Wystarczyło pokazać dobrze znaną ulicę w innej odsłonie, odświeżyć elewację kamienicy, otworzyć podwórze, zapalić neon albo nadać nowe życie budynkowi, obok którego tysiące Koszalinian przechodzą niemal bezwiednie. Profil FB „Koszalin odnowa” bardzo szybko przestał być jedynie miejscem publikowania efektownych wizualizacji. Pod postami rozpoczęła się rozmowa o mieście – momentami emocjonalna, często sceptyczna, pełna wspomnień, ale przede wszystkim pokazująca, że mieszkańców naprawdę obchodzi to, jak Koszalin wygląda i dokąd zmierza.
Za projektem stoi Michał Sikora. Nie proponuje gotowych projektów architektonicznych i nie twierdzi, że zna jedyną receptę na miasto. Woli uruchamiać wyobraźnię. Bo zanim cokolwiek się zmieni, ktoś musi dopuścić myśl, że może wyglądać inaczej.

Skąd wziął się „Koszalin odnowa”?
Ten pomysł chodził za mną kilka lat. Początkowo myślałem o zestawianiu dawnego Koszalina ze współczesnym – przedwojennych kamienic z obecną tkanką miejską. Szybko jednak zrozumiałem, że nie chcę budować tego profilu na zdaniu: „kiedyś to było”. Historia jest ważna, ale miasta nie można bez końca oglądać przez lusterko wsteczne. Bardziej interesuje mnie pytanie: gdzie chcemy być za dziesięć, piętnaście czy dwadzieścia lat?
Pamiętam internetową dyskusję sprzed lat. Ktoś napisał, że będzie kilka godzin w Koszalinie i zapytał, co warto zobaczyć. Najpopularniejsza odpowiedź brzmiała mniej więcej: „sprawdź, o której odjeżdża najbliższy pociąg”. To było zabawne, ale jednocześnie smutne, bo podobne opinie słyszę od lat: że Koszalin jest dziurą, że tutaj nic się nie dzieje, że niczego ciekawego nie da się zrobić. Głęboko się z tym nie zgadzam. Uważam, że miasto ma duży, niewykorzystany potencjał. A jego najlepszymi ambasadorami powinni być mieszkańcy. Jeśli sami bez przerwy będziemy mówić, że tutaj nic nie ma, trudno oczekiwać, że inni zobaczą Koszalin inaczej.
Czyli te wizualizacje są bardziej początkiem rozmowy niż gotową receptą?
Dokładnie. Nie traktuję tego jako profilu architektonicznego. Bardziej interesuje mnie marketing miejsca i to, jak myślimy o Koszalinie jako o marce. Render nie zmieni miasta, ale może stać się przecinkiem w rozmowie. Jeżeli ktoś po raz tysięczny przejedzie obok zaniedbanego budynku i po obejrzeniu wizualizacji pomyśli: „racja, przecież tutaj rzeczywiście mogłoby coś być”, to dla mnie już jest wartość.
Ludzie często oczekują konkretu; skoro pokazujesz zmianę, to powiedz dokładnie, co ma tutaj powstać. Tymczasem restauracja widoczna na wizualizacji ulicy Grunwaldzkiej nie oznacza, że właśnie restauracja jest jedynym właściwym rozwiązaniem. Pokazuję potencjał przestrzeni. Chcę otworzyć drzwi do kolejnych pomysłów. W pracy nad kreatywnymi projektami zaczyna się często od burzy mózgów. Nikt nie oczekuje wtedy, że pierwsza myśl będzie ostatecznym rozwiązaniem. Dokładnie tak traktuję „Koszalin odnowa”. Ktoś spojrzy na moją wersję elewacji i powie: granat mi nie pasuje, zrobiłbym ją w ciemnym brązie. Świetnie. To znaczy, że już przestał patrzeć na ten budynek jak na coś niezmiennego.
Komentarze pokazują, że Koszalinianie chcą o mieście rozmawiać.
Bardzo. I właśnie to było dla mnie największym zaskoczeniem. Pod postami pojawia się kilka charakterystycznych grup komentarzy. Pierwsza to proste: podoba mi się albo nie. Naturalne, bo estetykę oceniamy przez własny gust i doświadczenia. Znacznie ciekawsze są jednak historie osobiste. Ktoś pisze, że w tej kamienicy mieszkała jego babcia, ktoś inny pamięta sklep albo lokal, którego dawno nie ma. Nagle budynek przestaje być tylko bryłą.
