Zaczęło się od kilku zakładowych drużyn i ludzi zafascynowanych koszykówką. Pięćdziesiąt lat później Koszalińska Amatorska Liga Koszykówki skupia blisko pół tysiąca zawodników, rozgrywa setki spotkań w sezonie, a jej zasięg dawno wykroczył poza granice Koszalina. W 2026 roku KALK obchodzi półwiecze istnienia – jubileusz wyjątkowy także dlatego, że liga przetrwała wszystkie zmiany, jakie przez ten czas przeszło miasto i lokalny sport. Znikały zakłady pracy i ich drużyny, zmieniały się realia gospodarcze, powstawały i upadały kluby, kolejne pokolenia zawodników wchodziły na parkiet, a KALK wciąż gra.
Pięćdziesiąte urodziny będą okazją do przypomnienia ludzi, którzy tworzyli ligę, drużyn budujących jej legendę i historii, które po latach stały się środowiskowymi anegdotami, a niekiedy niemal miejskimi legendami. Jubileusz rozpocznie się 18 września o godz. 16.00 odsłonięciem pamiątkowej tablicy przy wejściu do hali ZOS Koszalin przy ul. Głowackiego. O godz. 16.45 w sali kinowej Koszalińskiej Biblioteki Publicznej odbędzie się uroczysta gala – wieczór wspomnień, spotkań i wzruszeń. Dzień później jubileusz wróci tam, gdzie historia KALK-u pisze się od pół wieku – na parkiet. 19 września o godz. 16.30 w hali ZOS rozegrany zostanie specjalny mecz Wschód–Zachód, któremu towarzyszyć będą konkursy i nagrody.

„Zakładówka”
Rok 1976. Koszalin wygląda zupełnie inaczej niż dzisiaj, a sport organizuje się przede wszystkim przy szkołach, klubach i zakładach pracy. Bolesław Czerniachowicz i Romuald Subel wpadają na pomysł stworzenia zakładowej ligi koszykówki. Początkowo rywalizuje w niej osiem-dziesięć zespołów reprezentujących miejscowe przedsiębiorstwa. Mecze odbywają się w hali KOSiR-u przy ul. Głowackiego. Od początku nie jest to jednak przypadkowe granie po pracy. Są sędziowie, tabele, regulamin i sportowa ambicja. W zespołach mogą występować również zawodnicy grający na co dzień w klubach, dlatego poziom rozgrywek od pierwszych sezonów jest wysoki.
Bolesław Czerniachowicz był działaczem, sędzią, absolwentem poznańskiej AWF i przez dwadzieścia lat pracownikiem Koszalińskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Organizował spartakiady dzieci i młodzieży, angażował się w rozwój koszykówki akademickiej, działał w AZS Koszalin, a od 1977 roku również przy rozgrywkach ligi. Za swoją działalność został uhonorowany między innymi medalem im. Janusza Kusocińskiego oraz srebrną honorową odznaką Polskiego Związku Koszykówki.
Romuald Subel urodził się w Wilnie i tam, jeszcze w szkole, zetknął się z koszykówką. Po wojnie trafił do Wałcza, gdzie organizował i reprezentował Junaka Wałcz, a później współtworzył Ośrodek Przygotowań Olimpijskich. W latach 60. przeniósł się do Koszalina i do końca życia zawodowo pozostał związany ze sportem. To on należał do inicjatorów ligi zakładowej, z której wyrósł dzisiejszy KALK.
Przełom lat 80. i 90. zmienił rzeczywistość, w której funkcjonowała liga. Duże państwowe przedsiębiorstwa zaczęły się dzielić i restrukturyzować, część została zamknięta. Wraz z nimi z parkietu znikały zakładowe drużyny. Zawodnicy nie chcieli jednak rezygnować z grania. Organizowali zespoły samodzielnie, szukali lokalnych patronów i sponsorów. Dawna „zakładówka” stopniowo przeobrażała się w ligę, którą znamy dzisiaj.
Organizację rozgrywek przejęło stowarzyszenie AMSPORT, a liga otrzymała nazwę Koszalińskiej Amatorskiej Ligi Koszykówki. Drużyny zmieniały szyldy, pojawiały się i znikały, czasem z sezonu na sezon. Na parkiecie spotykali się amatorzy oraz gracze z klubową przeszłością. Zmieniały się także osoby odpowiedzialne za prowadzenie rozgrywek. Wiesław Derdoń, Zbigniew Lew, Krzysztof Jabłoński, Krzysztof Stosio, Jacek Czubak, Maciej Zawadzki, Jarosław Kuć – lista nazwisk jest długa, a każdy dopisał do historii KALK-u własny rozdział.
