Przemysław Majewski zdążył już być raperem, autorem książki, aktorem filmowym, konferansjerem i przedsiębiorcą od ponad dwóch dekad związanym ze światem tatuażu. Grał dla wielotysięcznej publiczności, pojawiał się na dużych planach filmowych i w reklamach, a teraz po raz pierwszy stanął na deskach Teatru Dialog w „Emigrantach” Sławomira Mrożka w reżyserii Waldemara Miszczora. I paradoksalnie ten teatralny debiut nie wygląda w jego historii jak gwałtowny zwrot. Raczej jak kolejny krok człowieka, który od lat konsekwentnie sprawdza, dokąd jeszcze może dojść.
W rozmowie z Majewskim szybko znika pokusa, by opowiadać o nim językiem „nowego początku”. On nie zaczyna od zera. Przynosi na scenę doświadczenie koncertów, bokserską dyscyplinę, obycie z kamerą, dziesiątki castingów, cierpliwość wypracowaną na planach i tę szczególną gotowość, by wciąż uczyć się czegoś od początku. Najciekawsze jest jednak co innego: słuchając go, trudno odnieść wrażenie, że podsumowuje to, co już zrobił. Przeciwnie. Mówi jak ktoś, kto właśnie nabiera rozpędu i dopiero zaczyna sprawdzać, ile jeszcze może z tej drogi wyciągnąć.
Jak właściwie trafiłeś na scenę Teatru Dialog?
Trochę okrężną drogą. Wcześniej pomagałem przy jednym z wydarzeń hip-hopowych w naszym mieście. Poznałem osoby, które znają ludzi związanych z Dialogiem i gdzieś wtedy pojawiła się u mnie myśl, że chciałbym spróbować teatru. Szukałem jakiegoś punktu zaczepienia. Przez koleżankę dotarłem do pani Walentyny, która od wielu lat działa prężnie w Stowarzyszeniu Dialog, poszedłem na spotkanie. Pani Wala powiedziała mi o warsztatach, na które się udałem.
Byłem po dwóch czy trzech warsztatach, gdy reżyser Waldemar Miszczor powiedział, że będzie prawdopodobnie robił „Emigrantów” i zapytał, czy chciałbym spróbować. Dostałem fragment tekstu do przygotowania. Umówiliśmy się na próbę, miałem zapoznać się z tekstem i zdecydować, która postać bardziej by mi odpowiadała. Najwyraźniej ta próba wypadła dobrze, bo zaczęliśmy pracować nad spektaklem.

Pamiętasz moment, kiedy dotarło do ciebie, że to już nie warsztaty, tylko naprawdę zagrasz przed publicznością?
Tak. I nie ukrywam, że było to dla mnie duże wewnętrzne przedsięwzięcie. Film znałem już z planów, ale teatr to zupełnie inna sytuacja. W filmie masz duble, montaż, możesz powtórzyć scenę. Tutaj wychodzisz i wszystko dzieje się na żywo. Nie możesz zatrzymać spektaklu.
Słyszałem kiedyś takie powiedzenie starszych aktorów, że w filmie nawet małpa może zagrać, bo wszystko możesz powtórzyć i zmontować. Oczywiście jest w tym przesada, ale teatr rzeczywiście wydaje mi się bardzo wymagającą formą aktorstwa.
Co było najtrudniejsze przed premierą?
Chciałem być przygotowany najlepiej, jak się da. Mam takie podejście jeszcze z boksu. Jeśli chcesz dobrze wyprowadzać lewy sierpowy, powtarzasz go setki, tysiące razy. Z graniem jest podobnie. Im więcej czasu poświęcisz na przygotowanie, tym większy masz później spokój, lepiej się możesz wczuć w role.
Mam wypracowany sposób uczenia się scenariuszy, wchodzenia w role. Powtarzałem tekst codziennie albo co drugi dzień. Chodzi o to, aby znać go na tyle dobrze, żeby później na scenie nie szukać w głowie. Jeśli cały czas zastanawiasz się, co masz powiedzieć za chwilę, przestajesz być autentyczny.
W teatrze dochodzi jeszcze partner. Nie da się grać wyłącznie „swojego”.
