Po śmierci męża mogła zamknąć firmę, sprzedać ją, odejść na emeryturę i wybrać spokojniejsze życie. Zrobiła inaczej. Teresa Stangret, właścicielka koszalińskiej firmy Mixstal, od dziewięciu lat prowadzi przedsiębiorstwo, które zbudował jej mąż Mirosław. Ale ta opowieść nie jest tylko o firmie. Jest o miłości, stracie, odpowiedzialności, dobrych ludziach i o tym, że nawet po siedemdziesiątce można mieć apetyt na życie, plany, żaglówkę na Jamnie i bilet do Włoch w głowie.
Teresa Stangret mówi z uśmiechem, ale bez udawania, że wszystko w życiu przyszło jej lekko. W jej opowieści nie ma pozy zbudowanej na sukcesie ani tonu kogoś, kto chce komukolwiek udowadniać swoją siłę. Jest raczej spokój kobiety, która wiele przeżyła, musiała kilka razy wziąć głęboki oddech i zrobić to, co było do zrobienia.

Siedzimy i rozmawiamy jak dwie kobiety z różnych pokoleń, ale w pewnym momencie różnica wieku przestaje mieć znaczenie. Bo są doświadczenia, które kobiety rozumieją bez długich wyjaśnień: lęk o bliską osobę, ciężar odpowiedzialności, samotność po stracie, konieczność ogarnięcia życia wtedy, kiedy najchętniej człowiek zamknąłby drzwi i zniknął na chwilę ze świata. Teresa w tym roku kończy 75 lat. Mogłaby powiedzieć: wystarczy. Mogłaby odcinać kupony od tego, co przez lata zbudowała razem z mężem. Mogłaby ograniczyć się do domu, ogrodu, wnuków i spokojnych dni. Tylko że to nie jest jej charakter.
– Ja nie jestem taką babcią, która chętnie siedziałaby w domu – mówi wprost.
Nie lubi bezczynności. Lubi ludzi, ruch, rozmowę, pracę, wyjazdy i sprawy, które trzeba załatwić. Lubi mieć po co wstać rano. Może właśnie dlatego kiedy dziewięć lat temu życie brutalnie zmieniło jej plan, nie usiadła w miejscu.

Rzucono mnie na głęboką wodę
Po śmierci męża Mirosława Stangreta, założyciela firmy, Teresa została postawiona przed decyzją, do której nikt nie jest naprawdę przygotowany. Była już na emeryturze. Wcześniej nie prowadziła firmy na co dzień. Owszem, bywała w niej, pomagała, znała ludzi, wiedziała, czym zajmuje się przedsiębiorstwo, ale jak sama przyznaje, to nie był jej świat. Mixstal był przede wszystkim dziełem Mirosława. To on wymyślił firmę, rozwijał ją, budował jej pozycję, myślał o siedzibie, klientach, pracownikach i przyszłości. Teresa miała inne marzenia. Kiedyś myślała nawet o butiku, czymś bardziej modowym, bliższym jej temperamentowi. Śrubki, nakrętki, elementy złączne, faktury, kredyty, dostawy, obowiązki wobec banków i urzędów – to nie brzmiało jak życie, które sama by sobie wybrała.
A jednak weszła w nie. Dlatego – jak podkreśla – zobaczyła za sobą ludzi. Pracowników, którzy prosili, by firmy nie sprzedawała. Zespół, który pracował praktycznie od początku i który nie chciał, by po śmierci szefa wszystko się rozsypało.
Nie było jednak czasu na spokojne układanie planu. Nie było miesięcy na naukę, rozmowy, strategię. Formalności trzeba było załatwić natychmiast. Teresa wspomina, że musiała podpisać dokumenty w ciągu 24 godzin, jeszcze przed pogrzebem męża. W grę wchodziły banki, zobowiązania, kredyty, odpowiedzialność za firmę i ludzi. Z jednej strony śmierć człowieka, z którym przeżyło się 40 lat. Z drugiej – dokumenty, banki, firma, zobowiązania, pracownicy, przyszłość. Żałoba nie poczekała, obowiązki też nie. – Pewnie, że chciałoby się płakać. Ale nie miałam czasu na płacz. Zamiast płakać, wzięłam się do pracy – mówi Teresa Strangret. I nie mówi tego twardo, a raczej z prostotą kobiety, która wie, że czasem życie nie pyta, czy jesteśmy gotowe.

