Po powrocie z Sewilli wachlarze nie trafiają do szuflad, a sukienki nie są tylko pamiątką z podróży. W Studiu Tańca Astra w Koszalinie stają się częścią opowieści: o Ferii de Abril, flamenco, kobiecej odwadze, kolorze, rytmie i radości.
W sali tanecznej szkoły Astra rozmowa zaczyna się właściwie od detali. Od wachlarzy, które trzeba rozłożyć odpowiednim ruchem. Od butów przywiezionych z Hiszpanii, bo te do flamenco są czymś więcej niż elementem stroju – są narzędziem pracy, rytmu i charakteru. Od sukienek, z których każda ma inną linię, kolor, ciężar, przeznaczenie. Jedne są do tańca, drugie tylko na Ferię, do parady i świętowania, do bycia częścią wielkiego andaluzyjskiego święta.

Przy stole siedzą kobiety, które jeszcze niedawno szły ulicami Sewilli ubrane tak, że to z nimi chciano robić zdjęcia. Teresa Jakubowska, Irena Osoś, Iwona Makowska, Weronika Kobierska i Marlena Krawczyk – instruktorka, przewodniczka i osoba, która tę koszalińską wyprawę poprowadziła. Razem tworzą Flamenkity, grupę kobiet związanych ze szkołą tańca Astra, które od lat uczą się flamenco nie dla efektu, ale dla głębszego doświadczenia. Do Sewilli pojechały nie po to, żeby zobaczyć Ferie de Abril zza barierek. Ten etap miały już za sobą. Kiedyś były tam „po cywilnemu”, jak same żartują – bez strojów, bez wejścia w środek wydarzenia, bardziej jako obserwatorki. Tym razem chciały uczestniczyć w Ferii naprawdę. Zatańczyć, wejść w rytm miasta, sprawdzić, czym jest flamenco tam, gdzie nie jest egzotycznym dodatkiem, ale częścią codzienności, tradycji i sposobu bycia.
Feria, czyli miasto, które świętuje
Feria de Abril w Sewilli oficjalnie rozpoczyna się zwykle dwa tygodnie po Wielkanocy, po Semana Santa, a jej start wyznacza alumbrao – uroczyste rozświetlenie bramy wejściowej i całego terenu tysiącami świateł. Przez blisko tydzień stolica Andaluzji żyje inaczej: głośniej, bardziej odświętnie, z rozmachem, ale też według zasad, które dla mieszkańców są oczywiste.

Na Real de la Feria powstaje tymczasowe miasteczko z setkami casetas – namiotów, a właściwie małych salonów, w których spotykają się rodziny, przyjaciele, stowarzyszenia, firmy, grupy społeczne. Po raz pierwszy odbyła się 18 kwietnia 1847 roku. Pierwotnie wydarzenie to zostało zorganizowane jako doroczny jarmark i targ bydła dla rolników, z czasem jednak przekształciło się w jedno z największych i najbardziej kolorowych świąt kulturowych w Hiszpanii. Casetas dawniej było kilkanaście, dziś jest ich ponad tysiąc. Większość pozostaje prywatna, przekazywana z pokolenia na pokolenie, a na możliwość posiadania własnej casety czeka się podobno latami. Te publiczne są nieliczne, ale to one pozwalają turystom wejść w środek święta: napić się wina fino albo rebujito, spróbować tapas, posłuchać muzyki i zobaczyć, jak tańczy się sevillanas.
Flamenkity opowiadają o Ferii nie tylko w kontekście festynu. Rozmawiamy o koniach andaluzyjskich, powozach, elegancko ubranych mężczyznach, kobietach w sukniach z falbanami, młodzieży w garniturach, rodzinach, które nie idą „przy okazji”, ale przychodzą świętować. Zwróciły uwagę na coś, co w Polsce coraz rzadziej jest oczywiste: celebrowanie wyjścia. Strój nie jest tam przebraniem. Jest znakiem szacunku dla wydarzenia, dla miejsca, dla tradycji i dla siebie nawzajem.

W ciągu dnia odbywa się Paseo de Caballos – widowiskowy przejazd koni i powozów. Wieczorami casetas wypełniają się muzyką. Tańczy się sevillanas, śpiewa, rozmawia, je, pije, spotyka. Dla przybysza może to wyglądać jak niekończąca się zabawa. Dla mieszkańców Sewilli to część tożsamości. Czas rodzinnego świętowania.
Nie tylko patrzeć, ale wejść w rytm
Dzień Flamenkit w Sewilli nie zaczynał się od Ferii. Najpierw śniadanie, warsztaty, zwiedzanie, posiłek, potem Feria. Wyjazd miał charakter taneczny i kulturowy. Panie uczestniczyły w lekcjach, szkoliły swoje umiejętności, rozpoczęły naukę nowej choreografii – pięknego tańca z wachlarzem. Dla grupy to zaczątek nowego repertuaru, który będzie później ćwiczony już tutaj, w Koszalinie.

