c590fd9b a612 4225 bd7b 2f149f340740 Biznes

Drugi dom Barbary

Fotografie: Archiwum własne Barbary Zmudy-Trzebiatowskiej

Pierwszy raz na lotnisko w Stambule pojechała pięć godzin przed odlotem. Bała się, że na jednym z największych lotnisk świata zwyczajnie się zgubi. Tureckiego znała wtedy tyle, żeby się przywitać, angielski nie dawał jej jeszcze poczucia swobody, a doświadczenie w samodzielnych podróżach mieściło się w kilku wcześniejszych wyjazdach. Dziś Barbara Zmuda-Trzebiatowska wsiada do samolotu, wkłada słuchawki i zasypia, zanim ten zdąży wystartować. W Stambule zmienia hotele, żeby mieszkać w różnych dzielnicach, wie, gdzie zjeść dobrego kumpira, ma swoich nauczycieli, znajomych, turecką rodzinę i miejsca, do których wraca regularnie. Turcja nie była planem na życie. Pojawiła się wtedy, kiedy dzieci Barbary dorosły na tyle, żeby zacząć żyć po swojemu. Ona zrobiła dokładnie to samo.

Barbara na co dzień pracuje w administracji Radia Koszalin. Ma etat, określoną liczbę dni urlopu, obowiązki i wydatki jak większość z nas. Nie rzuciła wszystkiego, nie sprzedała mieszkania, nie zaczęła życia cyfrowej nomadki. Nauczyła się natomiast bardzo sprawnie wykorzystywać to, co ma: kilka dni wolnego, tani bilet lotniczy, telefon, ciekawość ludzi i przekonanie, że wiele rzeczy przestaje być trudnych chwilę po tym, kiedy zrobi się je pierwszy raz.

– Ja tam jadę jak do drugiego domu – mówi. – Kiedy samolot ląduje, oddycham pełną piersią.

I właściwie od tego należałoby zacząć historię o jej Turcji. Nie od zabytków, pogody ani hoteli. Od ludzi.

4baa0878 cb02 4d66 a9cf 6cf871685d91 Biznes

Turecki syn

Wszystko zaczęło się od wymiany młodzieżowej. Syn Barbary wyjeżdżał na dłużej do Włoch. Ona sama obawiała się, że będzie zbyt mocno przeżywać jego nieobecność.

– Chciałam dać mu przestrzeń, ale też zająć czymś własną głowę – opowiada.

Wtedy w jej domu zamieszkał Fatih, nastolatek z Turcji uczestniczący w programie AFS. Miał zostać przez rok i chodzić do polskiego liceum. Początkowo rozmawiali po angielsku, chociaż Barbara przyznaje, że to właśnie dzięki niemu zaczęła przełamywać swoją językową blokadę. Czasem prosiła własne dzieci: „Zapytaj go”. W końcu usłyszała: – Mamuś, umiesz po angielsku. Zapytaj sama.

Jeszcze przed jego przyjazdem zaczęła czytać o Turcji. Chciała wiedzieć, skąd pochodzi chłopak, który przez kilkanaście miesięcy będzie siedział przy ich stole, korzystał z ich łazienki, chodził do szkoły w Koszalinie i stanie się częścią codzienności. Potem pytała Fatiha o to, co przeczytała: o rodzinę, małżeństwa, wschodnią Turcję, religię, zwyczaje. On prostował, tłumaczył, dodawał kontekst.

Były też znacznie bardziej przyziemne rozmowy. Jak w każdym domu.

Barbara nie chciała, żeby chłopak mieszkający z nimi przez rok mówił do niej „pani”. Zaproponowała „ciocię”, ewentualnie „mamę”, tak jak do niej zwracają się jej własne dzieci. Fatih wybrał mamę.

Po kilku dniach zauważył jednak, że biologiczne dzieci Barbary mówią do niej „mamuś”.

Zapytał: – Dlaczego ja mówię do ciebie mamo, a oni mamuś? Ja też chcę mówić mamuś. I tak zostało. Do dzisiaj jest jego polską mamą.

To Fatih otworzył drzwi, przez które Barbara później przeszła znacznie dalej. Po nim w domu pojawiali się kolejni młodzi ludzie z innych krajów, a Barbara została wolontariuszką AFS. Sama po latach skorzystała także z pilotażowego programu wymian dla dorosłych. Dzięki temu trafiła do tureckich rodzin nie jako klientka hotelu, ale jako ktoś, dla kogo robi się miejsce przy stole.

W Adanie po tygodniu usłyszała od ojca goszczącej rodziny: – Jesteś córką tego domu.

Zapamiętała to zdanie i pomyślała: – Obca kobieta z Polski, chrześcijanka, a starszy Turek mówi mi coś takiego. Dla mnie to był ogromny zaszczyt.

