Senat Politechniki Białostockiej podjął uchwałę w sprawie nadania prof. dr. hab. inż. Tadeuszowi Bohdalowi, rektorowi Politechniki Koszalińskiej w latach 2012-2020, tytułu doktora honoris causa uczelni. Uroczystość nadania tytułu odbędzie się we wrześniu w Białymstoku. Z prof. Tadeuszem Bohdalem rozmawiamy o pracy naukowej, kształceniu studentów, pracy z doktorantami i o relacji między nauką a codziennym życiem.
– Panie Profesorze, jest Pan dumny z tytułu doktora honoris causa, który wkrótce Pan otrzyma?
– Byłbym bardzo nieszczery, gdybym powiedział, że nie. Wielu profesorów marzy o takim wyróżnieniu. W nauce polskiej są dwa sposoby uhonorowania naukowca. Jednym z nich jest uzyskanie członkostwa Polskiej Akademii Nauk. To ogromne, bardzo prestiżowe wyróżnienie. PAN liczy 300 członków i jeśli zwolni się miejsce, zarządza się wybory uzupełniające. Kiedy byłem przewodniczącym Komitetu Termodynamiki i Spalania PAN, kilku profesorów ubiegało się o członkostwo. Przygotowywałem opinie i niektórym się udało.
Drugą, równoległą ścieżką jest doktorat honorowy. Środowisko akademickie docenia daną osobę za osiągnięcia naukowe, współpracę z innymi naukowcami, kształcenie młodej kadry, wdrożenia gospodarcze. To jest zresztą w jakimś stopniu dzieło przypadku, bo muszą człowieka dostrzec, muszą docenić jego pracę, potrzebna jest przy tym akceptacja środowiska.

– Pana doceniło szczególnie środowisko akademickie Politechniki Białostockiej.
– Od ponad 20 lat współpracuję z tą uczelnią, w szczególności z Wydziałem Mechanicznym i Katedrą Techniki Cieplnej. Stale wymieniamy się doświadczeniami dotyczącymi programu studiów na kierunku Energetyka, budowy stanowisk laboratoryjnych, zakupu oprzyrządowania i aparatury pomiarowej. Kilkakrotnie przygotowywałem recenzje monografii i rozpraw doktorskich, które powstały na Politechnice Białostockiej. Przygotowywałem też opinie związane z procedurą nadania tytułu profesora pracownikom tej uczelni. Tam zresztą pracują niektórzy moi dawni studenci. Naukowcy z Politechniki Białostockiej z kolei recenzowali doktoraty, które powstawały pod moim kierunkiem. Jako przewodniczący komitetu Termodynamiki i Spalania PAN współpracowałem też z tą uczelnią przy organizacji konferencji naukowych.
Od astronomii do ekologii
– Odejdźmy na chwilę od tematyki naukowej. Kiedy wpisze się w internecie nazwisko Bohdal, to odnajdujemy biografię pana profesora i Jolanty Bohdal. To aktorka, pamiętna Kasia Rochowicz, żona głównego bohatera kultowej komedii Stanisława Barei „Poszukiwany, poszukiwana”. Przypadek?
– Nie. Mój ojciec i ojciec Joli to byli bracia. Ona urodziła się w 1942 r., jeszcze na Kresach – w Nieświeżu. Tam żyła bardzo liczna nasza rodzina, dziadkowie mieli dużo dzieci. Dziś już nie jesteśmy w stanie zliczyć wszystkich kuzynów. Jola ma starszą siostrę Alicję. Ich ojciec, który był moim chrzestnym, przeszedł front z II Armią Wojska Polskiego. W Świdwinie upatrzył poniemieckie ogrodnictwo, postanowił, że tu zostanie i napisał do żony, żeby do niego dołączyła. Żona namówiła moją babcię i razem z dziećmi i inwentarzem przyjechały do Świdwina. Kilkaset metrów od ich domu zamieszkał mój ojciec i ja tam dorastałem.