Jest też grupa sceptyków. Często są to przedsiębiorcy, którzy patrzą na pomysł przez doświadczenie prowadzenia biznesu i mówią: restauracja się tutaj nie utrzyma, taka działalność nie będzie rentowna. I to są wartościowe uwagi. Tyle że ja nie sprzedaję funkcji. Staram się pokazać możliwość. Najbardziej interesują mnie komentarze ludzi, którzy mówią: ja widziałbym to zupełnie inaczej – i potrafią wyjaśnić dlaczego. Nie mam monopolu na wiedzę ani ambicji stworzenia jedynej słusznej wizji Koszalina. Cieszy mnie sam fakt, że ktoś zaczyna się zastanawiać.


A jednak przy każdej odważniejszej propozycji szybko pojawia się argument pt. „u nas to się nie uda”.
To jest chyba jedna z największych blokad. Bardzo często patrzymy na przyszłość przez pryzmat wcześniejszych niepowodzeń. Ktoś kiedyś czegoś próbował i była słaba frekwencja, jakiś lokal się zamknął, jakaś inicjatywa nie wypaliła, więc wyciągamy wniosek, że już nigdy nie warto próbować. Mam takie proste zdanie: pesymizm hamuje rozwój. Jeżeli będziemy robić ciągle to samo, trudno oczekiwać innych rezultatów.
Oczywiście nie chodzi o bezmyślne kopiowanie rozwiązań z innych miast. Kiedy gdzieś działa kolejka, marina czy konkretna atrakcja, nie należy mówić: zbudujmy identyczną w Koszalinie. Trzeba najpierw zapytać, dlaczego ona tam działa. Czy jest samodzielną atrakcją? Czy prowadzi do miejsca, które oferuje coś więcej? Kto z niej korzysta? Co sprawia, że ludzie przyjeżdżają? Dopiero później można zastanowić się, czy da się podobny mechanizm dostosować do naszych warunków. Słowem kluczem jest adaptacja, nie kopiowanie.
Czego najbardziej brakuje dziś Koszalinowi?
Długofalowego myślenia. Strategia nie może być dokumentem, który przygotowujemy dlatego, że samorząd powinien ją mieć. Trzeba wiedzieć, czym Koszalin chce być. Dla mieszkańców, dla ludzi, którzy tutaj przyjadą do pracy, dla przedsiębiorców, dla osób odwiedzających region. Ciągle mówimy, że najpierw potrzebujemy miejsc pracy. Zgoda. Tylko wyobraźmy sobie, że strefa gospodarcza się rozwija, powstają kolejne firmy i przyjeżdżają ludzie. Co chcemy im zaproponować poza pracą? Mają wynająć mieszkanie od poniedziałku do piątku, a każdy weekend spędzać w swoim rodzinnym mieście, bo tutaj nie znajdują niczego dla siebie? Czy zależy nam, żeby po kilku latach pomyśleli: chcę zostać w Koszalinie?
Żeby wybrali drugą opcję, miasto musi dawać powody do pozostania. Powinno być estetyczne, mieć ofertę kulturalną, rozrywkową, dobrze zaprojektowaną przestrzeń publiczną. Nie sprowadzajmy tego do liczby restauracji. Miasto jest całym systemem doświadczeń. Dlatego zamiast pytać wyłącznie, co zbudujemy za rok, powinniśmy czasami postawić dużo poważniejsze pytanie: gdzie widzimy Koszalin w 2050 roku?
Co w wyglądzie miasta przeszkadza ci najbardziej?
Reklamoza. I mówię to jako osoba, która doskonale zna mechanizmy reklamy. Nośniki mogą być częścią miasta i nie muszą go oszpecać. Tymczasem mamy ogromną przypadkowość szyldów, banerów, tablic, kolorów. Każdy komunikuje się inaczej i nikt nie pilnuje wspólnego porządku. W wielu miastach ścisłe centra są już standaryzowane. Szyldy mają określone formaty, reklamy wpisują się w elewacje, nawet wielkie sieci potrafią stosować bardziej stonowane oznaczenia. Nie chodzi o likwidowanie reklam, tylko o podniesienie ich poziomu.
