Twórczość Tomasza Rogalińskiego wyrasta z dziecięcych wspomnień, rodzinnych doświadczeń i fascynacji psychologią głębi. W swoich pracach artysta łączy rzeźbę, rysunek, performens i symbolikę zaczerpniętą z natury oraz mitologii. O dzieciństwie, kaduceuszu, spirali i poszukiwaniu własnej tożsamości rozmawia z nami podczas wystawy prezentującej przekrój jego twórczości.

Kiedy po raz pierwszy pomyślałeś o sobie jako o artyście?
Myślę, że to nie wydarzyło się nagle. To był proces obecny właściwie od dzieciństwa. Bardzo wcześnie zacząłem lepić, rysować, wycinać, szyć. Tworzenie było dla mnie czymś naturalnym, tak samo jak zabawa. Dziś mogę powiedzieć, że sztuka jest najważniejszą częścią mojej tożsamości. Nie wyobrażam sobie życia bez tworzenia. Często myśli się o artyście tak, jakby narodził się dopiero na studiach albo w dorosłości. A przecież kreatywność rozwija się od najmłodszych lat. Jeśli dziecko ma przestrzeń do tworzenia i jest wspierane przez najbliższych, to ta wrażliwość rozwija się jak kwiat, dojrzewa, wydaje owoce. U mnie ogromne znaczenie miał dom rodzinny.

W jaki sposób rodzina wpłynęła na twoją twórczość?
Bardzo mocno. Mama wprowadziła mnie w świat estetyki codzienności. Obserwowałem przygotowywanie potraw, lepienie pierogów, dekorowanie wypieków. To była właściwie domowa sztuka formy. Tworzyła dla mnie kukiełki z kuli do ucierania ciasta albo pokazała, jak trzymać szydełko i wyrabiać łańcuszki. Z kolei tata wykonywał odlewy i modele dinozaurów. Patrzyłem, jak powstają formy przestrzenne, jak rodzi się rzeźba. Można powiedzieć, że moja twórczość wyrasta z połączenia tych dwóch światów: matriarchalnego i patriarchalnego.

W swoich wypowiedziach często odwołujesz się do psychologii Carla Gustava Junga. Skąd ta fascynacja?
Psychologia głębi pozwoliła mi nazwać wiele doświadczeń, które wcześniej intuicyjnie odczuwałem. Jung pisał, że symbole rodzą się z nieświadomości i ujawniają się poprzez obrazy, sny czy wizje. To jest mi bardzo bliskie, ponieważ moja twórczość często powstaje właśnie pod wpływem wizji i emocji. Sztuka stała się dla mnie formą samopoznania. Chciałbym jednak podkreślić, że nie tworzę pod wpływem tego, co powiedział Jung. Jego język, terminologia pozwoliła mi opisać sumę moich wewnętrznych doświadczeń.

Jednym z symboli, do których się odwołujesz, jest kaduceusz, czyli dwa splecione węże wokół laski zwieńczonej u góry skrzydełkami. Co oznacza dla ciebie ten motyw?
To symbol jednoczenia przeciwieństw. Odkryłem go po latach analizowania własnych prac. Najpierw pojawiał się intuicyjnie, w rysunkach, układach form, przede wszystkim w krwistoczerwonej „Zalążni”, z którą prowadziłem długą rozmowę, by pojąć jej ukryte znaczenia. Dopiero później zrozumiałem, że jej kształt przypomina w obrysie kaduceusz. Dwa splecione węże stały się dla mnie symbolem harmonii między pierwiastkiem kobiecym i męskim, obecnym w psychice człowieka, także w naturze. W dzieciństwie fascynowały mnie ślimaki, które są obojnakami. Wiedziałem o tym z atlasów przyrodniczych. Drugim istotnym symbolem jest dla mnie spirala, która występuje naturalnie w ich muszlach. Jest ona jednym z najstarszych symboli duchowych. Oznacza rozwój, przemianę, drogę do wnętrza siebie, ale także wyjście do świata zewnętrznego. W pewnym sensie cała moja twórczość jest próbą podążania za takim spiralnym ruchem pamięci i doświadczeń. Jednak u progu dorosłości zafascynowały mnie bezmuszlowce, które wydały mi się newralgiczne, delikatne, ale też mroczne, słowem – ambiwalentne jak emocje.

Jako dziecko, chciałeś być kucharzem, a teraz dostrzegasz sztukę również w gotowaniu.
Bo kuchnia także jest przestrzenią kreacji. W społeczeństwie często oddziela się sztukę od codzienności, a przecież kiedy wyrabiamy ciasto, mieszamy składniki, gotujemy potrawy, również tworzymy formy i kompozycje. Są tam kolory, faktury, zapachy, rytm pracy. Nawet ruch mieszania łyżką w zupie przypomina spiralę, a mąka rozcierana dłonią na blacie przywołuje indyjską mandalę. Gotowanie może porządkować emocje i wprowadzać harmonię, podobnie jak sztuka. Nasuwa mi się jeszcze skojarzenie z tortami, które często przypominają rzeźby, rzeźby do zjedzenia.

W twoich pracach ważną rolę odgrywa także kolor. Szczególnie róż i błękit.
Tak, ale też czerwień, która odzwierciedla temperaturę emocjonalnego wrzenia, choć może też symbolizować dojrzałość psychiczną. Jej łagodniejsze natężenie, czyli róż, symbolizuje dla mnie napływ treści nieświadomych, emocjonalnych i duchowych. Z kolei błękit jest związany z kulturowym wzorcem męskości. W jednej z prac zestawiłem oba te kolory, aby pokazać proces wewnętrznego przenikania się różnych aspektów osobowości. Przede wszystkim pierwiastka męskiego z pierwiastkiem żeńskim. Jednak jeżeli chodzi o kolor, często wybieram naturalną biel gipsu.