Dokładnie. Trzeba słuchać i reagować. Może wydarzyć się coś nieprzewidzianego. Możemy zapomnieć tekstu. Wtedy trzeba zareagować, wyprowadzić scenę, czasem zaimprowizować. Tego też można się nauczyć. Dla mnie ważne jest również to, żeby pod słowami była emocja. Można powiedzieć tekst poprawnie, ale jeśli nic pod nim nie ma, widz to czuje. Staram się szukać w swoich doświadczeniach emocji pasujących do konkretnej sytuacji. Chciałem tu podziękować mojemu partnerowi Michałowi Stępniowi, z którym świetnie mi się współpracuje, reżyserowi Waldemarowi Miszczorowi i wszystkim ludziom Teatru Dialog, koleżankom i kolegom, którzy tworzą świetną atmosferę i super przestrzeń do tego żeby się rozwijać. Polecam każdemu to miejsce.
Dlaczego właśnie „Emigranci” tak cię zainteresowali?
Podobało mi się, że ta sztuka zostawia coś do myślenia. Nie wszystko jest dopowiedziane. Poza tym brakowało mi trochę teatru, w którym pojawiają się bohaterowie, w jakich można się rozpoznać.
Wiele spektakli idzie mocno w komedię albo opowiada historie bardzo odległe od codzienności ludzi w średnim wieku. Tutaj dostałem tekst, który ma znaczenie również dzisiaj. Emigracja, relacja między ludźmi, zależność, frustracja, samotność, różnice między nimi – to przecież nie są tematy zamknięte w czasie.

Sam masz doświadczenie pracy za granicą?
Niewielkie, ale mam. Byłem przez kilka miesięcy w Szwecji, pracowałem też krótko w Niemczech przy montowaniu stoisk targowych. I pamiętam bardzo dobrze relacje między ludźmi. Była grupa Polaków pracujących dla niemieckiego szefa i zdarzało się, że ludzie donosili na siebie, próbowali się nawzajem ustawiać. Widziałem takie napięcia.
Nie chcę powiedzieć, że na tym buduję całą rolę, ale aktor zawsze gdzieś szuka własnych punktów odniesienia.
Teatr pojawił się u ciebie stosunkowo późno. Aktorstwo filmowe zresztą też. Zaczynasz rzeczy w wieku, w którym inni raczej próbują już stabilizować życie.
Chyba jestem przyzwyczajony do tego, że wiele rzeczy zaczynałem później. Rapować zacząłem około dwudziestki. Boksować też później niż powinien ktoś, kto myśli o poważnych sukcesach sportowych. Aktorstwo filmowe pojawiło się u mnie około czterdziestki.
Nie mam poczucia, że trzeba wszystko zrobić w określonym wieku. Jeśli coś mnie interesuje, czuję to, to chcę spróbować. Oczywiście dziś wiem, że gdybym miał dwadzieścia lat i ten rozum, który mam teraz, pewnie poszedłbym do szkoły filmowej. Ale wtedy moje życie wyglądało inaczej.
Zanim pojawiło się aktorstwo, przez wiele lat był rap. Jak zaczęła się ta historia?
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Najpierw słuchałem rapu amerykańskiego, później trafiła do nas przegrana płyta „Skandalu” Molesty. Pomyśleliśmy wtedy z kolegą Gładym, że możemy spróbować sami.
Pierwsze nagrania robiliśmy domowym sumptem. Na jednej kasecie był podkład, na drugiej nagrywaliśmy głos. Potem zaczęły powstawać płyty, koncerty, teledyski. Grałem z różnymi ludźmi z cąłej Polski, nagrałem też płytę z zespołem Pampeluna oraz oczywiście ze świętej pamięci Onilem, czyli Grzegorzem Oniszczukiem. Muszę jednak szczerze powiedzieć, że nie zrobiłem w tym temacie wielkiej kariery. Czegoś zabrakło? A może to nie był dobry czas dla mnie. Nie chcę nawet tego analizować, bo mam poczucie, że to już za mną. Choć pięknie i ekscytująco stało się na scenie przy ponad 30-tysięcznej publiczności na terenach Stoczni Gdańskiej.

No właśnie, jednym z najbardziej oryginalnych projektów było połączenie rapu z muzyką dwudziestolecia międzywojennego.
To był projekt przygotowany z okazji stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Zostawiliśmy archiwalne refreny przedwojennych piosenek, producent muzyczny 101 Decybeli stworzył do nich bity, a ja dopisałem własne teksty odnoszące się do tematów poszczególnych utworów. Bardzo mi zależało na szczegółach. Zamówiłem nawet garnitury u krawca, szyte z materiałów używanych w dwudziestoleciu międzywojennym. Kręciliśmy teledyski w miejscach związanych z tamtym okresem, między innymi we Lwowie.
