STU 5077 Biznes
Fot. Katarzyna Rosołowska

Słowem wstępu

I znów wszyscy wracamy do szkoły. Tyle że każdy trochę inaczej. Jedni z tornistrem, drudzy z dziennikiem, kolejni z planem lekcji zapisanym w telefonie i kalendarzem, który od pierwszych dni września zaczyna przypominać logistyczną układankę na poziomie eksperckim. Uczniowie, nauczyciele, pracownicy oświaty, rodzice, dziadkowie, opiekunowie – pierwszy dzwonek ustawia rytm życia całych rodzin.

Rodzicielskie kompetencje również błyskawicznie się poszerzają. Od września znów zostajemy kierowcami, dostawcami zapomnianych zeszytów, kanapek i strojów na WF, korepetytorami, kucharzami, trenerami, domowymi psychologami, negocjatorami, organizatorami czasu i specjalistami od prania białych koszulek potrzebnych oczywiście „na jutro”. Próbujemy zapamiętać, w który wtorek jest angielski, kiedy basen, o której trening i dlaczego informacja o brystolu w formacie A3 zawsze pojawia się po zamknięciu sklepu papierniczego.

Jednym słowem: wrzesień ma na każdego z nas swój sposób.

Mniej zabawne robi się jednak wtedy, gdy za szkolną codziennością pojawia się napięcie. Trudno dziś nie zadać pytania, dlaczego w świecie, który tak szybko zmienił sposób, w jaki pracujemy, komunikujemy się i zdobywamy informacje, szkoła w wielu obszarach pozostaje wierna rozwiązaniom sprzed dziesięcioleci. Często nazywamy je „pruskim modelem edukacji”, choć precyzyjniej należałoby mówić o tradycyjnym modelu klasowo-lekcyjnym, którego część założeń wyrasta z XIX-wiecznej organizacji masowego szkolnictwa. Jeden nauczyciel, grupa uczniów w tym samym wieku, dzwonek wyznaczający czas, podział wiedzy na przedmioty, oceny, sprawdziany, jednakowe tempo pracy. System uporządkowany. Tylko czy nadal odpowiadający temu, co wiemy o uczeniu się, rozwoju, motywacji i różnorodności dzieci?

Polska edukacja od lat potrzebuje czegoś więcej niż kolejnego kosmetycznego retuszu. Pudrowanie programu, przesuwanie przedmiotów, dokładanie lub odejmowanie godzin nie rozwiązuje problemu, jeśli nie odpowiemy wcześniej na pytanie podstawowe: po co właściwie jest dziś szkoła? Czy ma przede wszystkim przekazywać wiedzę, którą młody człowiek może znaleźć w kilka sekund? Czy raczej nauczyć go rozumieć świat, odróżniać informację od manipulacji, współpracować, dyskutować, myśleć krytycznie, przegrywać bez poczucia klęski i pytać bez lęku, że pytanie okaże się „głupie”?

Pierwszy dzwonek powinien uruchamiać ciekawość. Coraz częściej uruchamia stres. Dzieci boją się ocen, rodzice wyników, nauczyciele przeciążenia, a wszyscy razem próbują sprostać systemowi, który lubi tabelki, średnie, rankingi i mierzalne rezultaty. Najwięcej autentycznego zachwytu szkołą zachowują chyba pierwszoklasiści. Jeszcze chcą wiedzieć, co kryje się w podręczniku, po co jest globus i jak wygląda prawdziwa lekcja. Tyle że nawet oni przychodzą do szkoły wyposażeni nie tylko w piórnik i tornister. Czasem niosą także nasze dorosłe lęki: „uważaj, bo zacznie się nauka”, „teraz już nie będzie tak łatwo”, „zobaczysz, ile będziesz mieć zadane”. Zanim przekroczą próg klasy, słyszą, że szkoła jest czymś, co trzeba przetrwać. Dlaczego więc, dysponując współczesną wiedzą o mózgu, emocjach, rozwoju i neuroplastyczności, wciąż tak kurczowo trzymamy się tego, co znamy? Nad edukacją pochylają się pedagodzy, psychologowie, socjologowie i badacze kultury. Warto jednak pytać głośniej, na ile ich wnioski docierają tam, gdzie zapadają decyzje. Reforma edukacji nie może przecież polegać wyłącznie na przestawianiu elementów tego samego mebla. Być może czas zaprojektować go od nowa.

Dlatego edukacja przewija się również przez wrześniowe wydanie „Prestiżu”. Nie zawsze w oczywistym znaczeniu. Bo uczymy się przecież znacznie dłużej niż do ostatniego szkolnego dzwonka.

O jednym z takich nowych początków rozmawiamy z Przemysławem Majewskim. Raper, autor i przedsiębiorca właśnie zadebiutował na scenie Teatru Dialog w „Emigrantach” Sławomira Mrożka. Po czterdziestce zrozumiał, że aktorstwo jest kierunkiem, który chce potraktować poważnie. Uczy się, ćwiczy, pracuje nad warsztatem i świadomie poszerza swoje możliwości. W jego historii imponuje mi szczególnie jedno: brak przekonania, że na coś jest już za późno. Bo być może jedna z najważniejszych rzeczy, których powinniśmy uczyć dzieci, brzmi właśnie tak: człowiek nie musi raz na zawsze wiedzieć, kim będzie.

Podobną lekcję daje Barbara Żmuda-Trzebiatowska. Zafascynowana Turcją, nie zatrzymała się na wakacyjnych zachwytach. Zaczęła uczyć się języka, poznawać kulturę, wracać, rozmawiać z ludźmi, coraz lepiej rozumieć kraj, który ją zaintrygował. Z ciekawości zrobiła projekt własnego życia. I to jest dla mnie edukacja w najpiękniejszej postaci – wiedza, która zaczyna coś zmieniać.

Rodzicom natomiast, którzy wraz z rozpoczęciem roku szkolnego wracają do jednego z najbardziej uporczywych pytań ludzkości, czyli „co dziś zrobić na obiad?”, polecam materiał dietetyczki Agnieszki Kobalczyk-Rohde. Przyglądamy się w nim zmianom w myśleniu o żywieniu dzieci oraz założeniom diety planetarnej. Co powinno trafiać na szkolny talerz i do śniadaniówki? Jak pogodzić zdrowie dziecka, przyzwyczajenia całej rodziny i troskę o środowisko? I gdzie kończy się rozsądna rekomendacja, a zaczyna dyskusja o wolności wyboru? Temat zdecydowanie większy niż kanapka z serem.

Wchodzimy więc we wrzesień z zeszytami, kalendarzami, pudełkami śniadaniowymi i całym arsenałem rodzinnej logistyki. Trochę zmęczeni już na starcie, ale jednak ciekawi tego, co przyniesie kolejnych dziesięć miesięcy.