Kiedy Amelia Tylec, Emilia Lech, Zofia Banaszyk, Amelia Gryciuk, Maja Bonk i Patrycja Miarka, uczennice klasy trzeciej VI Liceum Ogólnokształcącego w Koszalinie, zgłosiły swój projekt do Olimpiady „Zwolnieni z Teorii”, nie wybrały tematu oczywistego. Postanowiły pójść w stronę świata, który istnieje blisko nas, choć coraz rzadziej zaglądamy do niego na co dzień. „Eviva l’arte – niech żyje sztuka” stało się dla nich pretekstem do spotkań z lokalnymi rzemieślnikami i twórcami: szewcem, kaletnikiem, witrażystką, hafciarką, kowalem, modystką, stroicielem fortepianów, zegarmistrzem, lalkarką, osobami pracującymi z drewnem, dawnymi przepisami i rekonstrukcją historyczną.
Rozmawiając z nimi, trudno było nie zauważyć, że za tym projektem kryło się coś więcej niż zaliczenie kolejnych etapów olimpiady. Była ciekawość, trochę odwagi, ale też potrzeba sprawdzenia, czego młodzi ludzie mogą nauczyć się od tych, którzy swój fach doskonalili latami i nie z podręcznika, lecz przez powtarzanie, cierpliwość i codzienny kontakt z materiałem.
Warsztaty, w których czas płynie inaczej
Pomysł, jak same przyznały, zaczął się dość nieoczekiwanie – od Kazimierza Przerwy-Tetmajera omawianego na lekcji języka polskiego. Dziewczyny szukały inspiracji do projektu i nie chciały robić czegoś typowego. Hasło sztuki, rzemiosła i twórczości pociągnęło je dalej. Zaczęły szukać ludzi, którzy w Koszalinie i okolicy nadal wykonują zawody wymagające sprawnych rąk, precyzji, wyczucia i wiedzy przekazywanej często w bezpośrednim kontakcie z drugim człowiekiem.

Na ich drodze pojawili się m.in. szewc, kaletnik, modystka, hafciarka, witrażystka, kowal, zegarmistrz, stroiciel pianin i fortepianów, osoby wykonujące drewniane przedmioty, piekące chleb według dawnych receptur, zajmujące się lalkami motankami czy rekonstrukcją historyczną. Każde spotkanie było inne, bo każdy fach ma własny rytm. Inaczej rozmawia się z kimś, kto naprawia skórzane torby i portfele, inaczej z osobą, która pracuje ze szkłem, jeszcze inaczej z kimś, kto potrafi wydobyć właściwy dźwięk z fortepianu albo wykonać przedmiot z drewna tak, by był i użyteczny, i piękny.
Dziewczyny szybko zobaczyły, że wiele z tych profesji staje się dziś mniej widocznych nie dlatego, że straciły sens, ale dlatego, że zmieniły się nasze przyzwyczajenia. Łatwiej kupić nowe buty niż zanieść stare do szewca. Łatwiej wybrać rzecz produkowaną masowo niż czekać na przedmiot wykonany ręcznie. Łatwiej przejść obok szyldu „kaletnik”, nie zastanawiając się nawet, co dokładnie oznacza to słowo. Amelia Tylec opowiada: – Właśnie przy kaletniku wiele osób zatrzymywało się z zaskoczeniem, jakby odkrywały zawód, który kojarzył się raczej z dawnymi czasami niż z realnym miejscem w mieście.
W tych rozmowach ważne było jednak nie tylko samo „co robią”, ale „jak o tym mówią”. Rzemieślnicy chętnie przyjmowali zaproszenia, otwierali swoje pracownie, pokazywali narzędzia i opowiadali o pracy, która rzadko trafia na pierwsze strony gazet. Dla wielu z nich zainteresowanie ze strony licealistek było czymś poruszającym. Dziewczyny zauważyły, że niektórzy twórcy byli zwyczajnie wdzięczni za to, że ktoś młody chce ich wysłuchać, nagrać, zapytać, pokazać dalej. W czasach, w których uwaga stała się jedną z cenniejszych walut, taki gest miał znaczenie. Szczególne wrażenie zrobiła na nich precyzja. Proces powstawania kapelusza okazał się dużo bardziej złożony niż mogły przypuszczać. Haft zachwycał detalem, ale od razu budził pytanie o cierpliwość. Witraże przyciągały nawet te osoby, które nie uważały się za szczególnie plastyczne. Kowalstwo pokazywało siłę i kontrolę. Strojenie fortepianu – uważność na niuanse, które dla większości z nas pozostają niewidoczne, choć od razu słyszymy ich efekt.
Właśnie w tym projekcie lokalność nabrała zupełnie nowego znaczenia. Stała się siecią ludzi, warsztatów, historii i umiejętności, które składają się na codzienną kulturę miasta.