80af2755 b8c8 4054 bea0 0e01b12382db Biznes

Wieś, która przyszła zobaczyć Polaków

Kiedy pojechała odwiedzić rodzinę Fatiha, trafiła również do jego babci na turecką wieś.

Fatih uprzedzał: – Mamuś, jak przyjedziecie, będzie dużo ludzi. Będą chcieli was zobaczyć.

Nie przesadzał. Niektórzy mieszkańcy wioski nigdy nie wyjeżdżali nawet do większego miasta. Tymczasem do babci przyjeżdżali ludzie z Polski. Chrześcijanie. Rodzina, która przez rok opiekowała się jej wnukiem. 

Wdzięczność babci też miała konkretną formę. Powiedziała Barbarze, że da im ziemię. Mogą się wybudować i zamieszkać obok. Za tym gestem stało coś więcej niż uprzejmość wobec gości. Rodzina wysłała nastolatka do obcego kraju, tysiące kilometrów od domu. Po miesiącach zobaczyła, że wrócił szczęśliwy, mówi po polsku i ma konkretne plany na życie.

Dla niej samej właśnie takie doświadczenia są prawdziwym podróżowaniem. Nie wyjazd do miejsca, w którym wszystko zostało stworzone dla turysty, lecz wejście do czyjejś kuchni, poznanie rodziców, babci, sąsiadów. Przyglądanie się, kto komu podaje herbatę, jak rodzina siada przy stole, o czym rozmawia. Barbara prostuje: – Ja kiedyś myślałam, że jak pojadę do Stambułu, to poznam Turcję. Nie. W Stambule poznajesz Stambuł.

df556416 d415 4f98 bc08 2556507dc01f Biznes

Miasto po kawałku

Stambuł i tak pozostaje jej wielką miłością.

Paradoksalnie, bo Barbara nie przepada za wielkimi miastami. A tu mowa o metropolii, której nie da się „zaliczyć” podczas weekendu. Dlatego podczas dłuższych pobytów potrafi w połowie wyjazdu spakować walizkę i przenieść się do innej dzielnicy.

– Nie wyobrażam sobie przyjechać na dziesięć dni i cały czas mieszkać w jednym miejscu. Zmieniam hotel, żeby być raz tutaj, raz po drugiej stronie miasta. Mam dzielnice, w których spędziłam już po kilka czy kilkanaście dni.

Jej tureccy znajomi śmieją się czasem, że zna Stambuł lepiej od nich.

Ma też swoje stałe punkty. W Ortaköy je kumpira, wielkiego pieczonego ziemniaka wypełnionego dodatkami. Odwiedza kościół św. Antoniego. Jeździ do Üsküdaru. Zagląda do muzeów. Dwa razy była w operze w centrum kultury Atatürka przy placu Taksim.

Pierwszy raz przygotowała się jak do polskiej opery. Zabrała z Polski odpowiedni strój. Na miejscu zobaczyła, że publiczność ubiera się znacznie swobodniej. Mówi: – Drugi raz już poszłam normalnie.

Barbara lubi takie odkrycia. Małe korekty wyobrażeń. Właśnie dlatego zamiast kurortu all inclusive wybiera miasto, komunikację publiczną i własny plan dnia. Nie odpoczywa, leżąc godzinami na plaży. Rano wychodzi i wraca, kiedy jest zmęczona chodzeniem.

– Ja lubię muzea. Mogę porównywać muzea archeologiczne w różnych miastach: co było w Adanie, co w Antalyi, co w Ankarze. W każdym miejscu szukam czegoś innego.

Tak samo robi z jedzeniem.

Adana oznacza dla niej oczywiście kebab adana – ostry, intensywny, pochodzący właśnie stąd. W innych miejscowościach szuka lokalnych odmian lahmacunu. Z Turcji przywozi przyprawy, których później używa w domowej kuchni. Sumak trafił do niej właśnie dzięki tureckim dzieciom.

– Cebula, sumak, cytryna. Do grilla rewelacja. Czasem się zastanawiam, jak ja wcześniej żyłam bez tych przypraw – przyznaje.

Fascynuje ją kuchnia, która potrafi zrobić dużo z niewielu składników. Liście winogron, ryż, pomidory. Kasza, warzywa, trochę ziół. Ayran z jogurtu, wody i soli. W domu jednej z rodzin obserwowała kobietę, która siedząc przed telewizorem, formowała niewielkie kulki mięsa, układała je na tacy, a później zamrażała. Gotowa baza do kolejnych posiłków.

– Patrzę czasem, jak one łączą składniki, i myślę: w życiu by mi nie przyszło do głowy, że można tak zrobić. A potem próbuję i jest świetne.