Druga rzecz to pastelowe osiedla. Przez lata przyjęliśmy, że blok trzeba pomalować na kilka kolorów, dorzucić prostokąty, pasy i geometryczne podziały. Efekt często jest przypadkowy. Bryła staje się cięższa, zamiast lżejsza. A przecież nawet prostą architekturę można uporządkować kolorem, materiałem czy rytmem elewacji.
I tu pojawia się jeszcze szerszy problem – edukacja estetyczna. Na szczęście ona dzieje się dziś również poza szkołą. Ludzie oglądają dobrze zaprojektowane wnętrza, miasta, filmy, grafiki, media społecznościowe. Nawet nieświadomie wyrabiają sobie gust. Dlatego pod tym względem patrzę na przyszłość optymistycznie.

Na wizualizacjach często pokazujesz zmiany, które wcale nie wymagają wielkich inwestycji.
To mój celowy zabieg. Nie chcę projektować Koszalinowi rozwiązań, które mają zerowe szanse realizacji. Czasem naprawdę wystarczy wyczyścić elewację, uporządkować przewody, wymienić stolarkę, przywrócić detal, dobrze zaprojektować szyld. Nie zmieniam bryły budynku, a efekt potrafi być ogromny. To też pokazuje, jak łatwo przyzwyczajamy się do rzeczy, które mamy przed oczami codziennie. Po pewnym czasie przestajemy je widzieć. Zaniedbana kamienica staje się po prostu fragmentem drogi do pracy. Dopiero wizualizacja pozwala spojrzeć na nią drugi raz.
Większość ludzi nie ma wyobraźni przestrzennej na takim poziomie, żeby po samym opisie zobaczyć zmianę. Możesz powiedzieć: odnowimy elewację, zmienimy kolor parteru, dodamy światło i uporządkujemy szyldy – i nic się nie wydarzy. Kiedy pokażesz obraz, pomysł staje się namacalny.
W reakcjach mieszkańców widać też dużą nostalgię za dawnym Koszalinem.
Tak, i ona jest ciekawa, dopóki nie staje się hamulcem. Lubię przemycać na wizualizacjach drobne odniesienia do miasta, które pamiętam – miejsca czy symbole ważne dla Koszalinian. To są takie moje małe easter eggi. Historia może budować emocje i tożsamość. Problem zaczyna się wtedy, kiedy nostalgia zamienia się w przekonanie, że skoro czegoś już nie ma, to współczesność zawsze będzie gorsza. Dawnego rynku nie odbudujemy w jego pierwotnej formie. Możemy natomiast zastanawiać się, jak stworzyć dobre centrum dzisiaj.
Koszalin ma specyficzną historię i przez lata wracało pytanie o lokalną tożsamość. Tylko że jesteśmy tutaj już kolejne pokolenia. Nie możemy bez końca funkcjonować jak ludzie tymczasowi. Ta przestrzeń jest nasza również w sensie odpowiedzialności.
Mieszkańcy rzeczywiście chcą mieć wpływ na miasto czy przede wszystkim chcą komentować?
To jest bardziej skomplikowane. Budżet obywatelski pokazuje oba zjawiska. Z jednej strony to bardzo dobra idea, bo mieszkańcy najlepiej wiedzą, czego brakuje na ich osiedlu. Urząd powinien ich słuchać. Z drugiej strony pojawiają się projekty, które dobrze wyglądają w momencie głosowania, a kilka lat później nikt z nich nie korzysta albo nie ma pieniędzy na ich utrzymanie. Czasami działa mechanizm: zgłosiliśmy pomysł, wygraliśmy, zrealizowano go – więc jesteśmy usatysfakcjonowani. Co wydarzy się później, przestaje być naszym problemem.
Dlatego przy takich projektach potrzebna jest filtracja. Czy pomysł jest wykonalny? Czy będzie użyteczny? Czy pozostanie potrzebny za pięć albo dziesięć lat? Czy dodaje przestrzeni jakąś funkcję? Sam fakt, że coś jest ładne, moim zdaniem nie wystarczy.
Sprawczość mieszkańców jest jednak niezwykle ważna. Miasto nie jest abstrakcyjnym urzędem. Miasto to również ludzie, którzy patrzą na swoją ulicę i zamiast wzruszyć ramionami, mówią: tutaj mogłoby być lepiej.


Które miejsca wywołują największą dyskusję na „Koszalinie odnowa”?
