Na kamienne prace Mirosława Engela trafiłam w internecie. Zainteresowały mnie nie tylko rzeźbione na nich wzory, ale i samo miejsce – niewielka wieś niedaleko Słupska – Grąbkowo. I choć wydawałoby się, że jedynym interesującym obiektem wsi powstałej w 1584, będzie neobarokowy pałac powstały pod koniec XIX wieku, to tak nie jest.
Droga prowadzi przez pola, między wzniesieniami i lasem. A kiedy pada, deszczowa woda spływa po zboczu, odsłaniając kolejne kamienie. Niektóre leżą od wieków. Inne dostały nowe życie dopiero niedawno – kiedy trafiły w ręce Mirosława Engela.
Na pierwszy rzut oka wyglądają jak zwykłe głazy pozostawione przez lodowiec. Dopiero z bliska widać wyryte symbole, twarze, ornamenty i postacie. Jeden przedstawia miecz z epoki brązu, inny popielnice pomorskie. Na kolejnym pojawia się kobiecy brzuch z wpisanym znakiem litery V, dalej łowcy, hodowcy, napierśniki, szpile, motywy paproci i neolityczne flasze z kryzą. Kamienie stoją przy drodze gminnej, rozrzucone po wzgórzu niczym ślady dawnego świata.

Wszystko zaczęło się od archeologii.
– Jeżeli na polu znajdę ceramikę, to kręcę się w tym miejscu i szukam dalej – opowiada. – Ceramika jest wyznacznikiem, że było tu życie.
Od lat chodzi z wykrywaczem po polach. Początkowo szukał monet i guzików, bardziej dla zabawy niż z pasji badacza. Wykrywacz kupił dzieciom, ale to on zaczął używać go najczęściej. Z czasem zaczął współpracować z archeologami, uczestniczyć w badaniach. Wtedy wszystko się zmieniło.
Dziś mówi o dawnych kulturach z fascynacją człowieka, który próbuje dotknąć przeszłości. W okolicy Grąbkowa widzi coś więcej niż pola i lasy. Po lewej stronie wzgórza znajduje się ślad neolitycznego osadnictwa. Za lasem – cmentarzysko z epoki brązu. W innych miejscach megality sprzed pięciu i pół tysiąca lat, kurhany i stanowiska archeologiczne, których przypadkowy przechodzień nawet nie zauważy.
– Żyjemy tutaj na pozostałościach dawnych kultur – dodaje.
To właśnie te odkrycia przeniósł na kamień.




Mirosław Engel podkreśla, że nie ma dwóch takich samych głazów, tak jak nie ma dwóch identycznych ludzi, a on tylko nadaje im twarz.
Kamienie pozyskiwane są z pól. Rolnicy wyciągają je specjalnymi maszynami, żeby nie niszczyły kombajnów. Często trafiają potem na miedze albo przydrożne rowy. Wtedy prosi operatorów ciągników o pomoc w transporcie. Niektóre głazy są tak ciężkie, że trzeba używać maszyn do ich przewożenia i ustawiania.
Jeden z nich był dawniej znacznikiem granicy pola. Inny leżał wyrzucony na skraju drogi. Jeszcze inny tkwi pół metra w ziemi, bo był zbyt ciężki, by osadzić go wyżej.
Rzeźbienie trwa czasem wiele godzin, ale sam proces dojrzewa znacznie dłużej. Mirek mówi, że kamień trzeba obserwować, dotykać, chodzić wokół niego. Dopiero po czasie ujawnia swój kształt.
– Kamień czasami podpowiada, jest wypukły albo wklęsły i wtedy już wiadomo, co można z niego wydobyć.
Jeden z głazów leżał na podwórku dwa miesiące, zanim pojawił się pomysł. Codziennie przechodził obok niego i niczego nie widział. Aż przyszedł ten moment i rzeźbienie trzeba było zacząć od razu.
Nie wszystkie rzeźby mają tylko archeologiczne znaczenie. Niektóre niosą symbole życia i przemijania. W jednym z kamieni umieścił kobiece łono, motyw narodzin i paproć oznaczającą odrodzenie. W innym wyrył neolityczną flaszę z kryzą jako znak rytuałów i zmienionych stanów świadomości.
– Kamień jest niezniszczalny – opowiada Mirosław. – Domy się rozwalają, ktoś je wyburzy, a kamień będzie stał dalej.




Może właśnie dlatego tworzy bez wynagrodzenia. Mieszkańcy pytają czasem, ile na tym zarabia. Dziwią się, że zamiast zająć się „normalną pracą”, woli błądzić po lesie i rzeźbić w kamieniu.
Wtedy mówi im, że chce zostawić po sobie coś więcej niż epitafium.
Archeologia, którą się fascynuje, opowiada głównie o końcu – o pochówkach i śmierci. Tymczasem jego kamienie mają być drogą. Znakiem życia ludzi, którzy mieszkali tutaj tysiące lat temu.
Kiedy znajduje przedmiot z epoki brązu, np. neolityczną siekierkę, myśli o człowieku, który dotykał jej cztery tysiące lat wcześniej.
– To coś niesamowitego – mówi. – Ostatni raz trzymał to ktoś tysiące lat temu, a teraz ja dotykam tego jako pierwszy.
Na wzgórzu w Grąbkowie stoi dziś około trzydziestu kamiennych rzeźb. Między nimi biegnie droga, wokół rozciągają się pola i lasy. Wiatraki obracają się powoli nad polami, a z łąk dochodzi głos żurawi.
To nie jest wielka góra ani ogromny las. A jednak ten człowiek widzi tutaj coś, czego inni często nie dostrzegają.
– Ten kamień waży ponad pół tony. Kilku ludzi próbowało go podnieść, bez skutku. Widać ślady po łomach wbitych w szczeliny, przesunięcia ziemi i wysiłek tych, którzy chcieli go poruszyć. Mirosław Engel oblewa jego powierzchnię wodą, żeby wydobyć kolory i rysy. Wtedy lepiej widać twarz.
– Tydzień nad nim pracowałem – mówi spokojnie.
Wizerunek przypomina dawne przedstawienia wczesnośredniowiecznych postaci. Kamień leży dokładnie tak, jak chciał jego autor. On uważa, że nie powinno się go już ruszać.




