1 8 Lato 2026

Biały miś i lajkarze z Koszalina

Dawno temu, gdy ktoś chciał uwiecznić swoją fizjonomię dla potomności, mógł zamówić ręcznie malowany portret u któegoś z artystów malarzy w swojej miejscowości lub – gdy takowych nie było – u portrecistów wędrownych. W zachowanych starych gazetach przetrwały do dziś anonse takie jak ten zamieszczony przez Fryderyka i Linę Kriegerów w „Gazecie Poznańskiej” z 1814 r.: „Podpisani malarze portretów z Saxonii, oyciec i córka zalecayą się nayuniżeniey Szanowney Publiczności swem malowaniem farbami oleynymi, suchemi i en miniature, przyrzekaiąc trafne podobieństwo poleconey im roboty.” Mimo zapewnień, rezultaty były jednak niepewne i zależne od talentu portrecisty. Trzeba było również dlugo pozować, a cena sprawiała, że na taki zbytek mogli sobie pozwolić jedynie najbogatsi.

Wynalazek fotografii spowodował, że zamówienie portretu stało się dostępniejsze dla mniej zamożnych klientów zarówno cenowo, jak i pod względem czasu wykonania. „Mam honor donieść Prześwietney Publiczności, iż w pierwszych dniach miesiąca Maia r.b. rozpocznę zdejmowanie portretów podług metody przed niedawnym czasem w Paryżu przez Daguera wynalezionej. Obecność na ten cel osoby, iest przy iasnym dniu dostateczną na ½ minuty. Bliższe wiadomości w późniejszem doniesieniu zamieszczę” – informował niejaki M. Schiltz w „Kurierze Warszawskim” z 1842 r. W krótkim czasie nowy wynalazek opanował całą Europę i świat, przez który wędrowali mistrzowie nowego zawodu, zapowiadający swoje przybycie wcześniejszymi anonsami: „Przybywszy na czas krótki do Warszawy, mam honor zawiadomić, iż od dziś, tak iak w roku zeszłym w Hotelu Polskim, tak teraz w Ogrodzie W. Dükerta, trudnię się się robieniem Daguerotypów każdego dnia od godz: 10tej z rana do 5tej po południu.” – zawiadamiał „daguerotypista” Julian Zawadziński w 1845 r.

1 9 Lato 2026
Fotograf uliczny z przełomu XIX i XX w. Fot. domena publiczna

Rzemieślnicy

XIX-wieczni fotografowie reklamowali się często jako również artyści malarze, ponieważ oprócz posiadania rzemieślniczych umiejętności chemika przygotowującego samodzielnie papiery światłoczułe i roztwory do ich wywoływania, niezbędna była znajomość zasad kompozycji oraz umiejętności ustawiania modeli i ich odpowiedniego oświetlania. Zdolności manualne przydawały się też przy dokonywaniu retuszy na szklanych negatywach.

Jednym z pierwszych fotografów działających w Koszalinie był mieszkający w Neubrandenburgu malarz portretów i krajobrazów, a od 1857 r. także pierwszy lokalny fotograf Carl Bahr. Miał tam własną pracownię, odwiedzał też inne miasta, demonstrując możliwości nowej techniki. W sierpniu 1860 r. w koszalińskiej gazecie „Cösliner Zeitung” ukazało się kilka jego ogłoszeń, w których polecał wysoką jakość swoich usług „ze względu na podobieństwo i ostrość, a także doskonałą trwałość” oraz „najbardziej konkurencyjne ceny”, zastrzegając jednak, że będzie w mieście jeszcze tylko przez krótki czas. Cenami rywalizował z działającym w tym samym czasie koszalińskim zakładem fotograficznym prowadzonym przez wdowę po żydowskim malarzu Samuelu Riesie, Linę Ries. Przez kolejnych kilkadziesiąt lat w mieście działały trzy, maksymalnie cztery zakłady fotograficzne i dopiero pod koniec lat 30. XX w. ich liczba wzrosła do dziewięciu.
W powojennym Koszalinie pierwszym polskim fotografem był Kazimierz Nowakowski, który w 1945 r. uruchomił swój zakład pod nazwą „Foto Kazino” na rogu ul. Zwycięstwa i Chrobrego. Oprócz niego, na przełomie lat 40. i 50. w Koszalinie działało pięciu innych fotografów mających swoje atelier przy ul. Zwycięstwa, Jana z Kolna, Drzymały i Wróblewskiego. Wszyscy oni byli licencjonowanymi rzemieślnikami należącymi do Cechu Fotografów w Szczecinie, potrafiącymi wykazać się odpowiednim przygotowaniem zawodowym obejmującym terminowanie jako czeladnik i zdanie egzaminu mistrzowskiego. Z pewnością nie spodobało im się, że na początku lat 50. w Koszalinie przybyła im konkurencja „lajkarzy”.

2 5 Lato 2026
Warszawski fotograf uliczny, lata 30. XX w. Fot. „Dzień Dobry. Gazeta Codzienna”, 1935 r.