Ala i Jola po maturze wyjechały ze Świdwina. Ich ojciec niestety poważnie zachorował i dość szybko zmarł. Matka wyszła za mąż za brata mojej mamy i razem wyprowadzili się do Starogardu Gdańskiego. Alicja skończyła psychologię. Zatrudniła się w Służbie Więziennej i doszła tam nawet do stopnia majora. Wyszła za mąż za dziennikarza telewizyjnego Karola Sawickiego, który w latach 80. prowadził program informacyjny Panorama w drugim programie Telewizji Polskiej. Ale to małżeństwo nie przetrwało próby czasu.
Jola natomiast ukończyła Akademię Teatralną, najpierw występowała w Lublinie, potem w Warszawie. Grała m.in. w filmach Stanisława Barei i Stanisława Jędryki. Przez jakiś czas mieszkała w Szczecinie, próbowała sił jako reżyser. Potem wróciła do stolicy, uczyła dykcji w szkole muzycznej. Odwiedziłem ją kiedyś w Warszawie, bardzo gościnnie mnie przyjęła. Na emeryturze obie sprzedały mieszkania i wyprowadziły się do Starogardu Gdańskiego. Opiekują się domem rodzinnym.
– Pana z rodzinnego Świdwina popchnęły w świat techniczne zainteresowania?
– Nie od razu tak było. W Świdwinie działało liceum pedagogiczne, ale władze postanowiły zamienić je w liceum ekonomiczne. Miałem więc zostać ekonomistą. W rodzinie namawiali też, żebym poszedł do technikum mechanizacji rolnictwa. Uczyli się tam kuzyni. Ciocia mówiła: idź, zdobędziesz zawód, szybko znajdziesz pracę. Tak się złożyło, że liceum ekonomiczne zostało zamienione w ogólnokształcące. I ja na przekór wszystkim wybrałem nowo utworzony ogólniak.
– Ja kończyłem LO w Połczynie Zdroju. Nauczyciele często mówili nam, że ten ogólniak po sąsiedzku w Świdwinie taki młody jest.
– My też wciąż słyszeliśmy, że to szkoła bez tradycji. Nauczyciele zamiast podbudowywać, zniechęcali nas. Ciągle mówili, że musimy się dużo uczyć, bo wcale nie jesteśmy tacy dobrzy, że będziemy mieli kłopoty, możemy na nic się nie dostać. Najpierw planowałem wybrać się na jakiś ścisły, teoretyczny kierunek: matematykę albo fizykę. Dobrze mi szły te przedmioty. Potem jeden z nauczycieli „zaraził” nas astronomią, więc rozważałem Uniwersytet Mikołajka Kopernika w Toruniu. Któregoś dnia jednak do szkoły przyjechali studenci Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Koszalinie. Mówili, że to nowa uczelnia, są wygodne akademiki, przyjaźnie nastawieni nauczyciele, nie ma tłoku. Kolega mówi: „Tadek, chodźmy razem do Koszalina, dostaniemy akademik”.
– Na uczelnię trafił pan za namową kolegi?
– Niezupełnie. Z naszego ogólniaka sześć osób się zdecydowało, prawie wszystkie wybrały budownictwo. Ja na przekór złożyłem dokumenty na Wydział Mechaniczny. Egzaminy wstępne trwały tydzień. Wpadłem w popłoch, bo kandydaci, którzy spacerowali po korytarzu, dyskutowali o takich rzeczach, o których – tak mi się zdawało – nie miałem pojęcia. Ale kiedy zaczęliśmy rozwiązywać zadania, stale ktoś trącał mnie łokciem, żebym podpowiedział. Ostatecznie znalazłem się w piątce osób przyjętych na pierwszy rok z najlepszymi wynikami. Podczas uroczystej inauguracji indeks wręczał mi sam rektor Jerzy Smoleński.
A kolega, który tak bardzo namawiał mnie na studia w Koszalinie, wcale nie złożył dokumentów. W życiu warto więc iść własną drogą.

– A pan dobrze się odnalazł w Koszalinie.
– W czasie studiów byłem starostą roku i, nie chwaląc się, byłem jednym z najlepszym absolwentów. Wybrałem specjalność maszyny przemysłu spożywczego, ze specjalizacją: urządzenia chłodnicze. Opiekujący się specjalnością docent Marian Czapp zapowiedział, że w Zakładzie Termodynamiki i Chłodnictwa potrzeba asystentów i jeszcze w czasie studiów zaproponował mi pracę. Chwilę się wahałem, bo miałem też propozycję pracy w zakładzie przemysłowym. Kto wie, może zostałbym dyrektorem?
