Schodzi do swojej pracowni jeszcze przed śniadaniem. Czasem w kapciach i szlafroku, z kubkiem kawy w dłoni. Włącza muzykę – raz spokojną, innym razem pełną energii. Wszystko zależy od nastroju. Za chwilę świat za drzwiami przestanie istnieć. Zostaną tylko igła, nitka, tkanina i cisza, która pozwala usłyszeć własne myśli.
– Haft jest moją terapią – mówi Agnieszka – to czas tylko dla mnie. Zapominam o problemach, o obowiązkach, o tym, co dzieje się wokół. Zostaje pełne skupienie i spokój.
Choć w pracowni stoją maszyny do szycia, to właśnie haft zajmuje w jej życiu miejsce szczególne. Szycie jest ważne, daje możliwości tworzenia, ale ręczne prowadzenie nitki po materiale ma w sobie coś więcej. To cierpliwość, precyzja i rytm, który uspokaja. Po latach Agnieszka potrafi haftować niemal odruchowo. Ręce wiedzą, co robić, a myśli mogą wędrować zupełnie gdzie indziej.
Droga do tego miejsca nie była jednak oczywista.
– Bardzo późno odnalazłam siebie w tej roli, w której jestem teraz – przyznaje.
Twórczość towarzyszyła jej od dzieciństwa. W domu zawsze ktoś coś tworzył. Ojciec znakomicie rysował, podobnie jak jego brat. Nie było wtedy zestawów kolorowych kredek ani łatwego dostępu do materiałów plastycznych. Rysowało się tym, co było pod ręką, najczęściej zwykłym długopisem, i tak samo robiła mała Agnieszka.
Marzyła o nauce w liceum plastycznym. Najbliższa szkoła znajdowała się w Koszalinie, ale w tamtych czasach takie marzenia nie zawsze dawało się spełnić. Życie potoczyło się inaczej. Talent i wrażliwość zostały jednak z nią na zawsze.
Dziś ściany jej domu są najlepszym dowodem na to, że potrzeba tworzenia nigdy nie zniknęła. Wiszą na nich obrazy pełne kolorów, faktur i emocji. Sama nie nazywa siebie artystką.
– Absolutnie nie uważam się za artystę – mówi z uśmiechem. – Po prostu kocham farby. Kocham kolory, bo dzięki nim można wyrazić to, czego czasem nie da się powiedzieć.
Maluje obrazy abstrakcyjne, tworzy kompozycje z filcu wykonywane metodą na sucho i na mokro. Każda z tych technik daje jej poczucie wolności. Ostatni filcowy obraz podarowała mamie. Inne nadal zdobią ściany.
Jeden z nich przyciąga wzrok od razu. Twarz podzielona jest na dwie części. Z jednej strony przedstawia Agnieszkę, z drugiej jej męża. Dla obcych to tylko obraz. Dla przyjaciół to opowieść o dwojgu ludziach, którzy od lat tworzą wspólne życie.
Obok wisi kameleon.
Nieprzypadkowo.
– Zawsze się z nim utożsamiałam – opowiada. – Łatwo odnajduję się w różnych środowiskach. Potrafię rozmawiać z bardzo różnymi ludźmi i dostosować się do nowych sytuacji, nie tracąc przy tym siebie.
Motyw kameleona zaczął powracać coraz częściej. Dwa lata temu, kiedy córka kończyła studia, Agnieszka uszyła dla niej pierwszą torbę ozdobioną właśnie tym zwierzęciem. Prezent zachwycił nie tylko córkę. Wkrótce pojawiły się kolejne torby, każda inna, każda jedyna w swoim rodzaju.
Bo Agnieszka nie lubi powielać własnych pomysłów.
Może wrócić do tego samego motywu, ale nigdy nie odtworzy go w identyczny sposób. Zmieni kolor, ścieg, kompozycję albo detal, który sprawi, że powstanie zupełnie nowa historia zapisana nitką.
Być może dlatego jej prace trafiają do ludzi, którzy – podobnie jak ona – wiedzą, że zmiana jest czymś naturalnym.
Sama także bardzo się zmieniła.
Jako dziecko i młoda dziewczyna zabiegała o akceptację. Potrzebowała ludzi, przyjaźni i poczucia przynależności. Z czasem życie nauczyło ją odpuszczania.

– Jest wiele spraw i znajomości, które zostawiłam za sobą. Kiedyś bardzo o nie walczyłam, dziś wiem, że nie wszystko jest warte naszej energii.
