta zmiana?
Przede wszystkim z pracy nad sobą i większej samoświadomości. Zaczęłam uważniej obserwować własne reakcje i zastanawiać się, dlaczego określone sytuacje tak mocno na mnie wpływają. Kiedyś, jeśli ktoś mnie zawiódł albo klient zachował się nieuczciwie, całą uwagę kierowałam na jego postępowanie. Dzisiaj nadal potrafię jasno stawiać granice i egzekwować swoje prawa, ale jednocześnie zadaję sobie inne pytanie: czego ta sytuacja może mnie nauczyć? Czy mogłam wcześniej zauważyć sygnały, lepiej skonstruować umowę, precyzyjniej określić zasady współpracy albo po prostu wcześniej powiedzieć „nie”?
To nie jest zdejmowanie odpowiedzialności z drugiej strony. To świadome szukanie tego obszaru, na który sama mam wpływ. Dzięki temu nawet trudne doświadczenia przestają być wyłącznie problemem, a stają się wiedzą, którą później wykorzystuję w biznesie.
Mówisz o rozwoju osobistym, ale także duchowym. Nie obawiasz się, że w świecie biznesu takie słowa mogą budzić dystans?
Nie mam potrzeby nikogo przekonywać do mojego sposobu patrzenia na świat. Przez wiele lat sama byłam osobą bardzo racjonalną, analityczną i nastawioną na fakty. Nadal taka jestem. Rozwój duchowy nie zastąpił u mnie wiedzy, doświadczenia ani chłodnej oceny sytuacji. Raczej poszerzył perspektywę. Moja droga do tego była bardzo osobista. Zaczęłam zadawać sobie więcej pytań, podróżować, poznawać ludzi o zupełnie różnych sposobach myślenia i przede wszystkim uważniej obserwować siebie. Z czasem zauważyłam, że im większą mam świadomość własnych emocji, reakcji i potrzeb, tym lepsze podejmuję decyzje – również zawodowe.
Dzisiaj nie potrzebuję już nieustannego działania ani udowadniania sobie, że potrafię zrobić jeszcze więcej. Sukces coraz częściej kojarzy mi się nie z tempem, ale z możliwością świadomego wyboru.

A przecież wcześniej należałaś raczej do osób, które szukały mocnych doświadczeń.
Zdecydowanie. Skakałam ze spadochronem, nurkowałam, nauczyłam się żeglować, zdobywałam kolejne uprawnienia. Cały czas musiało się coś dziać. Dziś nadal kocham przygodę i pewnie zawsze będę jej potrzebowała, ale nie potrzebuję już ciągłego bodźca.
Potrafię zatrzymać się, pobyć sama ze sobą i dobrze się z tym czuć. Co ciekawe, ta zmiana bardzo przełożyła się również na sposób, w jaki prowadzę firmę. Kiedy przestajesz podejmować decyzje pod presją ciągłego działania, zaczynasz znacznie wyraźniej dostrzegać rzeczy, które wcześniej ginęły w biegu.
Wspominasz często o intuicji. Przydaje się w nieruchomościach?
Oczywiście, choć dla mnie intuicja nie jest przeciwieństwem profesjonalizmu. Wręcz przeciwnie – często jest efektem doświadczenia. Po latach pracy z ludźmi pewne sygnały zauważa się bardzo szybko: sposób prowadzenia rozmowy, niespójności, oczekiwania klienta czy jego podejście do współpracy. Już podczas pierwszego spotkania często wiem, czy chcę podjąć się prowadzenia danej nieruchomości i czy nasze standardy są ze sobą spójne. Kiedyś miałam większą potrzebę przyjmowania niemal każdej oferty. Dziś wiem, że profesjonalizm polega również na umiejętności odmowy.
Nie każda nieruchomość musi znaleźć się w naszym portfolio i nie z każdym klientem musimy pracować. Jeżeli już podejmujemy współpracę, chcę mieć przekonanie, że możemy wykonać swoją pracę na poziomie, pod którym z pełną odpowiedzialnością podpiszę się nazwiskiem.
Ta intuicja zaczyna dotyczyć również samych nieruchomości?
Tak, choć podchodzimy do tego bardzo świadomie. Po latach pracy wiem, że nieruchomość to nie tylko metraż, lokalizacja i cena. Każda przestrzeń wywołuje określone emocje, a decyzje zakupowe – nawet te dotyczące bardzo dużych kwot – nigdy nie są wyłącznie matematyczne. Są wnętrza, do których wchodzimy i od razu czujemy się dobrze. Są też takie, które mimo świetnych parametrów nie budzą zainteresowania. Oczywiście w pierwszej kolejności analizujemy cenę, sposób prezentacji, grupę docelową, strategię sprzedaży i sytuację rynkową. To jest podstawa naszej pracy.