6cb5ec3c 210b 4522 88b7 880ac55b871b Biznes

Usiądź, zjemy razem

Pewnego dnia w Ortaköy zobaczyła starszego mężczyznę sprzedającego na ulicy chusteczki. Był skromnie ubrany, stał w chłodzie przed restauracją. Kelner podał mu małą szklaneczkę tureckiej herbaty. Barbara jadła właśnie kumpira. Zapytała: – Jest pan głodny? Zaprosiła go do środka.

Kelner nie wyglądał na zachwyconego klientem, który na co dzień sprzedawał chusteczki przed lokalem. – Powiedziałam: to jest mój gość. Proszę go obsłużyć – relacjonuje Basia.

Tureckiego nie znała jeszcze dobrze. Był telefon, tłumacz, gesty. Wystarczyło. Mężczyzna wyjął portfel. Nie po pieniądze. Zaczął pokazywać zdjęcia. Żonę, która niedawno zmarła. Dzieci. Stare wizytówki. Okazało się, że kiedyś był restauratorem. Teraz sprzedawał drobiazgi na ulicy.

Jedli razem ziemniaki i rozmawiali.

Dzień wcześniej tureccy znajomi zabrali Barbarę na obiad i kategorycznie nie pozwolili jej zapłacić. Źle się z tym czuła, bo w Polsce przywykła płacić za siebie.

– I nagle pomyślałam: wczoraj ktoś postawił obiad mnie, dzisiaj ja postawiłam komuś. I już było mi dobrze. Tak rozumiem życie.

„Przecież zabiorą ci nerki”

Kiedy po raz pierwszy postanowiła spędzić miesiąc w Stambule i uczyć się tureckiego na miejscu, w Koszalinie słyszała najróżniejsze scenariusze.

– Koleżanki w pracy mówiły: „Barbara, przecież zabiorą ci nerki”. Pytały, jak ja sobie wyobrażam samotny miesiąc w muzułmańskim kraju, w szkole, której nie znam.

Mimo wszystko Basia poleciała.

Po zajęciach każdego dnia ruszała zwiedzać miasto. Ktoś pokazał jej, jak doładować kartę miejską, resztę podpatrywała. Turecki znała słabo. Angielski też nie był jeszcze taki jak dzisiaj. Nie bała się, że zgubi się w Stambule. Ale bała się… lotniska.

Podczas tego samego pobytu wymarzyła sobie Kapadocję. Najpierw znalazła połączenie autobusowe. Potem skontaktowała się przez internet z człowiekiem pracującym przy lotach balonami. Pomógł z noclegiem i organizacją pobytu, ale przekonywał, żeby zamiast kilkunastu godzin autobusem, przyleciała samolotem.

– Powiedziałam mu, że boję się lotniska. A on: „Czego się boisz? Każde lotnisko jest takie samo”.

Kupiła bilet. Na lotnisko przyjechała pięć godzin wcześniej. Basia wspomina: – Byłam pewna, że się zgubię. A po godzinie siedziałam już pod właściwą bramką i czekałam. Okazało się, że wszystko jest świetnie oznaczone.

Lęk zniknął szybciej, niż zakładała. Potem wydarzyło się coś, czego akurat nie planowała.

cf7848e6 c9d1 4ccf a1fd 37e417654580 Biznes

Nowe życie, nowe dokumenty

Wracając z tamtej podróży, na lotnisku w Stambule została okradziona. Zniknął portfel. Karty, dowód osobisty, prawo jazdy, polska karta SIM – wszystko, czego własnym dzieciom zawsze radziła nie trzymać razem. Na szczęście paszport został. Telefon też.

Do odlotu nie było dużo czasu. Komisariat znajdował się daleko od jej bramki. Nie zdążyłaby wrócić. Zablokowała więc karty. Wsiadła do samolotu.

– Najbardziej dumna byłam z tego, że nie spanikowałam. Nie usiadłam i nie zaczęłam płakać. Pomyślałam: dobrze, Barbara. Teraz robisz po kolei to i to.

Po powrocie musiała wyrobić dokumenty i karty od nowa.W jej opowieści nawet ten moment nie brzmi jak katastrofa. Dodaje: – Pomyślałam później, że zaczęłam nowe życie. Z nowymi dokumentami. Trochę żart, trochę bardzo trafne podsumowanie tamtego miesiąca. Bo ważniejsze od utraconego portfela było odkrycie, że potrafi sobie poradzić.

Turcja, której nie widać z hotelu

Barbara nie idealizuje kraju, do którego tak chętnie wraca.

Widziała bogate dzielnice i ludzi żyjących bardzo skromnie. Dzieci pracujące w małych restauracjach. Syryjskich uchodźców. Miejsca w Adanie, do których sama nie zdecydowałaby się wejść bez miejscowych. Rozmawia z Turkami o rosnących kosztach życia, drogich mieszkaniach, trudnościach z podróżowaniem po Europie. Wie, że wschodnia Turcja różni się od Stambułu, a konserwatywna Konya od Antalyi.