Dziś otacza się ludźmi, przy których może być sobą.
– Niedawno zdałam sobie sprawę, że nie mam wokół siebie ani jednej toksycznej osoby. To wspaniałe uczucie. Dodatkowo nie brakuje mi przyjaciół i znajomych, a przede wszystkim wsparcia ze strony rodziny. Gdyby nie mąż, dzięki któremu powstało to miejsce; gdyby nie rodzice, którzy wsparli mnie finansowo i córka, która dba o media społecznościowe i pcha mnie do przodu – to nie wiem czy doprowadziłabym do otwarcia pracowni…
Nie mówi o sukcesach ani osiągnięciach. Mówi o spokoju. O dobrych relacjach. O tym, że warto być zwyczajnie dobrym człowiekiem. Ta prostota przebija również z jej twórczości.
Najczęściej haftuje kwiaty i rośliny. Inspiracji nie szuka daleko. Wystarczy wyjść do ogrodu albo na spacer. Kocha przyrodę, dlatego na tkaninach pojawiają się zioła, polne kwiaty i liście. Nigdy nie ogranicza ich naturalną kolorystyką. Świat, jak mówi, bywa wystarczająco szary.
– Uwielbiam kolory. Lubię się nimi bawić.
Miłość do haftu odziedziczyła po rodzinie. Haftowała babcia. Haftowała mama. Haftował również ojciec. Sama pierwszych ściegów uczyła się jeszcze w szkole podstawowej podczas zajęć praktycznych. Potem przyszła dorosłość – rodzina, dzieci, codzienne obowiązki. Rękodzieło zeszło na dalszy plan. Wróciło po latach.
Mniej więcej dziesięć lat temu znów sięgnęła po igłę i nitkę. Tym razem już świadomie. Nie jako chwilowe hobby, ale sposób na życie. Dziś własna pracownia jest miejscem, do którego schodzi każdego ranka z tą samą ciekawością. Wie, że za chwilę z kawałka tkaniny może powstać coś, czego wcześniej nie było. Coś niepowtarzalnego. Takiego jak każda historia, którą zapisuje kolejnymi ściegami.
W pracowni Agnieszki Zając trudno znaleźć dwie identyczne rzeczy. Nie dlatego, że nie potrafiłaby ich odtworzyć. Po prostu nie chce. Każda kolejna praca jest dla niej początkiem nowej historii, a nie kopią tej poprzedniej.
– Lubię mieszać techniki – mówi z przekonaniem. Gdybym tylko namalowała kurtkę i na tym skończyła, byłoby mi po prostu nudno.
Na pierwszy rzut oka widać, że nie uznaje artystycznych kompromisów. Farba spotyka się tu z haftem, haft z aplikacją, aplikacja z recyklingową tkaniną. Jeden pomysł rodzi następny, a skończona praca bardzo często… wcale nie jest skończona.
Najlepiej obrazuje to historia zimorodka.
Początkowo miał zdobić serwetę albo zawisnąć na ścianie jako dekoracja. Kiedy jednak ptak był już gotowy, Agnieszka spojrzała na niego inaczej. Wycięła fragment materiału i naszyła go na kurtkę. Potem domalowała kolejne elementy. Wydawało się, że to już koniec.
Ale tylko do czasu.
– Ciągle miałam wrażenie, że czegoś brakuje. Przedwczoraj, po trzech miesiącach, znowu zaczęłam ją wyszywać – śmieje się. – Nadal uważam, że jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa.
Tak właśnie wygląda jej proces twórczy. Nie kończy się wraz z ostatnim ściegiem ani ostatnim pociągnięciem pędzla. Czasem kurtka wisi w szafie przez kilka miesięcy, jest noszona, oglądana z każdej strony, aż któregoś dnia pojawia się myśl, że można dodać jeszcze jeden detal.
– Bywa, że zakładam coś na siebie i nagle stwierdzam: „Nie, już jest nudno. Trzeba coś doszyć”.
Wyjątkiem są zamówienia. Jeśli klient dokładnie wie, czego oczekuje, Agnieszka kończy pracę w chwili, gdy projekt spełnia jego oczekiwania. Inaczej jest z rzeczami tworzonymi dla siebie, córki czy najbliższych. Wtedy granica pomiędzy skończonym dziełem a kolejnym pomysłem właściwie nie istnieje.