Wychowali mnie ludzie z zasadami
Kiedy cofamy się do odległej przeszłości, nie sposób wspomnieć o domu rodzinnym. – Może tego niech pani nie pisze, ale moja babcia była prawdziwą hrabianką. Miała swoje zasady i maniery. Małżeństwo swojego syna, a mojego ojca z moją matką uważała za mezalians i ponoć długo nie mogła zaakceptować – wspomina Teresa. Rodzice przyjechali tu, do Koszalina, jak wszyscy, zaraz po wojnie. Ojciec służył w marynarce wojennej, choć nie pływał po morzach, a pełnił swoje obowiązki na lądzie. Mama – jak wspomina dziś Terasa – to był dynamit energii. Jeszcze w wieku 82 lat potrafiła jednym skokiem wskoczyć z pomostu na żaglówkę. Ojciec nauczył ją odpowiedzialności. Dodaje – Miał takie powiedzenie: „Jak się nie ma miedzi, to się na dupie siedzi”. Może nie ma co tego cytować, ale jest w tym wiele mądrości. Do dziś wolę za zobowiązania zapłacić 2 dni wcześniej niż godzinę za późno. Mama z kolei mnie i siostrę potrafiła obszyć tak, że zawsze miałyśmy piękne sukienki i oryginalne bluzki. Choć był kryzys i nic w sklepach, my byłyśmy ubrane zawsze w ciekawy sposób. – Z moim rodzeństwem do dziś bardzo się trzymamy razem. Tak nas wychowano – mówi.

Miłość, która dawała oparcie
O Mirosławie Teresa mówi z czułością. Nie robi z tej relacji obrazka bez rys, ale bardzo wyraźnie czuć, że był to związek oparty na bliskości, zaufaniu i wieloletnim partnerstwie. Byli razem 40 lat. Jej mama żartowała podobno, że oni nawet pokłócić się nie potrafią. Poznali się w pracy. Ona była już po nieudanym małżeństwie, z małym synkiem. Dla niego to nigdy nie był problem. A jego rodzina wzięła ją pod skrzydła i pokochała tak samo, jak zrobił to Mirek.
– To było małżeństwo z miłości – mówi Teresa. Mirosław był dla niej oparciem. Jak sama przyznaje, była przez niego rozpieszczana. W domu wiele spraw brał na siebie. Po jego śmierci nagle wszystko znalazło się na jej głowie: dom, firma, decyzje, codzienność, odpowiedzialność.

– Bałam się, że sobie nie poradzę – wspomina. A jednak jeszcze za życia męża usłyszała od niego zdanie, które zostało z nią później jak cichy testament: „Poradzisz sobie. Wierzę, że sobie poradzisz”. Może wtedy sama w to nie wierzyła. Może widział w niej więcej niż ona sama była gotowa zobaczyć. Dziś, kiedy opowiada o tamtym czasie, nie udaje, że była gotowa. Raczej mówi o sile, która przyszła w działaniu.
Ich historia miała też swoje piękne, codzienne szczegóły. Październik był dla nich miesiącem szczególnym. W październiku się poznali, w październiku wzięli ślub, w październiku pożegnali Mirosława. Teresa mówi o tym z tą charakterystyczną dla siebie umiejętnością zauważania znaków, zbiegów okoliczności, małych symboli, które nadają życiu własny rytm. Mirosław traktował rodzinę szeroko. Kochał dzieci i wnuki, także te, które nie były jego biologicznymi wnukami.

