P4031648 Temat z okładki

Odczuwając niepokój: Kolumbia poza stereotypem

Fot: Sylwia Hille Jarząbek

Planując podróż do Kolumbii, cały czas zastanawiałam się, jak to będzie. Czytałam blogi podróżnicze, przewodniki i właściwie wszędzie było napisane: uważaj, nie idź,
nie przekraczaj, nie zapuszczaj się. Nie wiem, co bardziej sobie wyobrażałam: uzbrojonych sicario z karabinami maszynowymi, dilerów koki za każdym zakrętem, a może nawet „czarne wołgi”, kto się w PRL-u wychował, ten wie).

P3241018 Edytuj Temat z okładki
Barichata

Obraz grozy wzmagali także znajomi, którzy na hasło „Kolumbia” odpowiadali: „Odważnie”. A ja do najodważniejszych nie należę. Cierp ciało, skoroś chciało, w końcu ten dzień nadszedł. Wylądowaliśmy z mężem w Bogocie, stolicy Kolumbii. Plan podróży przewidywał zobaczenie wszystkiego, co możliwe i dostępne w trzy tygodnie.

Pierwsze zaskoczenie spotkało nas już na lotnisku, kiedy na postoju taksówek zobaczyliśmy same elektryczne auta. Spowita nocą Bogotá ukazywała naszym oczom murale, zieleń i całkiem przyjemną zabudowę mieszkalną. To był nasz ósmy z dwunastu krajów Ameryki Południowej, więc wiedzieliśmy mniej więcej, czego możemy spodziewać się w kontekście architektonicznym: ładnie w środku, brzydko na zewnątrz. Tym razem było inaczej.

P3220663 2 Temat z okładki
Koliber Cerro de Monsserrata

Dzielnica historyczna Bogoty leży u podnóża wschodnich wzgórz andyjskich, a z okien hotelu widok na górę Monserrate był obłędny. Na wzgórze wjeżdża kolejka linowa, a poza sanktuarium maryjnym są tam niezliczone ilości kolibrów różnych odmian oraz przepiękna roślinność.

La Candelaria, czyli dzielnica historyczna, zaskoczyła nas pięknymi uliczkami i bardzo dużą ilością graffiti. Plaza Bolívar imponuje rozmiarem, ale poza katedrą szczególnie warto udać się do Iglesia de Santa Clara, swoistej eksplozji złotego baroku. Tam słowa „wow”, „niesamowite” i „przepiękne” właściwie nie schodziły nam z ust.

P3251056 Temat z okładki
drzwi Barichara

Koniecznym punktem Bogoty są liczne muzea, z których na pierwsze miejsce wybija się Muzeum Złota. Drugie miejsce zajmuje kompleks muzealny Muzeum Botero, mieszczący się w kolonialnej hiszpańskiej casonie z wewnętrznymi patiami. Bardzo ciekawym doświadczeniem jest też wizyta w dawnym więzieniu Panóptico, w którym aktualnie znajduje się Muzeum Narodowe Kolumbii.

Oferta jest przebogata. Jest co zobaczyć: kościoły, place, skwery, muzea, murale. Co zaskakujące, pomimo obecności dużej liczby sprzedawców dóbr wszelakich, zwykłe „nie, dziękuję” wystarcza, by zostać pozostawionym w spokoju. Z całego serca rekomenduję w Ameryce Południowej odwiedzanie kościołów, bo tam historia kraju wychodzi wręcz ze ścian, portyków, małych kapliczek i drewnianych ołtarzy.

P3281315 Temat z okładki
Mural Medellin Comuna 13

Totalnym zaskoczeniem była mieszkalna dzielnica Bogoty, Chapinero, która zaczarowała nas nowoczesnością, bogactwem i miejską energią. Bogotá ma ponad 650 kilometrów infrastruktury rowerowej, a jedną z jej wielkich atrakcji jest słynna Ciclovía, czyli ulice zamykane w niedziele i święta dla samochodów, oddawane pieszym, rolkarzom oraz tysiącom rowerzystów. Kolarstwo to drugi po piłce nożnej sport narodowy Kolumbijczyków.