Zdecydowanie te, które dotyczą większych fragmentów miasta. Grunwaldzka, okolice dworca, plac przed ratuszem – kiedy publikuję takie wizualizacje, dyskusja natychmiast robi się znacznie szersza. Przy odnowionej kamienicy czy drzwiach ludzie napiszą: ładne, podoba mi się, zrobiłbym inny kolor. Przy całej ulicy zaczynają rozmawiać o funkcji centrum, ruchu samochodowym, usługach, historii, własności, pieniądzach.
Bardzo ciekawy był też temat Saturna. Chciałem sprawdzić, czy mieszkańcy są do tego budynku przywiązani. Okazało się, że wiele osób bez większego sentymentu dopuściłoby jego zburzenie. Takie reakcje są interesujące, bo czasem z góry zakładamy, że społeczność czegoś nie zaakceptuje. Tymczasem warto ją po prostu zapytać.
Podobnie jest z pustostanami. Możemy latami czekać na idealnego inwestora, który odtworzy wszystko dokładnie według historycznego wzoru, albo dopuścić rozsądne kompromisy, zachować charakter obiektu i dać mu nowe życie. Jestem bliższy drugiemu podejściu. Budynek, który niszczeje przez dwadzieścia lat, nie staje się bardziej wartościowy tylko dlatego, że niczego w nim nie zmieniliśmy.
Czy w Koszalinie widzisz zmiany, które idą w dobrym kierunku?
Oczywiście. Chcę, żeby to wybrzmiało, bo krytyka nie oznacza, że uważam wszystko za złe. Doceniam rewitalizacje kamienic, zmiany na ulicach, zwężenie Zwycięstwa, nowe nasadzenia. Nie wszystkie rozwiązania są zgodne z moim gustem, ale ważne jest, że ktoś zobaczył problem i próbuje coś z nim zrobić. Podoba mi się filharmonia, choć mam uwagi do sposobu starzenia się części materiałów. Jest w Koszalinie kilka dobrych współczesnych budynków. Problem polega raczej na tym, że wciąż jest ich za mało. Kiedy patrzę na realizacje z dużo mniejszych miast, widzę, że nawet mieszkalnictwo społeczne potrafi być projektowane z większą ambicją. U nas zbyt często zadowalamy się poziomem poprawnym.
A miasto nie musi być wybitne w każdym miejscu. Potrzebuje jednak kilku rzeczy, które budują jego charakter i sprawiają, że można powiedzieć: to jest Koszalin.
Chcesz, żeby z internetowej dyskusji wyniknęło kiedyś coś więcej?
Nie zakładałem profilu po to, żeby budować własną rozpoznawalność. Dlatego od początku zależało mi na odsunięciu swojej osoby na dalszy plan. Nie mam też ambicji politycznych. Interesuje mnie miasto i rozmowa o jego przyszłości. Jeżeli któryś z pomysłów zainspiruje kogoś w urzędzie, inwestora czy właściciela budynku – świetnie. Jeżeli grupa ludzi spotka się przy piwie i zacznie dyskutować, czy Grunwaldzka powinna wyglądać inaczej – też świetnie.
Być może kiedyś wokół tej rozmowy powstanie jakaś grupa czy stowarzyszenie. Nie wykluczam tego. Na razie założyłem sobie sto publikacji i mam materiał, żeby ten plan zrealizować. Większość nie będzie spektakularnymi przebudowami. Czasem będzie to elewacja, mała architektura, detal. Co kilka postów pojawi się większy temat, który mocniej prowokuje do rozmowy, bo właśnie na tym najbardziej mi zależy. Nie na tym, żeby ludzie powiedzieli: „Ma rację”. Chciałbym, żeby patrząc na Koszalin, częściej zadawali sobie pytanie: dlaczego właściwie musi wyglądać dokładnie tak jak dzisiaj?
Miasto zaczyna się zmieniać dużo wcześniej niż pojawi się pierwsza koparka. Najpierw ktoś musi dostrzec zaniedbaną kamienicę, pusty plac, zapomniany budynek. Potem wyobrazić sobie inną wersję tego miejsca. Następnie powiedzieć o niej komuś obok. Właśnie w tej krótkiej chwili pomiędzy przyzwyczajeniem a pytaniem „a gdyby tak…?” zaczyna się „Koszalin odnowa”.



