Trzy lata choroby i dzień, który zmienił wszystko
Mirosław Stangret chorował trzy lata. Teresa do końca wierzyła, że będzie żył. Nie rozmawiali o jego odejściu tak, jakby było nieuchronne. Nie przygotowywała się do roli właścicielki firmy. Nie układała życia „po”. Gdy śmierć przyszła, była jak przecięcie dotychczasowego porządku. Choroba bliskiego człowieka to doświadczenie, które rozciąga czas. Z jednej strony dni są wypełnione opieką, wizytami, lekami, lękiem, nadzieją. Z drugiej – człowiek funkcjonuje, bo musi. Teresa opowiada o tym bez epatowania dramatem. Może dlatego jej słowa robią większe wrażenie.
W pamięci szczególnie zostaje historia podróży do profesora w Warszawie. Jechała z mężem i córką Kasią. Czterdzieści kilometrów przed Warszawą zapalił się samochód. Mirosław był już słabo chodzący. Trzeba było go wyciągnąć. W aucie zostały dokumenty, pieniądze, karty, rzeczy potrzebne w drodze i podczas leczenia. Teresa mówi, że w tamtym momencie razem z córką nie wiedziały, co robić. Samochód się palił. Był strach, chaos, policja, straż pożarna, karetka. A jednak pobiegła po torebki, dokumenty, pieniądze. Udało się je uratować. Część rzeczy spłonęła, ale najważniejsze dokumenty ocalały. W tej jednej historii jest kilka rzeczy naraz: dramat choroby, absurd zdarzenia, bezradność, adrenalina i dobro ludzi. Teresa Stangret często wraca do tego przekonania: ludzie potrafią być dobrzy. Trzeba im ufać, choć nie naiwnie.
Firma jako zobowiązanie
Mixstal nie jest w tej historii tylko firmą. Jest dorobkiem Mirosława, miejscem pracy ośmiu osób, codziennością klientów i zespołu, który zna się od lat. Kiedy przejęła firmę, musiała nauczyć się wielu rzeczy. Dziś śmieje się, że odróżnia nakrętkę od śruby, bo jednak uczęszczała kiedyś do technikum mechanicznego, zanim poszła do liceum ogólnokształcącego. Ale prowadzenie przedsiębiorstwa to nie tylko znajomość asortymentu. To faktury, banki, przepisy, odpowiedzialność przed urzędami, decyzje finansowe, klienci, dostawcy, pracownicy.

Teresa nie lubi, gdy ktoś ją oszukuje. Mówi wprost, że może oddać serce, ale jeśli ktoś oszuka ją choćby o złotówkę, bardzo ją to boli. Uczciwość jest dla niej jedną z podstawowych zasad. Ale obok tej stanowczości jest w niej duża gotowość do pomagania.
Pracownikom wypłaty nigdy się nie spóźniają. Przez dziewięć lat, odkąd prowadzi firmę, nie zdarzyło się, by ktoś musiał czekać na wynagrodzenie. – Ja nie patrzę tylko przez pryzmat siebie. Wezmę ostatnie pieniądze, a pracownicy nigdy nie czekają u mnie na wypłatę – mówi. W firmie są nagrody: wakacyjne, świąteczne, roczne. Teresa cieszy się, kiedy może je dać. Nie opowiada o tym jak o strategii motywacyjnej. Raczej jak o czymś naturalnym. Jeśli ludzie pracują, są lojalni, współtworzą firmę, to trzeba się z nimi dzielić tym, co możliwe.
Nie myślę o emeryturze
W teorii Teresa Stangret mogłaby już odpoczywać. Sama przyznaje, że czasem ma dość przepisów, zmian, nowych obowiązków. Najpierw Nowy Ład, teraz KSeF, do tego rosnące koszty, paliwo, presja rynku, potrzeba utrzymania dobrych relacji z klientami. – Prowadzenie małej firmy jest trudne. Korporacje mają ludzi od różnych spraw, a u nas trzeba ogarniać dużo naraz – zauważa. Ma dobre biuro rachunkowe, dobrą współpracę z prawnikiem, Kingę, która pilnuje dokumentów i przepisów, pracowników, którzy znają swoje obowiązki. Ale odpowiedzialność końcowo i tak wraca do niej.
Czy ją to męczy? Czasem na pewno. Czy chce odejść? Nie.