W każdym razie nigdy nie żałowałem decyzji o wyborze studiów w Koszalinie, cieszę się, że wybrałem Wydział Mechaniczny. W mniejszym ośrodku o wiele wygodniej się żyje: wszędzie jest blisko, nie ma pośpiechu. Choć być może trzeba więcej pracować, żeby gdzieś w Polsce albo na świecie człowieka zauważyli.
– Prowadził pan zajęcia i pełnił już wtedy funkcję prodziekana ds. nauczania Wydziału Mechanicznego. Udało się połączyć te obowiązki z pracą naukową?
– Tak, i z perspektywy czasu uważam to za swój mały sukces. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych uczelnia uzyskała uprawnienia do habilitowania w dyscyplinie budowa i eksploatacja maszyn. Prof. Wojciech Kacalak, który wtedy pełnił funkcję dziekana Wydziału Mechanicznego, zgodził się żebym jako pierwszy przystąpił do kolokwium habilitacyjnego. Pierwsza habilitacja w uczelni to było wydarzenie, przyjechała telewizja, byli oficjalni goście. Potem udało się zdobyć kolejny grant, dzięki któremu powstała książka profesorska. W ciągu kilku miesięcy wniosek z nominacją profesorską trafił na biurko prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Przyjaciel studentów
– Pańscy doktoranci mówią, że jest pan łagodnym człowiekiem, ale stanowczym. Nie ma pobłażania, nie ma marnotrawienia czasu.
– Na wiele im pozwalam, ale w granicach normy. Przychodzą zapytać, skonsultować. Wiedzą, że nigdy nie obsztorcuję, nawet jeśli z pozoru coś głupiego wymyślą. Staram się wytłumaczyć, podpowiedzieć. Współpraca musi odbywać się na zasadzie mistrz-uczeń. Oni podejmują wysiłek, a ja ich wspieram. Cieszę się jeśli młody człowiek osiągnie sukces.
Młodzież zawsze się do mnie garnęła, w pewnym momencie miałem równocześnie nawet kilkunastu doktorantów. Choć nie każdy ma cechy naukowca. Nie każdy chce systematycznie pracować.
– Pan ponoć odpowiada błyskawicznie.
– Nawet w czasie weekendu co najmniej 10 razy zaglądam do skrzynki mejlowej. Jeśli gdzieś wyjeżdżam, zabieram ze sobą komputer i dbam o łączność. Bywa, że ktoś pisze o 20 w niedzielę, że ma ciekawy pomysł. Jeśli mam czas, to staram się od ręki odpowiadać. Znam profesorów, którzy, kiedy zacznie się weekend, do poniedziałku komputera nie otworzą. A ja działam w sposób ciągły. Takiej pracy nauczył mnie dr Krzysztof Majka, z którym najpierw jako student miałem zajęcia, a potem dzieliłem pokój w kampusie przy ul. Racławickiej. On zaangażował się w pracę w dyplomacji: był konsulem w Bombaju, a następnie ambasadorem w Delhi. W międzyczasie pełnił funkcję senatora, a potem był ambasadorem w Korei Południowej. Patrzyłem jak pracuje: wciąż zebrania, spotkania, coś trzeba napisać, z kimś porozmawiać.
Pytam kiedyś: „Krzysiu, jak ty dajesz radę?!”. A on na to: „Odpoczywam dynamicznie. Jeśli mam godzinkę – odpocznę, jeśli mam dwie godziny – znów odpocznę”. Bardzo mi się ten wypoczynek dynamiczny spodobał. Chętnie go stosowałem kiedy byłem rektorem.

– Jak pan wspomina pracę na stanowisku rektora?
– Jestem człowiekiem, który lubi radzić się innych, ostatecznie jednak staram się zawsze mieć własne zdanie. Kiedy zostałem rektorem, od razu uzgodniłem warunki współpracy z Biurem Rektora. Drobne, rutynowe sprawy były załatwiane od ręki, te bardzo istotne – po dłuższym namyśle, ale bez zbędnej zwłoki.