Flamenco, jak podkreślają, nie jest tańcem, który wystarczy „odtworzyć”. Nie wystarczy szeroka spódnica, wachlarz i kilka teatralnych gestów. W flamenco pracuje całe ciało: stopy, dłonie, głowa, ramiona, postawa, spojrzenie. Potrzebne jest poczucie rytmu, muzykalność, temperament, ale też zrozumienie charakteru tańca. To nie jest ruch dla samego ruchu. To opowieść, w której ciało musi mieć głos. Właśnie dlatego tak ważne było dla nich zobaczenie flamenco w jego naturalnym środowisku. Nie na pokazie przygotowanym dla turystów, ale w mieście, w którym dzieci od małego widzą taniec, słyszą klaskanie, uczą się sevillanas, obserwują dorosłych w święcie, w stroju, w muzyce. Tam flamenco nie musi być tłumaczone od podstaw. Jest obecne w przestrzeni. Jednym z wyjątkowych momentów był taniec na Placu Hiszpańskim. Dla kogoś z zewnątrz może to brzmieć jak kolejny punkt programu. Dla tancerek flamenco to szczególne miejsce. Zazwyczaj tańczą tam zawodowcy, a inni patrzą. Tym razem koszalińskie Flamenkity miały możliwość zatańczyć właśnie tam. Nie jako widzki, a jako uczestniczki.
Sukienki, wachlarze i lekcja elegancji
W opowieści pań dużo miejsca zajmuje moda. Feria ma swoją estetykę, zmieniającą się, żywą, podlegającą trendom. Flamenkity zauważyły, że pewne dodatki, które jeszcze niedawno wydawały się oczywiste, dziś w Sewilli nie są już tak modne. Róże we włosach czy grzebienie ustępują miejsca innym ozdobom. Kolory nadal pozostają ważne, ale wszystko wymaga wyczucia. Sukienki na Ferię to osobna kategoria. Nie zawsze nadają się do tańca. Bywają bardzo dopasowane, ciężkie, znakomicie odszyte, stworzone do chodzenia i pozowania. Do tego dochodzą buty, wachlarze, chusty, kolczyki, korale, kastaniety. Każdy element ma znaczenie. Każdy może stać się pamiątką, ale też częścią warsztatu.
Jest w tym także coś bardzo kobiecego. Flamenco pozwala kobietom wejść w siłę, której często nie daje codzienny strój i szybkie tempo życia. Tu trzeba się wyprostować. Nie przepraszać za kolor, ruch i spojrzenie. Flamenkity mówią o tym prosto: w Hiszpanii starsze kobiety nie znikają. Przeciwnie – bywają podziwiane, szanowane, zauważane. Wiek nie odbiera im prawa do tańca, stroju i radości.

Sewilla z bliska
Była również corrida – wydarzenie trudne do prostego opisania, bo budzi emocje i sprzeciw, a jednocześnie w Andaluzji pozostaje częścią tradycji, ceremonii i lokalnego kodu kulturowego. Panie mówią o niej z ostrożnością, świadome, że nie dla każdego jest to doświadczenie łatwe do przyjęcia. Zwracają jednak uwagę na całą oprawę: elegancję widowni, ciszę podczas walki, reakcje publiczności, stroje matadorów, rytuał, napięcie, odwagę, teatralność i powagę widowiska. Nie traktują tego jak atrakcji, a raczej jak spotkanie z elementem kultury, który trzeba zobaczyć w jej kontekście, nawet jeśli zostawia w człowieku pytania.
Taniec, który wymaga cierpliwości
Flamenkity nie ukrywają, że flamenco jest trudne. W Koszalinie nie ma tłumów chętnych, zwłaszcza młodych osób. Wiele kobiet przychodzi, próbuje, a potem rezygnuje, bo pierwszy etap bywa wymagający. Trzeba nauczyć się rytmu, pracy stóp, koordynacji, dłoni, postawy. Trzeba oswoić własne ciało i własne opory. Ale te, które zostają, wiedzą, dlaczego warto. Flamenco nie wymaga partnera. Daje niezależność. Pozwala tańczyć samej, ale nie samotnie, bo grupa staje się wspólnotą. Wspólne próby, wyjazdy, występy i rozmowy budują relację, która wykracza poza zajęcia raz w tygodniu. To jest ruch, ale też sposób na energię, dyscyplinę, kobiecość, odwagę i spotkanie z samą sobą.

Kawałek Andaluzji w Koszalinie
Sewilla została w ich opowieściach, zdjęciach, wachlarzach i butach. Ale ciąg dalszy tej historii dzieje się tutaj – w Koszalinie. W szkole tańca Astra, gdzie flamenco nie jest tylko importowaną ciekawostką, lecz pasją rozwijaną konsekwentnie przez kobiety, które mają odwagę uczyć się, występować, zakładać kolorowe suknie i wychodzić na scenę mimo tremy, wieku, obowiązków i codziennych hamulców. Nie trzeba być zawodową tancerką, żeby zacząć. Trzeba mieć ciekawość i gotowość, by przez chwilę odłożyć na bok myśl: „czy wypada?”. Flamenkity pokazują, że wypada. Wypada tańczyć, uczyć się, podróżować, zachwycać się strojem, pytać, próbować, mylić się i wracać na salę. Wypada mieć pasję, która dodaje koloru codzienności.
A gdy słucha się ich po powrocie z Sewilli, łatwo zrozumieć, że flamenco nie kończy się wraz z muzyką. Ono zostaje w sposobie, w jaki kobieta prostuje plecy, otwiera wachlarz i zaczyna opowiadać własnym rytmem.



