Na jednej z toreb spotykają się niemal wszystkie jej fascynacje. Powstała podczas warsztatów, na których uczestniczki miały nauczyć się prostej techniki naszywania tkanin i wykańczania ich ręcznym haftem. Sam plan szybko przestał jednak obowiązywać.
– Dziewczyny chciały spróbować haftu sashiko.
Do prostego projektu dołączyły więc charakterystyczne japońskie ściegi, aplikacje z materiału, a później również motyle i pszczoły – motywy, które Agnieszka uwielbia i które pojawiły się już długo po zakończeniu warsztatów.
– Przecież nie mogła zostać tylko jedna strona – mówi z uśmiechem.
Dlatego ozdobiona została także druga.
Tworzenie nie kończy się dla niej wraz z opuszczeniem pracowni. Pomysły dojrzewają długo, zmieniają się, ewoluują. Czasem wystarczy jedno spojrzenie, by uznała, że projekt potrzebuje jeszcze jednego haftu, kilku kresek pędzla albo fragmentu starej koronki.
Właśnie dlatego tak chętnie sięga po materiały z odzysku.
Na półkach leżą stare obrusy, serwety i kawałki tkanin, które dla kogoś straciły już wartość. Dla niej dopiero zaczynają nowe życie. Część materiałów kupuje, inne otrzymuje od firm, które nie mają już dla nich zastosowania.

– Uwielbiam stare obrusy – przyznaje. Nigdy nie wiadomo, co z nich powstanie.
W pracowni wszystko ma swoje miejsce. Tkaniny posegregowane są według kolorów i rodzaju, wykroje czekają na swoją kolej, a maszyny ustawione są tak, by w każdej chwili można było rozpocząć pracę.
– Porządek musi być – śmieje się. Choć zaraz dodaje, że wystarczy rozpocząć szycie, by cały ten idealny układ zamienił się w twórczy chaos.
– Wtedy wygląda tu jak na budowie.
Jednego porządku pilnuje jednak bezwzględnie. Igły zawsze trafiają na swoje miejsce. Przy pracy wymagającej skupienia i precyzji nie ma miejsca na przypadek.
W centralnym punkcie pracowni stoją maszyny do szycia. Wśród nich szczególne miejsce zajmuje Łucznik.
To właśnie na takiej maszynie uczyła się szyć.
Obok stoi nowocześniejszy model wyposażony w elektroniczne programy, ale Agnieszka przyznaje, że rzadko z nich korzysta.
– Nie jestem zbyt „elektroniczna” – mówi z rozbrajającą szczerością. Znacznie bardziej ufa własnym dłoniom niż gotowym ustawieniom. Pracownia nie jest jednak miejscem zamkniętym tylko dla niej.
Regularnie organizuje warsztaty, podczas których uczy innych pierwszych ściegów. Bez pośpiechu pokazuje, jak opuścić stopkę, ułożyć dłonie i delikatnie nacisnąć pedał.
– Nie trzeba pchać materiału. Tkanina sama pojedzie. Ty tylko pilnuj, żeby ścieg był prosty.
To proste zdanie wystarcza, by po chwili ktoś po raz pierwszy samodzielnie przeszył kawałek materiału. Dla wielu uczestników jest to początek nowej pasji. Dla Agnieszki – największa satysfakcja.
Otwarcie własnej pracowni okazało się momentem przełomowym.
– Dodało mi skrzydeł.
Pierwsze warsztaty utwierdziły ją w przekonaniu, że znalazła swoje miejsce. Dziś w pracowni najczęściej można spotkać dzieci i młodzież, którzy uczą się szyć na maszynie i haftować. To grupa, którą uczy tak, jak uczyli ją dziadkowie i rodzice. Nie uważa się za mistrzynię, która wie już wszystko. Wręcz przeciwnie.
– Uczę tego, co już potrafię, ale i sama cały czas się uczę.
Każdy dzień zaczyna podobnie. Schodzi do pracowni, otwiera szafy, przegląda materiały i planuje, co dziś uszyje. Czasem wyciąga wykroje spodni, przygotowuje kilka różnych tkanin i jest przekonana, że właśnie taki będzie jej dzień.
Po chwili jednak odkłada wszystko na bok.
Bo wystarczy, że spojrzy na tamborek z niedokończonym haftem.
I już wie, że znowu wygrały igła, nitka i opowieść, którą można zapisać tylko kolejnymi ściegami.




