Jarosław Kuć, dziś prezes zarządu AMSPORT, zna ligę niemal z każdej strony. Grał w niej jeszcze w latach 80. i 90., później prowadził własną drużynę, został trenerem, następnie sędzią, aż w końcu znalazł się w gronie ludzi odpowiedzialnych za całe rozgrywki.
– Poznałem KALK od kuchni, a dzięki temu zobaczyłem go trochę trójwymiarowo. Wiedziałem, czego potrzebują drużyny, jakie problemy mają sędziowie i z czym mierzą się organizatorzy – mówi.
To doświadczenie okazało się szczególnie potrzebne około piętnastu lat temu, kiedy liga znalazła się w trudnym momencie i jej dalsze funkcjonowanie stanęło pod znakiem zapytania. Były solidne fundamenty i wieloletnia tradycja, ale zmieniły się realia. KALK potrzebował unowocześnienia, czytelniejszych zasad, a przede wszystkim większej transparentności w prowadzeniu i zarządzaniu rozgrywkami.
– Zebraliśmy się w kilku i zaczęliśmy od prób i błędów. Od tamtej pory właściwie co roku coś modernizujemy, dodajemy i poprawiamy – mówi Jarosław Kuć.
Liga zaczęła działać bardziej systemowo. Uporządkowała regulaminy, rozwinęła komunikację i marketing, budowała wiarygodność wobec zawodników, miasta oraz biznesu. To właśnie wtedy możliwe stało się pozyskanie sponsora tytularnego. Został nim ATOM Webski Sklep – firma, która od początku tej współpracy pozostaje z KALK-iem i przez kilkanaście lat nie zmieniła się w tej roli. W świecie sportu, również tego zawodowego, taka ciągłość jest wartością samą w sobie.

KALK dziś. Liga, która zna swoich ludzi
Zawodnicy KALK-u nigdy nie tworzyli jednorodnej grupy. I być może właśnie dlatego liga przez pół wieku zachowała swoją żywotność. Grali w niej byli koszykarze klubowi, zawodnicy związani wcześniej z AZS-em, ludzie rozpoczynający przygodę z basketem dopiero jako dorośli, przedsiębiorcy, nauczyciele, pracownicy lokalnych firm czy studenci. W jej historii zapisały się nazwiska Leszka Dolińskiego, Krzysztofa Wierzbickiego, Sebastiana Balcerzaka, Grzegorza Arabasa, Łukasza Wichniarza czy Szymona Rducha. Swoje epoki miały także drużyny: Supon prowadzony przez Jarosława Kucia, CES Koszalin Jacka Czubaka, Betomex, a współcześnie choćby Boratyński Nieruchomości.
Pamięć w KALK-u nie kończy się wraz z ostatnim meczem zawodnika. Najważniejsze trofea noszą imiona Michała „Chasia” Zańczuka i Pawła Rogowskiego – ludzi związanych z koszalińskim basketem, którzy odeszli zdecydowanie za wcześnie. Liga przypomina w ten sposób kolejnym pokoleniom, że przed nimi byli inni, którzy dokładali do tej historii własne punkty, emocje i lata spędzone na parkiecie.
Współczesny KALK to już duży sportowy organizm. W trzech dywizjach gra blisko 500 zawodników, sezon trwa niemal dziesięć miesięcy, a w jego trakcie rozgrywanych jest około 400 spotkań, które odbywają się tylko w weekendy. Koszalin przyciąga zespoły i graczy ze Słupska, Kołobrzegu, Szczecinka, Białogardu, Karlina, Bobolic czy Bonina. Na parkiecie coraz częściej słychać również inne języki – grają Ukraińcy, Filipińczycy, Włosi, Peruwiańczycy i zawodnicy pochodzący z Bliskiego Wschodu.
Koszykówka w KALK-u nie jest też wyłącznie domeną mężczyzn. Grają kobiety, między innymi w Atomówkach. Trzy poziomy rozgrywek pozwalają znaleźć właściwe miejsce zawodnikom o bardzo różnym doświadczeniu i umiejętnościach. Nie trzeba mieć efektownego sportowego CV. Bywa, że ktoś zgłasza się indywidualnie, opisuje swoje wcześniejsze doświadczenia, a organizatorzy przekazują informację drużynom poszukującym zawodników. Kilka tygodni później nowa osoba ma już swój zespół i numer na koszulce.
Sposób prowadzenia ligi coraz bardziej przypomina zawodowe rozgrywki. Są tabele, szczegółowe statystyki, klasyfikacje indywidualne, play-offy, Puchar Ligi i Superpuchar. Wyniki oraz komunikaty szybko trafiają do internetu. Statystyki, wprowadzone około piętnastu lat temu, okazały się jednym z pomysłów, który wyjątkowo mocno chwycił.