Atmosfera była bardzo dobra, ale pracownicy wiedzieli, że u mnie wszystko musi być załatwione w terminie. Nie ma miejsca na improwizację. Lubiłem, jeśli te najważniejsze sprawy były przygotowywane dzień wcześniej.
Pełnienie funkcji rektora jest bardzo wymagające. Trzeba czuwać nad całą instytucją, podejmować czasem bardzo trudne decyzję. I do tego jest mnóstwo wydarzeń: od spotkania w przedszkolu, poprzez zawody sportowe, aż po spotkanie z ministrem. Trzeba to umieć selekcjonować. I stale żyć w trybie czuwania. Dobrze, że na tym stanowisku jest kadencyjność.
– Powierzano panu pełnienie wielu ważnych funkcji. Jak pan zdobywał zaufanie społeczności akademickiej?
– Nigdy nie miałem dalekosiężnych planów, nie przyjmowałem postanowienia, że zostanę, profesorem, szefem katedry czy rektorem. Jedną kadencję byłem przewodniczącym Kolegium Rektorów Województwa Zachodniopomorskiego i tego też nie planowałem. Podobnie było z wyborem na przewodniczącego Komitetu Termodynamiki i Spalania PAN. Na spotkanie wyborcze dotarłem w ostatniej chwili. Prof. Jarosław Mikielewicz, członek rzeczywisty PAN, powiedział, że dzień wcześniej było nieoficjalne spotkanie, na którym postanowiono wystawić moją kandydaturę. Miałem minutę na wyrażenie zgody. Przed głosowaniem zgłoszono jeszcze kandydata z Warszawy, ale ja dostałem więcej od niego głosów.
Wybór na drugą kadencję był już właściwie formalnością. Potem profesorowie chcieli, żebym kandydował jeszcze na trzecią kadencję, ale im wytłumaczyłem, że regulamin tego zabrania. Skoncentrowałem się wtedy bardziej na prowadzeniu zajęć dydaktycznych.
– Lubi pan pracę ze studentami, z młodymi ludźmi?
– Bardzo lubię i chyba się z nimi dobrze dogaduję. Choć dziś studenci są inni, niż 20 czy 30 lat temu. Nie są gorsi, są bardziej zajęci, wielu z nich pracuje. Frekwencja, w szczególności na studiach dziennych, nie jest zbyt wysoka. Najważniejsze jednak, że przyswajają wiedzę, kiedy jest kolokwium oddają kartki z prawidłowymi odpowiedziami.
– Autorytet profesora mobilizuje.
– Staram się nie być sztywny, traktuję studentów po partnersku. Raz zdarzyła się dziwna sytuacja. Rozmawiałem w pokoju z innym profesorem, kiedy przyszedł student. Zobaczył, że my siedzimy, to i on usiadł. A na to kolega profesor: „A kto panu pozwolił usiąść? Czy profesor powiedział, żeby pan usiadł?”. Chłopak był skonsternowany, mnie też zrobiło się bardzo przykro.
– To nie jest w pana stylu?
– Zdecydowanie nie!
– Rośliny, a w szczególności te kwitnące, to chyba pana hobby. Można się o tym przekonać, kiedy się śledzi pana profil w portalu społecznościowym.
– W rodzinie mamy zasadę, że w internecie nie umieszczamy zdjęć osób, w szczególności dzieci. Wstawiam więc zdjęcia z wydarzeń na uczelni, albo pokazuję nasze kwiaty. Ogród to hobby mojej żony. Mieszkamy na terenie po byłym poligonie, uprawa nie jest łatwa, ale udało się urządzić rabaty kwiatowe. Hiacynty już mają szyszki i są gotowe do strzału. Lada moment zakwitną tulipany. Mamy ich chyba z 200, głównie żółte, bo w którymś roku przyszła zaraza i inne kolory wyginęły. Później będą dalie czyli georginie, róże i szałwie. Żona na prawie całe lato wyjeżdża do swojego drugiego ogrodu na Lubelszczyźnie, który odziedziczyła po rodzicach. Ja zostaję w Koszalinie i zajmuję się wtedy nawożeniem, podlewaniem. Dlatego tyle wiem o roślinach. Ogród to dobre miejsce do naukowych obserwacji.


