W Bogocie zabawiliśmy cztery dni, a następnie pojechaliśmy na północny wschód, niemal pod granicę z Wenezuelą. Początkowo chcieliśmy wypożyczyć auto, ale wiadomo: napadają, porywają i tym podobne historie. Wynajęliśmy więc samochód z kierowcą, tym bardziej że kosztował tyle, co auto bez kierowcy. I tak przez kolejne cztery dni czuliśmy się jak pasażerowie klasy biznes.

P3291353 Edytuj Temat z okładki
Solento

Ten odcinek Kolumbii omijany jest przez masową turystykę, głównie z lęku przed słowem „Wenezuela”, bo wiadomo, jeszcze nas ktoś z kimś pomyli. A to olbrzymi błąd. Po drodze znajdują się dwa niezwykłe kolonialne miasteczka: Villa de Leyva oraz Barichara. Magia tych miejsc polega na kolonialnej zabudowie „wszędzie”. Czyli, zrozumcie drodzy rodacy, to jest taka sytuacja, że w obrębie całego miasta nie można postawić kompletnie nic, co nie pasuje do całości. Konsekwencja architektoniczna, której można pozazdrościć.

P3291349 Temat z okładki
Solento

Villa de Leyva ma ogromny plac, który wygląda jak gotowa scenografia do westernu w klimacie: zły człowiek na wieży strzela do dobrego, a w konsekwencji oczywiście ginie, spadając z dzwonnicy. Całe miasteczko jest bielusieńkie, dające wręcz świetlisty obraz, a dachy pokryte są czerwoną, terakotową dachówką.

Barichara z kolei jest jak muśnięta kolorem zachodzącego słońca i plastra miodu. Kamień, bielone ściany i dwuspadowe czerwone dachy tworzą tam obraz tak spójny, że człowiek ma ochotę chodzić wolniej, żeby niczego nie przegapić. Tam też zaczyna się jeden z ciekawszych trekkingów w Kolumbii, prowadzący w stronę kanionu Chicamocha, jednego z najbardziej spektakularnych kanionów Ameryki Południowej. Nie pytajcie, czy warto, bo odpowiedź brzmi: tak.

P3271265 Temat z okładki
Ruta del Canon del Chicamocha

Ten etap podróży kończyliśmy w Bucaramanga, skąd lecieliśmy do Medellín, miasta Pabla Escobara, którego jedni nazywali Robin Hoodem, a inni po prostu przestępcą. Co to było za przeżycie, kołować nad zielonym miastem wiecznej wiosny! Medellín z góry wyglądało jak miasto wciśnięte między góry, rozlane po dolinie, soczyste, zielone i zupełnie inne niż wszystko, co wcześniej zobaczyliśmy w Kolumbii.

Dzielnica El Poblado to istna perełka, łącząca bogactwo zieleni z możliwościami dużego miasta. Restauracje, kawiarnie, nowoczesność, palmy, apartamentowce i ten rodzaj miejskiej energii, który sprawia, że człowiek natychmiast rozumie, dlaczego Medellín tak wielu osobom zawraca w głowie.

inkowie Temat z okładki
Dawna trasa rdzennego ludu Guane – Camino Real de Chicamocha

Cała opowieść o przemianie Medellín skupia się jak w soczewce w Comuna 13, dawnej dzielnicy sicarios, partyzantów, karteli i przemocy. To miejsce, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu budziło lęk, dziś żyje sztuką, muzyką i kolorem. Z ust do ust przekazywana jest historia Kolacho, młodego rapera i aktywisty, który wierzył, że zamiast przemocy można wybrać muzykę, taniec i sztukę. Pracował z młodymi ludźmi, próbując wyrwać ich z rzeczywistości karteli i ulicznej wojny. Został zamordowany, ale jego idea przetrwała.