– Pierwsze, po co wielu sięga po meczu, to właśnie statystyki. Analizują punkty, zbiórki, asysty – zauważa Maciej Zawadzki.
Czasami zawodnik niemal natychmiast wychwyci brak jednej asysty albo zaczyna liczyć, co konkretny występ zmienił w klasyfikacji. To drobiazg, który bardzo dobrze pokazuje skalę zaangażowania. Gra jest amatorska, podejście – już zdecydowanie nie.
Nie ma kontraktów ani premii za zwycięstwo, ale sportowa ambicja działa bez finansowej zachęty. Drużyny trenują w tygodniu, obserwują rywali, kompletują składy. Przed sezonem zaczyna się prawdziwe lokalne okno transferowe. Jedni szukają miejsca, w którym dostaną więcej minut, inni chcą wzmocnić zespół i wreszcie sięgnąć po tytuł.
– Ja chcę tego mistrza! – takie deklaracje organizatorzy słyszą zupełnie serio.
Dla obserwatora z zewnątrz może brzmieć to przesadnie, bo przecież stawką nie są pieniądze. Dla ludzi KALK-u mistrzostwo ma jednak realny ciężar. Jarosław Kuć przez lata obserwował zawodników Boratyński Nieruchomości, którzy regularnie ocierali się o finał i długo nie mogli wykonać ostatniego kroku. Kiedy wreszcie zdobyli tytuł, zobaczył zmianę również poza parkietem.
– Oni przez lata marzyli o mistrzostwie. Kiedy w końcu je zdobyli, zobaczyłem zupełnie innych ludzi. Zaczęli inaczej oddychać. Nabrali pewności siebie, dojrzeli – wspomina.
Ten sportowy głód łączy się z czymś znacznie trwalszym niż pojedynczy wynik. Część zawodników jest w lidze od kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat. Ludzie, którzy kiedyś przychodzili na Głowackiego jako uczniowie czy studenci, dzisiaj mają rodziny i nadal spotykają się przy tej samej linii bocznej. Ojcowie grają z synami, zdarzało się, że córka rywalizowała z ojcem, a dzieci zawodników w czasie przerw chwytają piłkę i próbują swoich pierwszych rzutów.
– Kiedy zakładałem drużynę, część chłopaków chodziła jeszcze do szkoły albo zaczynała studia. Niektórzy poznali się dopiero u nas. Dzisiaj są najlepszymi przyjaciółmi, mają rodziny, przeżyli razem kawał życia – mówi Jarosław Kuć.

Weekend na hali
Przez większą część roku soboty i niedziele mają w KALK-u własny rytm. Na trybunach hali przy Głowackiego pojawiają się żony, partnerki, dzieci, znajomi, byli zawodnicy i kibice, którzy po prostu lubią koszykówkę. Jedni wpadają na konkretny mecz, inni zostają na kilka kolejnych. Jeszcze kilkanaście lat temu zdarzały się spotkania rozgrywane przy niemal pustej hali. Dzisiaj publiczność stała się częścią ligowego krajobrazu.
Zmieniła nawet zachowania na parkiecie. Koszykówka jest grą kontaktową, więc emocji nie brakuje. Kiedy jednak komuś wyrwie się zbyt mocne słowo, z trybun potrafi paść: „Dzieci tu są”. Często wystarczy. Zawodnicy wiedzą, że patrzą na nich nie tylko przeciwnicy i sędziowie.
Charakterystyczny obraz można zobaczyć pod koniec sobotnich spotkań. Na parkiecie trwa ostatni mecz, na trybunach czekają partnerki i znajomi. Za chwilę zabrzmi syrena, zawodnicy zejdą do szatni, a potem cała grupa przeniesie się do miasta. Ligowy weekend trwa dalej, tylko już bez tablicy wyników.
Po finale sezonu ten zwyczaj urasta do rangi tradycji. Zawodnicy, ich rodziny i sympatycy spotykają się w pubach i barach. Świętują mistrzowie, ale również ci, którzy nawet nie otarli się o podium. Drużynowe granice znikają. Przy jednym stole siedzą ludzie, którzy jeszcze kilka godzin wcześniej walczyli o każdy centymetr parkietu. Wracają najlepsze akcje, sporne gwizdki i wydarzenia całego sezonu. Spotkania potrafią kończyć się nad ranem, a boiskowe animozje zazwyczaj znikają wraz z ostatnią syreną.
Mecz ma drugie dno
Kibic, który regularnie przychodzi na Głowackiego, z czasem przestaje widzieć wyłącznie wynik. Zna ludzi i ich historie. Wie, że jeden wrócił po ciężkiej kontuzji, inny przeszedł trudny czas w życiu prywatnym, ktoś chorował, został ojcem albo po kilku latach wrócił do Koszalina. Wtedy zwykłe wejście na parkiet nabiera dodatkowego znaczenia.