Projekt 100 tysięcy płyt na 100 lecie odzyskania Niepodległości w 95% sfinansowałem sam, bo wcześniej publicznie zapowiedziałem, że go zrobię. Skoro już powiedziałem, że powstanie, nie chciałem się wycofać. Jeździłem z nim po Polsce, rozdawałem płyty, grałem koncerty. Jedna z piosenek trafiła nawet do podręcznika języka polskiego dla piątej klasy.
Muzyka nadal jest ważna?
Tak, ale już inaczej. Mówię o sobie emerytowany raper, bo nie czuję potrzeby tworzenia tego, co robiłem kiedyś. Przynajmniej na razie. Tamta muzyka wynikała z buntu i z tego, kim wtedy byłem. Dzisiaj trudno byłoby mi pisać wiarygodnie o tych samych rzeczach.
Umiejętność została. Niedawno znowu nagrałem utwór, bo przygotowuje się do pewnego castingu w Warszawie i chciałem mieć materiał do pokazania. Jest zupełnie inny niż moja dawna muzyka – bardziej melancholijny, jazzowy. Rapuję, ale trochę też śpiewam. Dziś dla mnie rap i wszystkie doświadczenia z nim związane pomagają w pracy na scenie. Więc tak naprawdę nic straconego.
Jak z muzyki przeszedłeś do filmu?
Przy jednym z projektów muzycznych poznałem ludzi, którzy robili film krótkometrażowy. Zaproponowali mi małą rolę dyrektora kopalni. Miałem kilka zdań po śląsku. Na swoją scenę czekałem prawie do rana. Kiedy w końcu przyszła moja kolej, byłem potwornie zmęczony, ale weszła adrenalina. Zagrałem i bardzo mi się spodobało.
Później zapisałem się do agencji, zacząłem pojawiać się na planach. Przyszła pandemia, więc znalazłem warsztaty online. Coraz popularniejsze stały się self-tape’y i to bardzo pomogło komuś, kto mieszka w takim mieście jak my. Dzisiaj mogę nagrać pierwszy etap castingu tutaj i dopiero jeśli przejdę dalej, jadę do Warszawy. Czasami nawet po pierwszym etapie jest decyzja i jadę na zdjęcia.
Czyli miejsce zamieszkania nie zamknęło ci drogi do większych produkcji?
Nie. Oczywiście trzeba jeździć. Ale zagrałem już w wielu produkcjach, także zagranicznych. Byłem na zdjęciach w Berlinie, brałem udział w polsko-niemiecko-francuskiej produkcji inspirowanej „Ryszardem III” Szekspira. Grałem też role w polskich serialach. Ostatnio dostałem drugoplanową rolę w drugim sezonie przeboju Netflixa „Idź przodem, bracie”. Grałem na planie u Patryka Vegi, stworzyłem też postać mało rozgarniętego oprycha w serialu ,,Dzielnica strachu” i ,,Przepis na zbrodnie”, gdzie pojawiałem się na ekranach TV blisko trzy lata. Grałem także w serialu „Samen.pl” w Holandii – to komediowy serial o Polakach mieszkających na emigracji. Choć mam agencję, która mnie reprezentuje, to sam także lubię rozglądać się za ciekawymi projektami.
Boks okazuje się zaskakująco przydatnym elementem aktorskiego CV?
Bardzo. Jeśli ktoś naprawdę trenował, inaczej porusza się przed kamerą. Umie wyprowadzić cios, zrobić skręt, zachować się naturalnie w scenie walki. Jest w sztukach walki też sporo z choreografii. Ale boks dał mi jeszcze coś ważniejszego: konsekwencję. Wiem, że jeśli chcę coś zrobić dobrze, muszę nad tym pracować. Powtarzalność jest kluczem.
Dużo pracujesz nad aktorstwem poza planem?