– Myślę, że jeszcze popracuję – mówi bez wahania. Kiedy przez kilka dni nie przychodziła do firmy z powodów zdrowotnych, szybko poczuła, że czegoś jej brakuje. To wiele tłumaczy. Praca nie jest dla niej wyłącznie obowiązkiem. Jest rytmem dnia, kontaktem z ludźmi, poczuciem sensu. Może także sposobem na to, by samotność nie zarosła życia od środka.
Samotność, której nauczyła się wcześniej
Teresa Stangert mówi, że nie cierpi z powodu bycia samej. To nie znaczy, że nie tęskni. Potrafi organizować swoje życie. W pewnym sensie nauczyła się tego wcześniej, jeszcze w małżeństwie. Mirosław przez lata pracował za granicą – w Niemczech, Norwegii. Bywało, że przyjeżdżał na dwa tygodnie, a ona musiała sama ogarniać codzienność. – Nauczyłam się być sama i organizować sobie czas – mówi. To ważna umiejętność, szczególnie dla kobiet, które przez lata żyją w bardzo bliskim związku i po stracie partnera nagle tracą nie tylko ukochaną osobę, ale też cały codzienny system. Ktoś wcześniej coś naprawiał, coś planował, coś załatwiał, coś inicjował. Gdy go zabraknie, brakuje nie tylko obecności, ale też struktury dnia.
Teresa tę strukturę odbudowała po swojemu. Przez pracę, rodzinę, wyjazdy, żeglowanie, aktywność. Przez ludzi. Blisko ma syna i synową, którzy bardzo jej pomagają. Synowa robi zakupy, przywozi lekarstwa, jedzenie, wspiera wtedy, kiedy trzeba. Teresa mówi o tym z wdzięcznością. W jej życiu rodzina nie jest pustym słowem. Jest codzienną obecnością, pomocą, rozmową, ustaleniami, także tymi trudnymi. Z córką wybiera się wkrótce na zasłużone wakacje. W serdecznej i oddanej przyjaźni jest z siostrą męża Olą. Ich przyjaźń trwa już prawie 50 lat, mogą na siebie liczyć w trudach, ale i w dobrym czasie wspólnie potrafią cieszyć się życiem.
Już dawno Teresa spisała swój testament. Uważa, że sprawy powinny być uporządkowane za życia, żeby później dzieci nie musiały się kłócić. Rozmawiała z nimi, podjęła decyzje, spisała dokumenty. – Wiele osób boi się mówić o śmierci i o tym, co po niej, a to część życia, której nie sposób unikąć – dodaje. To kolejna odsłona jej charakteru: uczuciowość połączona z konkretem. Czułość, ale i odpowiedzialność.

Żaglówka „Matka” i życie na wodzie
Gdy rozmowa schodzi na jacht, Teresa wyraźnie się ożywia. To jest ten fragment jej życia, który daje oddech. Jeszcze z mężem kupili jacht. Nazywa się „Matka”. Nazwa nieprzypadkowa, bo Teresa śmieje się, że ona jest matką, więc łódka też jest Matką. Mirosław miał patent żeglarski. Po jego śmierci jacht został. Teresa nie chciała się go pozbyć. Zrobiła więc kurs żeglarski w Giżycku. Sama dużego jachtu nie poprowadzi, ale ma zaprzyjaźnionego bosmana, który dba o łódź i często z nimi pływa.
Dla niej żagle to coś więcej niż rekreacja. – Jak już płyniemy i te żagle tak pracują, to jest lepsze niż najpiękniejsza muzyka. Spokój, cisza. Przepięknie – opowiada. Wiek nie zamknął jej w lęku. Przeciwnie, wciąż chce przekazywać wnukom coś ze swojego świata: wodę, wiatr, ruch, ciekawość.
Portofino, Dźwirzyno, Koszalin
Teresa lubi podróżować. Nie tylko daleko. Zachwyca się Polską, morzem, jeziorami, lasami. Mówi, że mieszkamy w pięknej okolicy, bo mamy wszystko blisko: morze, jeziora, las. Jeździ do Mielna, Kołobrzegu, Dźwirzyna. Ale w jej głowie są też Włochy. Portofino zachwyciło ją tak bardzo, że mogłaby tam wracać bez końca. Śmieje się, że kiedy z kimś jedzie, to znów Portofino. Córka żartuje: „Mamo, może już nie do Portofino?”. To jednak jej nie zraża, już teraz planuje kolejny kobiecy wyjazd do Włoch: ona, siostra męża, córka. Rocznice układają się w pretekst – Teresa kończy 75 lat, siostra męża 70, córka w przyszłym roku 45. Taki wyjazd tylko dla dziewczyn.
Jest w tym coś bardzo dobrego. Bo Teresa nie mówi o starości jak o zamykaniu drzwi. Raczej jak o kolejnym etapie, w którym trzeba mądrzej wybierać, ale nie rezygnować z radości. Ciekawość świata nie musi oznaczać dalekich wypraw. Teresa dobrze to rozumie. Kiedy rozmawiamy o tym, co powiedziałaby kobietom po stracie, po rozstaniu, po zakończeniu pracy zawodowej, mówi przede wszystkim: żeby się nie bały i żeby coś robiły. A potem pojawia się ważna myśl: nie każdego stać na podróże, ale ciekawym można być także we własnej okolicy. Można zobaczyć, co dzieje się w mieście, pójść na wydarzenie, wyjść z domu, zainteresować się światem za rogiem. Teresa doskonale pamięta 700-lecie Koszalina. Miała wtedy 15 lat. Pamięta uroczystości, atmosferę miasta, wydarzenia na ulicach. Dziś cieszy się z kolejnych obchodów, z Dni Koszalina, z tego, że można uczestniczyć w życiu miasta.
Pomaganie bez wielkich słów