– Zdarza się, że siadamy gdzieś z boku na trybunach i rozmawiamy o życiu. Czasem człowiek przychodzi trochę jak do spowiedzi. Posłuchasz, podpowiesz coś. Znamy się tyle lat, że te relacje dawno wyszły poza koszykówkę – opowiada Jarosław Kuć.
Siłę środowiska najlepiej widać wtedy, kiedy ktoś potrzebuje pomocy. Liga angażuje się w akcje charytatywne, współpracuje z Koszalińskim Hospicjum im. Maksymiliana Kolbego oraz Zachodniopomorskim Hospicjum dla Dzieci i Dorosłych, wspiera lokalne wydarzenia sportowe, Trio Basket i inicjatywy związane z koszykówką 3×3.
Najbardziej widowiskowym przykładem pozostaje finał Pucharu Ligi połączony z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. Wtedy hala przy Głowackiego żyje nie tylko wynikiem meczu. Są licytacje, pełne trybuny i wysokie kwoty zbierane na wspólny cel. Rywale z parkietu wspólnie licytują, pomagają i angażują znajomych. Sport daje powód, żeby się spotkać, ale tego dnia staje się również narzędziem do zrobienia czegoś dobrego.

Pięćdziesięciolatek z energią trzydziestolatka
Pół wieku historii mogłoby ciążyć. W KALK-u działa raczej jak mocny fundament.
W ostatnich latach do ligi napływa coraz więcej młodych zawodników. Jeden przyprowadza następnego. Chcą rywalizacji, śledzą statystyki, komentują zdjęcia i materiały w mediach społecznościowych, interesują się transferami. Przychodzą z własnym językiem i sposobem przeżywania sportu. Starsi zawodnicy wnoszą doświadczenie. Liga dzięki temu nie zamyka się we wspomnieniach.
– KALK ma pięćdziesiąt lat, ale to nie jest liga starszych panów. Gdybym miał określić jej wiek przez to, jaka jest dzisiaj, powiedziałbym: może dwadzieścia pięć, trzydzieści lat. Ona cały czas ewoluuje – zaznacza Maciej Zawadzki.
Za tą dynamiką stoi ogrom pracy, którego podczas meczu właściwie nie widać. Organizacja około 400 spotkań oznacza dziesiątki telefonów, układanie i poprawianie terminarza, przesuwanie meczów, obsady sędziowskie, prowadzenie statystyk, strony internetowej i mediów społecznościowych. Do tego dochodzą rozmowy z władzami miasta, Zarządem Obiektów Sportowych i partnerami. Gdy zawodnicy po ostatnim meczu sezonu zaczynają myśleć o wakacjach, organizatorzy są już przy kolejnym.
To wszystko trudno byłoby utrzymać bez sponsorów. Szczególnie cenne jest to, że KALK-owi zaufały przede wszystkim firmy lokalne. Za ich nazwami stoją przedsiębiorcy, którzy znają środowisko, rozumieją jego skalę i czują potrzebę uczestniczenia w przedsięwzięciu łączącym setki mieszkańców.
– To relacja, z której obie strony mają korzyść – podkreśla Jarosław Kuć.
Dla lokalnej marki obecność przy KALK-u oznacza bardzo dużą rozpoznawalność wśród zawodników, ich rodzin, kibiców i sympatyków koszykówki. Sponsor nie jest tutaj odległym logotypem na banerze. Często jest człowiekiem znanym z miasta, prowadzącym firmę, z której usług sami zawodnicy korzystają. W drugą stronę działają specjalne promocje, rabaty i oferty przygotowywane dla społeczności ligi. Pieniądze i zaangażowanie lokalnego biznesu wracają więc do lokalnego środowiska, a sport tworzy sieć relacji daleko wykraczającą poza halę.
W tym właśnie tkwi jeden z najbardziej charakterystycznych elementów potencjału KALK-u: liga połączyła sport, lokalny biznes, miasto i kilkuset zawodników w społeczność, której interesy nie kończą się wraz z ostatnim gwizdkiem.
Za chwilę znów ktoś zmieni drużynę. Ktoś po raz pierwszy wybiegnie na parkiet, ktoś rozpocznie kolejny – być może dwudziesty – sezon. Ojciec poda piłkę synowi. Zawodnik pokłóci się z sędzią, a po meczu poda mu rękę. Na trybunach ktoś spotka człowieka, którego nie widział od kilku lat. Po finale rywale usiądą przy jednym stole.
I właśnie tak rozpoczyna się pięćdziesiąty sezon Koszalińskiej Amatorskiej Ligi Koszykówki.
Ligi amatorskiej już właściwie tylko z nazwy.




