P3210031 Temat z okładki

Dziś każdy mural opowiada historię mieszkańców Comuna 13, ludzi, którzy postanowili odzyskać swoje życie. Oglądając wieczorami seriale i dokumenty o Pablu Escobarze, zdałam sobie sprawę, jak bardzo jego historia została z jednej strony zromantyzowana, a z drugiej, jak mocno nasze polskie wyobrażenie o Kolumbii zatrzymało się w latach 90. W tej wizji pod samochodami wybuchały bomby, sędziowie rozstrzygali sprawy w maskach, a kartele robiły, co chciały, mordując swoich przeciwników i ich rodziny.
Godzinę drogi od Medellín, w nieprawdopodobnych okolicznościach przyrody, znajduje się Guatapé. To miejsce wygląda tak, jakby ktoś postanowił połączyć kolorowe miasteczko, Mazury i ogromną skałę wyrastającą nagle z ziemi. O jego sławie decydują trzy osobliwości.

Pierwsza to El Peñol, monumentalna granitowa skała wysoka na około 220 metrów, na którą prowadzi ponad 700 schodów. Druga to sztuczne rozlewiska, powstałe po wybudowaniu w latach 70. hydroelektrowni. Trzeba przyznać, że widok zielonych wysp, zatok i półwyspów robi wrażenie. Trzecia to La Manuela, dawna rezydencja Pabla Escobara, nazwana imieniem jego córki.

Escobar, jak przystało na człowieka, który miał wszystkiego za dużo, miał też własne zoo. To właśnie z jego prywatnej kolekcji uciekły, nielegalnie sprowadzone z Afryki, hipopotamy, które po latach rozmnożyły się na wolności i dziś są jednym z najbardziej absurdalnych, a jednocześnie realnych problemów ekologicznych Kolumbii. Po La Manueli zostały ruiny i legenda, która w Kolumbii wciąż budzi bardzo mieszane emocje. Eksplorować można ją na quadach, koniach, rowerach, a nawet przelecieć się nad nią helikopterem.

Dzisiejsza Kolumbia tętni życiem, radością, tańcem, uprzejmością i rozwojem, którego niejeden kraj mógłby jej pozazdrościć. Jednocześnie nie jest to miejsce, w którym można całkowicie wyłączyć czujność. Są rzeczy, na które trzeba uważać bardziej niż zwykle, i rejony, do których po prostu nie należy się zapuszczać. Ale o tym później.

Trudno być w Kolumbii i pominąć wizytę w Salento. Kolejne spójne miasteczko, tym razem bardzo kolorowe, gdzie szczególnie drzwi i okna wyrażały całą moc radości tego miejsca. Główny plac pełen jest czerwonych, zielonych, pomarańczowych i żółtych jeepów Willys, które zapraszają na plantacje kawy albo do magicznej Cocora Valley.
To właśnie tam rosną unikatowe palmy woskowe, najwyższe palmy świata, które mogą osiągać nawet około 60 metrów wysokości. Sam szlak turystyczny, na którym z łąki wchodzi się nagle do regularnej dżungli, na długo pozostanie w naszej pamięci. Sześć godzin marszu, gęsta roślinność, liczne wiszące mostki do pokonania oraz wspinaczka na szczyt, gdzie znajduje się rezerwat kolibrów. Kolibry już widzieliśmy, ale pani z kubkiem gorącej czekolady i plastrem słonego sera, po trudzie wspinaczki w wilgoci i towarzystwie moskitów, była prawdziwym uwieńczeniem wyprawy.

W drodze powrotnej złapała nas burza i deszcz, co tylko potwierdziło naszą teorię, że Kolumbia jest jak ogród podlewany wieczorem i wczesnym rankiem, a za dnia wystawiany do pięknego słońca.