Pracujesz w niewielkiej przestrzeni, właściwie w pokoju zamienionym w pracownię. To wystarcza artyście rzeźbiarzowi?
Tak naprawdę ta przestrzeń żyje razem ze mną i dostosowuje się do procesu twórczego. Ten szeroki parapet, który specjalnie został wydłużony i wzmocniony, jest miejscem powstawania większości moich rzeźb. Jestem elastyczny, potrafię odnaleźć się w różnych warunkach, ale w przyszłości chciałbym mieć duży dom z pracownią i ogrodem, i mieć więcej wystaw.

Wspominasz o rzeźbie „Tęczowy duch”. Powstaje już kolejna wersja tej samej realizacji. Dlaczego wracasz do swoich prac?
Bo wizja nigdy nie jest martwa. Jeśli czuję, że dana forma nie osiągnęła jeszcze pełni, potrafię ją zniszczyć i zacząć od nowa. Sam zamysł pozostaje ten sam, ale zmienia się sposób jego urzeczywistnienia.
Nie masz oporu przed niszczeniem własnych prac?
Sztuka wymaga uczciwości wobec samego siebie. Czasami od początku wiem, że dana forma nie niesie tego napięcia, które widziałem „wewnętrznym okiem”. W psychice wszystko wydaje się pełniejsze, bardziej intensywne. Kiedy jednak wizja przechodzi do świata materialnego, okazuje się, że czegoś brakuje. Wtedy trzeba wrócić do początku. Wizje to dla mnie codzienność. Pracuję pod wpływem obrazów, które pojawiają się w psychice. One potrafią wracać nawet po kilku latach i właściwie domagają się realizacji. Mam czasem wrażenie, że rzeźba sama woła, wręcz krzyczy, żeby ją stworzyć. To bardzo intensywne doświadczenie. Moje rzeźby są zmaterializowanymi faktami psychicznymi. Coś wydostało się z nieświadomości, poruszyło mnie i przybrało symboliczną postać. Na przykład Ganesza zainteresował mnie nie tylko jako postać z mitologii indyjskiej, ale również dlatego, że według jednej z wersji mitu został ulepiony przez matkę z mułu.

Dla rzeźbiarza pracującego w glinie to niezwykle poruszający obraz. Jest w nim motyw stworzenia, cielesności i matczynej kreacji. Często wracam do motywów zwierzęcych, ponieważ one od zawsze były dla człowieka nośnikami symboli. Delfiny, ślimaki, koniki morskie czy meduzy nie pojawiają się w moich pracach przypadkowo. Interesują mnie ich znaczenia kulturowe i psychiczne. Delfiny w starożytności uznawano za przewodników dusz. Z kolei meduza jest fascynującym organizmem – potrafi zmieniać fazy rozwoju, a niektóre jej gatunki określa się wręcz jako biologicznie nieśmiertelne. To prowadzi mnie do refleksji nad przemianą, płynnością tożsamości i naturą człowieka.

W twoich wypowiedziach często pojawia się pojęcie „animy”, zaczerpnięte od Junga.
To bardzo ważny aspekt mojej twórczości i życia. Jung uważał, że każdy mężczyzna nosi w sobie pierwiastek kobiecy – animę. U mnie ta wrażliwość była obecna od dzieciństwa. Byłem chłopcem bardziej emocjonalnym, delikatnym, miałem więcej koleżanek niż kolegów, nie interesowała mnie rywalizacja czy stereotypowo męskie zachowania. W dzieciństwie było to akceptowane, ale później pojawiły się reakcje społeczne: odrzucenie, niezrozumienie, czasem wyśmiewanie.

To doświadczenie miało wpływ na twoją sztukę?
Ogromny. Przez wiele lat próbowałem zrozumieć, dlaczego pewne cechy są społecznie akceptowane u kobiet, a u mężczyzn już nie. Wrażliwość zaczyna być tłumiona, pojawia się lęk przed oceną i potrzeba ukrywania części siebie. Decyzja o zostaniu artystą pozwoliła mi tę wrażliwość odzyskać i wyrażać ją bez skrępowania poprzez sztukę. Uporządkować te doświadczenia pomogła mi psychologia Junga. Kiedy zacząłem go studiować, zrozumiałem, że wiele rzeczy, których doświadczałem, mieści się w naturalnym rozwoju psychicznym człowieka. To było bardzo uwalniające. Wiedza daje pewnego rodzaju grunt pod nogami. Człowiek przestaje czuć się kimś „dziwnym” albo odosobnionym.

Mówisz dużo o samoakceptacji.
Bo to jest fundament. Pierwszą osobą, która musi uwierzyć w twoją twórczość, jesteś ty sam. Można słuchać profesorów, krytyków czy odbiorców, ale ostatecznie artysta musi sam wiedzieć, czy jego praca jest prawdziwa. To wymaga zdrowej miłości do samego siebie – nie narcystycznej, lecz opartej na akceptacji własnej psychiki.
Po tylu latach pracy, czym jest dla ciebie tworzenie?
Próbą przechodzenia od chaosu do harmonii. Kiedy o tym myślę, widzę w myślach Jormungandra – ogromnego węża z mitologii skandynawskiej, symbol chaosu i zniszczenia, który w mojej wyobraźni zamienia się Uroborosa – węża zjadającego własny ogon. To znak nieustającej przemiany, odrodzenia i kreacji. Myślę, że właśnie tym jest sztuka: próbą ciągłego stwarzania siebie na nowo.




