Kiedy wysiadła w Konyi, zrozumiała coś, o czym wcześniej opowiadał jej Fatih.

– Mówił, że to bardzo konserwatywne miasto. Dopiero kiedy tam wysiadłam, poczułam różnicę. Inne ubrania, więcej zakrytych kobiet, inne zachowania. Nawet ludzie grzecznie czekali na zielone światło, co w Turcji wcale nie jest takie oczywiste – śmieje się.

Nie wszystko jest dla niej łatwe do zaakceptowania. Obserwuje bardzo silną pozycję matki w tureckiej rodzinie, hierarchię, inne role kobiet i mężczyzn. Pyta. Czasem dziwi się. Czasem dopiero po miesiącach rozumie sens zachowania, które wcześniej wydawało jej się niezrozumiałe. Ciekawym jej podróży mówi: – Trzeba pojechać do różnych miast i rozmawiać z różnymi ludźmi. Inaczej poznasz tylko kawałek.

Polska sprzed trzydziestu lat

Jest jednak jedna rzecz, która wraca w jej opowieści uporczywie: otwartość.

Turcja przypomina jej Polskę sprzed trzydziestu lat.

Barbara wychowała się w małej osadzie w gminie Polanów, blisko lasu. Pamięta swoją babcię stojącą przy płocie i ludzi wracających z jagód albo grzybów. Babcia zapraszała ich do domu na zsiadłe mleko. 

– Dom był pełen ludzi. Ktoś przychodził, ktoś wychodził, wszyscy ze sobą rozmawiali. To było normalne – wspomina. W Turcji odnajduje podobny rytm. Rodzinę, która wie o sobie niemal wszystko. Stoły, przy których zawsze znajdzie się dodatkowy talerz. Matkę, której pozycja pozostaje szczególna. Sąsiadów zaglądających do domu. Jedzenie, którego musi starczyć dla każdego.

Może właśnie dlatego tak dobrze się tam czuje.

e149591c 4a07 48f2 adda d711fec77e6f Biznes

Nie czekać na właściwy moment

Dzisiaj Barbara uczy się tureckiego stacjonarnie i online. Kiedyś przez miesiąc chodziła do szkoły językowej w Stambule. Teraz bierze lekcje u poznanego tam nauczyciela. Ale rachunek ekonomiczny potrafi zrobić po swojemu: – Dziesięć lekcji kosztuje mnie około stu dolarów. A czasami za podobne pieniądze znajdę bilet do Stambułu i z powrotem. Tydzień na miejscu daje mi więcej niż dziesięć lekcji.

Więc przegląda bilety.

Ma jeszcze sporo miejsc do zobaczenia. Marzy o wschodzie Turcji, choć wie, że w niektórych regionach sytuacja polityczna i bezpieczeństwo mogą pokrzyżować plany. Nie podejmuje ryzyka tylko po to, żeby odhaczyć kolejny punkt na mapie. Poczeka.

Inshallah – mówi, używając słowa, które słyszała w Turcji setki razy. Jeśli Bóg pozwoli. Oby się udało.

Jej największy plan jest jednak jeszcze dalej. Kiedyś chciałaby mieć w Turcji niewielki dom. Nie po to, żeby raz na zawsze zostawić Koszalin. Basia marzy: – Nie chcę wyjechać z Polski i zamknąć sobie drogę powrotu. Chciałabym być trochę tutaj, trochę tam.

Być może właśnie dlatego jej historia jest tak bliska. Zaczyna się w zwyczajnym dorosłym życiu, kiedy dzieci potrzebują nas już trochę mniej i nagle pojawia się przestrzeń, której wcześniej nie było. Można ją wypełnić czekaniem. Można też kupić bilet.

Barbara wybrała to drugie.

A kiedy pytam, czego najbardziej chciałaby nauczyć inne kobiety, nie mówi o tureckiej gramatyce, tanich lotach ani orientacji na stambulskim lotnisku. Mówi o pierwszym kroku. O tym, że wiele z nas przez lata przyzwyczaja się, że ktoś organizuje, prowadzi samochód, wybiera trasę, wie, gdzie iść. I że można mieć czterdzieści, pięćdziesiąt czy więcej lat, zanim pierwszy raz zrobi się coś całkowicie samodzielnie.

Ona sama zaczęła później niż niejeden podróżnik. I chyba właśnie dlatego tak trudno jej dziś przestać. – Wracam z Turcji i jestem naładowana na dwa, trzy miesiące. A potem znowu zaczynam myśleć: kiedy mogę jechać?

Sprawdza urlop. Sprawdza ceny biletów. Otwiera mapę. I Turcja znowu jest trochę bliżej.