Codziennie próbuję coś zrobić. Jeśli mam casting, uczę się sceny i nagrywam self-tape. Jeśli akurat nic nie przychodzi, biorę jakiś tekst i ćwiczę. Przez dłuższy czas miałem dostęp do wielu scenariuszy, bo grałem stałą postać w serialu. Oprócz własnych scen uczyłem się więc także tekstów innych bohaterów. Chciałem zwiększyć szybkość zapamiętywania. Czasem casting przychodzi wieczorem, a następnego dnia materiał musi być gotowy. Skończyłem też dwuletnią szkołę aktorską w Warszawie, jeździłem na warsztaty, między innymi związane z techniką Ivany Chubbuck. Ale bardzo dużo uczę się również bezpośrednio na planach. Mam często przyjemność spotykać wybitnych aktorów, wtedy podpatruję ich jak pracują. Ostatnio kilka dni zdjęciowych spędziłem z Cezarym Żakiem, miałem okazję grać w jednej ze scen z Janem Fryczem i wieloma aktorami, również młodego pokolenia, którzy dziś są na topie.

W castingach równie ważne jak sukces jest chyba przyzwyczajenie do odmowy.
To jest trudne. Jeśli dochodzisz daleko, jedziesz na kolejny etap i ostatecznie nie dostajesz roli, zwyczajnie jest ci przykro. Z czasem nauczyłem się jednak, że najlepiej wejść w następny projekt. Nie rozpamiętywać. Kiedy przychodzi kolejny casting, energia idzie już gdzie indziej. Jeden z moich nauczycieli ze szkoły aktorskiej mówił, że jeśli wychodzi jedna rola na dziesięć prób, to i tak jest dobrze.
Masz też własną działalność i dzięki temu nie musisz opierać całego życia finansowego na aktorstwie. To daje większą swobodę?
Ogromną. Od ponad dwudziestu lat prowadzę w Koszalinie studio tatuażu Kameleon. Udało mi się zorganizować je tak, że dziś pracują tam ludzie, którym mogę zaufać i nie muszę być przez cały czas na miejscu. Razem ze wspólnikiem rozwijamy też markę kosmetyków do tatuażu Tattoo Cream. Dzięki temu mogę pojechać na niezależny film nawet wtedy, kiedy nie ma za to wielkich pieniędzy. Niedawno znalazłem ogłoszenie młodych ludzi związanych z filmówką. Wypadł im aktor, główna rola, trzy dni przed zdjęciami. Scenariusz mnie zainteresował, więc po prostu pojechałem do Warszawy. Sam zapłaciłem za podróż i nocleg.
Dla mnie aktorstwo jest przede wszystkim pasją. Jeśli pojawiają się dobre pieniądze, świetnie. Ale nie od tego zaczynam decyzję, czy coś robić.
Twoje życie zawodowe jest dość mocno poukładane, a jednak stale dokładasz sobie kolejnych rzeczy. Po co?
Bo każda umiejętność może się przydać. Zacząłem jeździć konno, uczę się języków – angielskiego, rosyjskiego – bo chciałbym grać również za granicą. Mam za sobą udział w jednym krótkometrażowym filmie anglojęzycznym, w którym zagrałem jedną z głównych ról. Staram się rozwijać. Mam w sobie potrzebę uczenia się. Kiedyś nie byłem dobrym uczniem, skończyłem zawodówkę, później zaocznie zrobiłem liceum, aczkolwiek z powodu wspomnianego wcześniej wyjazdu za granicę nie podszedłem do matury. Dzisiaj zaczynam myśleć o zrobieniu matury, która może mi się przydać, aby pójść na studia. Im jestem starszy, tym bardziej widzę, że człowiek nie powinien przestawać się rozwijać.
A czego nauczył cię teatr, czego nie dała kamera?
Obecności. Na planie filmowym sporo rzeczy dzieje się wokół ciebie. Jest kamera, technika, powtórki. Teatr jest bardzo bezpośredni. Wychodzisz i publiczność patrzy właśnie na ciebie. Nie można się schować. Po premierze poczułem, że chciałbym to kontynuować i mam nadzieję, że pojawią się kolejne rzeczy.
Najbliższe spotkania z „Emigrantami” w Teatrze Dialog są więc dobrą okazją, żeby zobaczyć Przemysława Majewskiego właśnie w tym momencie jego historii – kiedy człowiek z wieloma scenicznymi i filmowymi doświadczeniami dopiero oswaja teatr i najwyraźniej nie zamierza na tym poprzestać.
Najbliższe spektakle „Emigrantów” już 17 i 24 września br. w Teatrze Dialog.




