Jako wisienkę na torcie zostawiliśmy kolumbijskie Karaiby, celowo zwalniając tempo wyprawy i omijając noclegi w najbardziej turystycznych miastach. Od wielu lat naszym sprawdzonym modelem podróżowania jest szukanie równowagi między intensywnym zwiedzaniem a dbaniem o własny komfort. Wspólnie wybieramy najlepszą z możliwych opcji, tak aby miejsce, w którym śpimy, było nie tylko bazą wypadową, ale też częścią doświadczenia.

P3230869 Temat z okładki

Mieliśmy już na swoim koncie urokliwe noclegi w kolonialnych budynkach, łączących historię z nowoczesnym komfortem, i hotele zatopione w zieleni, więc przyszedł czas na spełnienie instagramowej wersji luksusu, czyli willę nad rzeką i domek na morzu. Bo człowiek niby z Wiśniewka, a jednak czasem chce sprawdzić, jak wygląda raj z folderu reklamowego. Marzenie spełnione, ale zastrzeżenia były.

Wody nie da się wyłączyć. O nie. Jeśli więc twoja wrażliwość na bodźce słuchowe jest ponadprzeciętna, przygotuj się do spania w słuchawkach. Rzeka Río Piedras w kwietniu to rwący, górski żywioł ze spiętrzonymi masami wody, a liczne kamienie tworzą małe, magiczne, ale też głośne wodospady.

P3251069 Temat z okładki

Wchodząc do niesamowitego Resortu Senda Watapuy przy Parku Narodowym Tayrona, widok łączący basen infinity z masywem Sierra Nevada de Santa Marta wydaje się spełnieniem marzeń o raju. Choć Adama i Ewę należałoby zapytać, czy rzeczywiście tak jest.

Park Tayrona to kolejne miejsce na kolumbijskiej bucket list. Trekking przez las prowadzi do magicznych plaż pokrytych piaskiem, w którym drobinki kamyczków imitujących złoto zamieniają skórę w aksamit posmarowany modnym olejkiem z drobinkami złota. To coś, czego naprawdę warto doświadczyć. Odwiedziliśmy park dwukrotnie, kolejnego dnia wybierając opcję zwiedzania konno. Ahoj, przygodo.

Planem na zakończenie kolumbijskiego tripu był wypoczynek na wyspie. Tu również zdecydowaliśmy się na opcję niewybieraną przez większość. Ze względu na bliskość Kartageny, ogromną popularnością w turystyce zorganizowanej cieszą się Wyspy Różańcowe i wyspa Barú, oddalone zaledwie o krótki rejs łodzią. Nasz wybór padł jednak na Isla Múcura.

Spokój, brak tłumów, zero głośnej muzyki i piękna plaża gwarantowały prawdziwy wypoczynek. Rafy koralowe dostarczały dodatkowych doznań, ale to właśnie tam spotkało nas najbardziej magiczne przeżycie całej podróży, czyli bioluminescencyjny plankton.

Można go zobaczyć w pobliskiej Zatoce Tintipán, do której płynie się łodzią po ciemku, właściwie nie bardzo wiedząc, czego się spodziewać. Początkowo nie dzieje się nic. Ciemność, cisza, ciepła woda i lekkie poczucie, że może właśnie daliśmy się namówić na kolejną turystyczną opowieść. Ale wystarczy wskoczyć do wody. Plankton, odbierając ruch jako zagrożenie, zaczyna świecić. I nagle dzieje się coś, co trudno racjonalnie opisać. Wokół ciała pojawia się niebieska poświata, każdy ruch ręką czy nogą sprawia, że woda zaczyna iskrzyć milionami maleńkich światełek, jakby ktoś rozsypał pod powierzchnią mikroskopijne fajerwerki. Poczucie, że unosicie się razem w ciepłej ciemności, świecąc własnym ruchem, jest doświadczeniem tak nierzeczywistym, że aż trudno nie nazwać go mistycznym. Są takie chwile w podróży, kiedy człowiek nic nie mówi, bo każde słowo tylko by przeszkadzało. To była właśnie jedna z nich.