Na wzgórzu w Grąbkowie każdy głaz ma własną historię. Jedne opowiadają o epoce brązu, inne o średniowieczu albo jeszcze starszych czasach. Ale w rzeczywistości wszystkie mówią o tym samym, o człowieku, który od tysięcy lat próbuje zrozumieć świat wokół siebie.
Mój rozmówca często powtarza, że dawne kultury uczyły się bezpośrednio od przyrody. Wystarczy spojrzeć na rośliny, drzewa albo zwierzęta, by odnaleźć ślady dawnych ornamentów. Spacerując po lesie, zauważa podobieństwa między spiralami na pradawnych szpilach a rozwijającymi się liśćmi paproci. Na młodych pędach świerków widzi kształty przypominające dawne pierścienie ozdobione wypukłymi guzkami.
Podczas pracy nad kamieniami często słucha muzyki. Każdy kamień ma własny rytm i własne brzmienie. Jednemu towarzyszy spokojna melodia, innemu mocniejsze dźwięki. Nie potrafi wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje.
– Muszę się chyba odpowiednio nastroić – zastanawia się.
Muzyka zagłusza wtedy odgłosy szlifierki i uderzeń młota. Znikają ptaki, owady i szum drzew. Zostaje tylko kamień i człowiek.
Z oddali widać pałac w Grąbkowie. Prowadzi do niego prosta droga, szczególnie wyraźna zimą, kiedy drzewa tracą liście. On sam mówi, że dawniej wszystko było projektowane z myślą o przestrzeni i krajobrazie. Dzisiaj wielu ludzi przestaje zwracać uwagę na takie szczegóły. Podobnie jest z archeologią. Największe emocje nie zawsze budzą złote przedmioty. Oczywiście pamięta znalezioną złotą obrączkę i złotą monetę z XV wieku, zwiniętą prawdopodobnie po to, by łatwiej było ją ukryć albo nosić przy sobie podczas jazdy konnej. Ale prawdziwą satysfakcję daje mu coś innego.
– Najlepszą nagrodą jest to, że zabytek zostanie opisany – mówi – i dodaje, że jest dumny z wystawy przygotowanej przez muzeum w Lęborku. Znaleziska z jego okolicy zostały pokazane ludziom, opisane i przypisane do konkretnych miejsc w gminie Potęgowo. Dla Engela to dowód, że wieloletnie poszukiwania miały sens.



Na jednym z kamieni wyrzeźbił jelenia z wikińskiej monety. Obok pojawiła się spirala życia – symbol, który, jak mówi, powraca od neolitu aż po współczesność.
Odpowiadając na moje pytanie, co cieszy go najbardziej, mówi, że współpraca z archeologami. Dzięki jego odkryciom przeprowadzono badania sondażowe.
Potwierdziły istnienie wielokulturowego stanowiska archeologicznego. Zarejestrowano nowe ślady osadnictwa – od schyłku neolitu i epoki brązu po średniowiecze.
Mówi o archeologach z szacunkiem, ale podkreśla też, że współpraca wymaga wzajemnego zaufania. Poszukiwacz i naukowiec muszą nauczyć się siebie nawzajem. Kiedy znajduje coś ciekawego, natychmiast wysyła zdjęcia znajomym archeologom. Wspólnie próbują ustalić pochodzenie przedmiotu, jego wiek i funkcję. Nie wszystko da się rozpoznać od razu. Monety bywają łatwe do identyfikacji, bo mają napisy i symbole. Ale stare ozdoby czy fragmenty przedmiotów wymagają wielu godzin szukania w książkach i katalogach.
Żona Magda śmieje się, że archeologia stała się całym jego życiem. Nawet codzienne przedmioty kupuje z myślą o tym, jak wykorzystać je do tworzenia replik zabytków.
Mirosław Engel największe emocje przeżył niedawno, kiedy znalazł siekierkę z podniesionymi brzegami. Wystawała z ziemi zaledwie na kilka centymetrów, ale od razu wiedział, co trzyma w rękach.
– Wtedy emocje uderzają od razu – mówi.
W Grąbkowie te emocje zostały zapisane w kamieniach. W śladach dłuta, nierównościach powierzchni i niedokończonych fragmentach. Celowo pozostawia czasem znaki pracy narzędzi. Chce, by było widać, że rzeźbił człowiek, a nie maszyna.
Bo jego kamienie nie mają być idealne.
Mają przypominać, że pod ziemią nadal ukryte są historie ludzi, którzy żyli tutaj tysiące lat temu. Nasz leśny spacer Mirosław Engel kończy tekstem, który napisał w 1994 roku:
Kiedyś piękno lasu nocą
zobaczycie, wilka w nim – bać się
nie będziecie. Ścieżki będą miały
koniec, a mowa jego zamilknie.
Idąc i słuchając głosu lasu,
zakochacie się w poświacie
księżyca widniejącej na końcu.




