Czego nie da się nauczyć z samego podręcznika
„Eviva l’arte” był projektem o rzemiośle, ale w rozmowie z uczennicami wyraźnie widać, że równie mocno stał się projektem o nich samych. O wychodzeniu poza szkolną ławkę, samodzielnym umawianiu spotkań, pisaniu maili i pism, prowadzeniu rozmów z dorosłymi, organizowaniu warsztatów i finału. O pracy zespołowej, która nie zawsze jest łatwa, ale uczy więcej niż dobrze rozpisany plan.
Dziewczyny mówiły, że każda wyniosła z tego doświadczenia coś innego. Emilia – większą otwartość na ludzi. Amelia – umiejętność organizacji i załatwiania formalności. Zofia – świadomość, jak wiele cierpliwości wymaga praca twórcza. Dla wielu z nich ważne było również to, że zobaczyły ludzi, dla których zawód nie jest tylko sposobem zarabiania pieniędzy. Jest częścią codzienności, tożsamości, osobistego wyboru, czasem także uporu.
Nie chodzi tu o romantyczne wyobrażenie, że wystarczy lubić to, co się robi. Uczennice dobrze zauważyły, że za pasją stoją konkretne koszty: lata nauki, powtarzania tych samych czynności, zmaganie się z mniejszym zainteresowaniem klientów, niepewnością rynku i koniecznością ciągłego przypominania ludziom, że taka praca nadal istnieje. Rzemieślnik nie może pozwolić sobie na bylejakość, bo każdy błąd widać od razu – w szwie, cięciu, dźwięku, kształcie, proporcji.

Projekt pokazał im także, że wiele dawnych umiejętności może dziś funkcjonować inaczej niż kiedyś. Nie każdy musi zostać zawodowym szewcem, hafciarką czy witrażystką. Czasem taka umiejętność może stać się pasją, sposobem na odpoczynek od ekranów, przestrzenią skupienia albo dodatkową drogą twórczą. Pomysłodawczynie projektu zauważyły, że młodych ludzi często nie trzeba przekonywać do działania – trzeba im najpierw pokazać, że coś w ogóle istnieje. Bo czym innym są ogólne „zajęcia plastyczne”, a czym innym konkretna informacja: możesz spróbować witrażu, haftu, pracy z drewnem, tworzenia lalek motanek. I chyba takich konkretów w szkołach brakuje. To ważna obserwacja. W świecie, który mocno promuje zawody nowoczesne, szybkie i dobrze opakowane, łatwo przeoczyć ścieżki mniej oczywiste. Tymczasem część z nich wcale nie musi należeć do przeszłości. Może potrzebuje tylko innego języka, obecności w mediach społecznościowych, młodszych odbiorców, warsztatów, pokazów i odrobiny ciekawości. Dziewczyny same mówiły, że chcą kontynuować działania, choć już niekoniecznie w ramach olimpiady, bo projekt pochłaniał dużo czasu i formalności. Chcą szukać dalej – także tych osób, które łączą dawne rzemiosło z nowymi formami sztuki i współczesną wrażliwością.
W tym sensie udział w „Zwolnionych z Teorii” stał się dla nich czymś bardzo praktycznym. Nauczyły się, że projekt społeczny to nie tylko pomysł, lecz także rozmowy, telefony, zaproszenia, formularze, terminy, odpowiedzialność i obecność. Trzeba wyjść z własnego kręgu, zapytać, posłuchać, czasem przełamać nieśmiałość. A potem złożyć z tego opowieść, która może zainteresować innych.

Najciekawsze jest jednak to, że „Eviva l’arte” nie zatrzymało się na szkolnym zadaniu. Dziewczyny stworzyły most między swoim pokoleniem a ludźmi, którzy od lat pracują spokojnie, często bez rozgłosu, w rytmie własnego warsztatu. Pokazały, że lokalna kultura nie powstaje wyłącznie na scenach, w salach wystawowych i podczas oficjalnych wydarzeń. Czasem tworzy się w małym zakładzie, przy stole, w pracowni, przy maszynie, przy kawałku skóry, szkła, drewna, tkaniny czy ciasta.
Po spotkaniu z uczennicami VI LO zostaje myśl, że ten projekt był lekcją patrzenia uważniej. Na miasto, które znamy. Na zawody, których nazw czasem już nie używamy. Na ludzi, którzy nie zawsze mówią głośno o swojej pracy, ale wykonują ją z dokładnością, a manualne zdolności znów są wyjątkowe. Młode osoby, które potrafiły zauważyć, że między szkolnym tematem a prawdziwym doświadczeniem jest jeszcze jedno ważne miejsce: rozmowa.


