Tuż obok Tintipán znajduje się Santa Cruz del Islote, maleńka wyspa uznawana za jedno z najgęściej zaludnionych miejsc na świecie. Paradoks kolumbijskich Karaibów polega więc na tym, że z jednej strony szukasz ciszy, przestrzeni i własnego kawałka plaży, a z drugiej dosłownie po sąsiedzku istnieje miejsce, gdzie prywatność jest pojęciem niemal abstrakcyjnym.

P3291389 Temat z okładki

Po pięciu dniach cudownych chwil, kolacji niespodzianek w różnych częściach uroczego Punta Faro, niezliczonej liczbie iguan, żółwi, pelikanów i ptactwa wszelakiego, zakończyliśmy naszą wyprawę w Kartagenie. Wizytę w tym mieście mocno rekomenduję, choć niekoniecznie z noclegiem. Wystarczy wejść do historycznej dzielnicy otoczonej murami, żeby zrozumieć jej fenomen. Kolorowe kolonialne kamienice, drewniane balkony, ukwiecone fasady, place pełne życia i potężne mury obronne tworzą obraz miasta pięknego, dusznego, głośnego, bardzo turystycznego, ale absolutnie nie do pominięcia.

P3281333 Temat z okładki

A na koniec łyżka dziegciu. Kolumbia jest zachwycająca, żywa, gościnna i dużo bezpieczniejsza, niż podpowiadają nam wyobrażenia zatrzymane w latach 90., ale nie jest krajem, w którym warto całkowicie wyłączać czujność. Według przewodnika Lonely Planet ostrzega, że nawet około 50 tysięcy osób rocznie pada ofiarą skopolaminy, nazywanej tam burundangą. To substancja, która odbiera pamięć i wolę działania, wykorzystywana nie tyle do przemocy seksualnej, co najczęściej do kradzieży pieniędzy, telefonów, laptopów czy pozyskiwania dostępu do kont i kart. Ostrożność polegająca na bywaniu w rekomendowanych miejscach, korzystaniu ze sprawdzonych restauracji i nieprzyjmowaniu napojów, które nie zostały otwarte przy nas, nie jest przejawem paranoi, tylko zdrowego rozsądku. Co ciekawe, sami Kolumbijczycy doskonale to wiedzą.

P3281341 1 Temat z okładki

W wielu miejscach napoje przynoszono nam zamknięte albo otwierano przy nas.
Druga rzecz to wybór trasy. Są rejony Kolumbii, szczególnie przy niektórych granicach i na terenach trudno dostępnych, gdzie nadal działają grupy zbrojne i kartele narkotykowe. Zazwyczaj nie interesują się turystami, bo funkcjonują z dala od głównych tras turystycznych. Ale wiem, że są wśród nas osoby, dla których słowo „niedostępne” brzmi jak zaproszenie. W Kolumbii słowa „nie możesz tam jechać” zawsze traktujemy jak nakaz i stosujemy się do niego.

Jeśli więc chcecie wrócić z Kolumbii z pięknymi wspomnieniami, a nie materiałem na serial dokumentalny, planujcie rozsądnie, pytajcie w hotelach o sprawdzone taksówki, firmy wycieczkowe jeśli podróżujecie samodzielnie i pamiętajcie, że zasada ograniczonego zaufania powinna działać na każdym kontynencie. Nawet wtedy, gdy raj wygląda naprawdę przekonująco.

P3220279 2 Temat z okładki

I może właśnie to jest w Kolumbii najpiękniejsze. Kraj, do którego jechaliśmy z głową pełną wyobrażeń, okazał się miejscem pełnym spokoju, serdeczności i zachwytów. Paradoksalnie była to jedna z naszych najspokojniejszych podróży, a jednocześnie jedna z najbardziej różnorodnych. Było intensywne zwiedzanie miast, trekkingi przez góry i dżunglę, kolonialne miasteczka, karaibskie plaże, konie, łodzie i chwile absolutnego nicnierobienia. Kolumbia nie daje się zamknąć w stereotypach. Trzeba ją po prostu przeżyć.