Jednocześnie interesuje mnie również mniej oczywisty wymiar przestrzeni. W naszym otoczeniu są osoby zajmujące się między innymi radiestezją czy pracą z energią miejsca. Jeżeli właściciel jest na takie spojrzenie otwarty, czasami korzystamy również z tej perspektywy. Nigdy nie przedstawiam tego jako metody sprzedażowej ani uniwersalnej odpowiedzi. Jest to po prostu jeden z dodatkowych elementów, którym można się przyjrzeć. Mieliśmy jednak nieruchomości, które przez długi czas nie mogły znaleźć nabywcy, a po takiej pracy sytuacja zaczynała się zmieniać. Czy ktoś nazwie to energią, zmianą nastawienia właściciela, przypadkiem, czy jeszcze inaczej – pozostawiam tę kwestię otwartą. Dla mnie najważniejszy jest rezultat i gotowość na szukanie rozwiązań.
To dość daleko od klasycznego biura nieruchomości.
Być może. Ale też nigdy nie zależało mi na tym, żeby KRUDO było klasycznym biurem nieruchomości. Nie rozdzielam już życia na osobne obszary: tutaj biznes, tutaj rozwój, relacje czy moje zainteresowania. Wszystkie doświadczenia w jakiś sposób wpływają na to, jak zarządzam firmą, rozmawiam z klientem i podejmuję decyzje.
Jednocześnie nauczyłam się czegoś bardzo ważnego: pomagać nie oznacza brać odpowiedzialność za wszystkich. Kiedyś miałam tendencję do ratowania ludzi i przejmowania ich problemów. Dziś rozumiem pomoc zupełnie inaczej – jako dawanie wiedzy, narzędzi i możliwości, ale pozostawienie drugiej osobie odpowiedzialności za jej własne decyzje. Pomoc dla mnie polega na tym, żeby ułatwić odzyskać jej własną moc. W biznesie jest podobnie. Rolą dobrego doradcy nie jest podejmowanie decyzji za klienta. Naszym zadaniem jest dostarczyć mu wiedzę, doświadczenie i możliwie najlepszą rekomendację, żeby mógł podjąć świadomą decyzję.
Czy zmieniło się także twoje spojrzenie na Koszalin? Rok temu mówiłaś sporo o tym, czego miastu brakuje.
Rynek nadal się rozwija. Mieszkania i domy się sprzedają, deweloperzy realizują kolejne inwestycje, a do Koszalina przeprowadzają się zarówno mieszkańcy mniejszych miejscowości, jak i osoby z większych aglomeracji czy wracające po latach z zagranicy.
Coraz wyraźniej widzę, że Koszalin ma atuty, których sami mieszkańcy czasami nie doceniają: skalę miasta, bliskość morza i natury, stosunkowo niewielkie odległości, a przede wszystkim komfort codziennego życia. W dużych miastach czas staje się jednym z najbardziej deficytowych dóbr. U nas nadal można mieć go więcej. Jako przewodnicząca Konwentu Wydziału Nauk Ekonomicznych Politechniki Koszalińskiej oczywiście dostrzegam problem odpływu młodych ludzi. Wielu z nich wybiera Warszawę, Trójmiasto czy inne duże ośrodki, bo widzą tam większe możliwości zawodowe. Jednocześnie spotykam coraz więcej osób, które po latach zaczynają inaczej definiować jakość życia.
Okazuje się, że sukces to nie tylko wysokość wynagrodzenia. To również czas, który zostaje po pracy, dostęp do natury, relacje, bezpieczeństwo i codzienność, której nie spędza się w korkach. I właśnie w tym widzę ogromny potencjał Koszalina.
A co z naszym odwiecznym marzeniem o tętniącym centrum Koszalina?
Tu wracam do czegoś, czego sama nauczyłam się w życiu i biznesie: warto zaczynać od siebie. Łatwo powiedzieć, że chcemy restauracji, miejsc spotkań, wydarzeń i tętniących życiem ulic. Ale każde takie miejsce potrzebuje ludzi, którzy rzeczywiście będą z niego korzystać. Czasem mam wrażenie, że jako mieszkańcy doskonale wiemy, czego w Koszalinie nam brakuje, ale trochę trudniej przychodzi nam odpowiedzieć na pytanie, czego naprawdę chcemy i co jesteśmy gotowi wspierać swoją obecnością.
Oczywiście druga część odpowiedzialności leży po stronie samego miasta i przedsiębiorców. Potrzebujemy spójnej koncepcji centrum, atrakcyjnej i różnorodnej oferty, wydarzeń, dobrej komunikacji i powodów, dla których ludzie będą chcieli tu przyjechać, zostać dłużej i wracać. Myślę więc, że tętniącego życiem centrum nie stworzy ani samo miasto, ani sami przedsiębiorcy, ani sami mieszkańcy. Ono może powstać dopiero wtedy, kiedy te trzy strony naprawdę się spotkają. Bo miasta ostatecznie nie tworzą budynki i ulice. Tworzą je ludzie i to, jak chcą w nich żyć.




