W firmie wiszą podziękowania. Teresa mówi o nich skromnie, prawie mimochodem. Pomaga, bo lubi. To najprostsza odpowiedź, jaką daje. To pomaganie nie jest w niej pokazowe. Bardziej wpisane w charakter. Mówi, że jest spod znaku raka, że raki lubią pomagać. Śmieje się, że imię Teresa też zobowiązuje. Numerologicznie jest siódemką, wśród drzew – wiązem. Można potraktować to z uśmiechem, ale w tych drobiazgach też jest ona: ciekawa świata, trochę symboliczna, trochę żartobliwa, otwarta.
Kobieta z charakterem
Teresa nie udaje, że wszystkich lubi i wszystko wybacza. Mówi jasno, że nie znosi chamstwa. Oczekuje szacunku, bo sama stara się szanować ludzi. Jest empatyczna, ale nie bez granic. Może pomagać, może wspierać, może być dobra, ale jeśli ktoś ją skrzywdzi albo oszuka, potrafi się postawić. To ważne, bo łatwo byłoby napisać o niej tylko jako o ciepłej, dobrej kobiecie. Tylko że ona jest także konkretna, decyzyjna, stanowcza. W firmie odpowiada za całość. W rodzinie porządkuje sprawy, zanim staną się problemem. W życiu nie boi się mówić, co myśli. – Wszyscy twierdzą, że jestem bardzo twarda. Poradziłam sobie, chociaż sama myślałam, że będzie ciężko – mówi. Twardość Teresy nie jest chłodem. To raczej umiejętność nieodwracania wzroku, kiedy trzeba podjąć decyzję.
W ciągu dziewięciu miesięcy Teresa pochowała męża i mamę. To dużo jak na tak krótki czas. Do tego wcześniej trzy lata choroby męża, opieka, lęk, wyjazdy do lekarzy, dramat spalonego samochodu, przejęcie firmy, dokumenty podpisywane przed pogrzebem. Mogła się załamać. Miała do tego prawo. – Wiedziałam, że jak zacznę nad sobą się rozczulać, to mnie pochłonie – mówi. Nie chodzi o to, że nie przeżyła żałoby. Przeżyła. Tylko po swojemu. Przez pracę, przez obecność ludzi, przez działanie. Nie zamknęła się w domu, bo wiedziała, że dom może stać się miejscem, w którym człowiek zaczyna tonąć we wspomnieniach. Firma, choć przyszła nagle i z ciężarem, paradoksalnie ją uratowała.

Dziś mówi, że gdyby została sama w domu, nie wie, co by robiła. Może siedziałaby i rozpamiętywała. Praca dała jej cel. Ludzie dali jej obecność. Odpowiedzialność zmusiła ją do wstawania. W tej opowieści nie ma prostego przepisu na życie po stracie. Teresa nie mówi innym kobietom: zróbcie tak jak ja. Wie, że każda żałoba jest inna. Ale kiedy pytam, co powiedziałaby kobietom, które tracą partnera, kończą pracę, rozstają się po wielu latach albo stają w miejscu, odpowiada prosto: – Żeby się nie bały – To zdanie można źle zrozumieć, jeśli potraktuje się je zbyt powierzchownie. Nie chodzi o ucieczkę od emocji. Chodzi o to, by nie oddać im całego życia. By zostawić w nim choć trochę miejsca na ruch, ludzi, ciekawość, obowiązek, spacer, wyjazd, miasto, wnuki, pracę, wodę, cokolwiek, co pozwala złapać oddech.


