Fuszerzy

4 4 Lato 2026
Fotografia uliczna Adama Samociuka, lata 50. XX w. Źródło: internet

Słowo „lajkarz” może się dziś kojarzyć jedynie z osobą lajkującą posty na portalach społecznościowych, ale to słowo istnieje już od stu lat. Pochodzi od nazwy niemieckiego aparatu fotograficznego Leica, który choć skonstruowany w 1914 r. pojawił się na rynku 10 lat później. Niewielki i wygodny w użyciu dzięki zastosowaniu w nim rolek błony filmowej, okazał się rewolucyjnym wynalazkiem, który zastąpił duże, ciężkie i niewygodne aparaty fotograficzne ze szklanymi płytami negatywowymi. Pozwoliło to na pojawienie się na ulicach fotografów oferujących masowo swoje usługi poza atelier. Byli wśród nich ci, którzy posiadali odpowiednie kwalifikacje oraz tacy, którzy ich nie mieli. Tych drugich z czasem zaczęto nazywać fuszerami. Działali w miejscowościach turystycznych, w których klientami byli wczasowicze, ale również w centrach dużych miast, gdzie na pamiątkową fotografię dawali się namówić przechodnie zarówno miejscowi, jak i przyjezdni.

Wbrew pozorom praca „lajkarza” (lub „leikarza”) nie była łatwa. Wpierw trzeba było znaleźć sobie miejsce, które należało wykupić, a nierzadko dogadać się z konkurencją. Czasami wśród „lajkarzy” wybuchały prawdziwe bitwy. W „Dzienniku Bydgoskim” z 1937 r. opisano napad na tamtejszego fotografa Czarneckiego, który „mając przydzielony rewir do dokonywania zdjęć ulicznych od Bydgoskiego Domu Towarowego do ul. Długiej zauważył na Starym Rynku jednego z takich „dzikich” laikarzy. Na zwróconą mu przez p. Czarneckiego uwagę, ażeby teren jego pracy czym prędzej opuścił, nieznany osobnik niespodziewanie rzucił się na p. Czarneckiego, uderzając go wielką śrubą od aparatu fotograficznego, służącą do wkręcania statywu, w głowę. […] Czas najwyższy, ażeby ukrócić swawolę takich „dzikich laikarzy, grasujących na terenie miasta, psujących nam dobrą opinię laikarzy koncesjonowanych firm.” – postulował dziennikarz.

5 2 Lato 2026
Fotografia uliczna Adama Samociuka, lata 50. XX w. Źródło: internet

Właściciele stacjonarnych zakładów fotograficznych nie lubili swojej ulicznej konkurencji. „Sądzę, że jest to po prostu uwłaczanie naszemu pięknemu zawodowi”. –
żalił się w 1957 r. jeden z łódzkich fotografów. „Nie aprobujemy tego ani z treści ani z formy. «Leikarze» nie tylko «paprzą» zdjęcia, ale ponadto zachowują się nonszalancko, zaczepiają ludzi na ulicach, traktują ich li tylko jako obiekt, z którego można wydusić pieniądze. Kiedyś w Łodzi były ograniczenia «ruchu leikarskiego». tych ograniczeń się nie przestrzega i «leikarza» grasują po Łodzi, nie dając nieraz ludziom spokojnie wytchnąć na spacerze”.

Uliczni fotografowie byłi tematem częstych krytyk prasowych. W maju 1947 r. „Życie Warszawy” pisało: „Najbardziej nieuchwytnym przedsiębiorcą ulicznym jest leikarz. Podbiega w lansadach do mamy popychającej wózek, wymownym uśmiechem zachęca do pięknej pozy i przyjemnego wyrazu twarzy, a potem – psztyk i szukaj wiatru w polu! Wprawdzie warszawski figaro wręcza, (znowu z czarującym uśmiechem) kartkę z adresem, nierzadko każąc sobie wpłacić zadatek na zdjęcie, ale najczęściej nie dochodzi do sfinalizowania transakcji, gdyż adres okazuje się w bardzo oddalonym punkcie miasta, albo – amator fotografii znajduje pod wskazanym adresem niezamieszkałe ruiny”. „Kurier Szczeciński” z tego samego roku wyszydził działalność tamtejszych „leikarzy” w postaci kilku satyrycznych scenek, w których cwaniakowaty fotograf zaczepia przechodniów słowami „może zdjęcie momentalne” lub proponuje starszemu panu „fotografijkę”, która będzie ładnie wyglądać na nagrobku. W ostatniej scence okazuje się, że w aparacie nie ma filmu, a fotograf zarabia jedynie pobierając zaliczki. Na zakończenie humoreski „chór cynicznych fotografów” śpiewa „nie potrzeba błony i aparat lipny, lecz forsę zdobywa fotograf dowcipny”.

7 2 Lato 2026
Biały miś na plaży w Niemczech, 1936 r. Żródło: Pommersches Landesmuseum Greifswald

„Czekaj na mnie, ja wrócę”

W polskim Koszalinie działało co najmniej dwóch „leikarzy”. Jeden z nich, Adam Samociuk, od 1954 r. miał plenerowe studio na rogu ulic Zwycięstwa i Okrzei. Było wyposażone w rozpięte na drewnianych stelażach malowidła m.in. z koszalińskimi motywami. Klienci stawali za obrazem i wystawiali głowy przez wycięty w nim otwór. Zrobione w ten sposób zdjęcia były ówczesną wersją fotomontażu. Dzieci mogły pozować na niewielkim drewnianym koniku oraz na całkiem sporej wielkości wypchanym słoniu uszytym z materiału i z drewnianymi białymi kłami. W krótkiej notatce pt. „«Mistrz» przyjechał” „Głos Koszaliński” z czerwca 1956 r. pisał kąśliwie: „«Mistrz» ulokował się w pobliżu dworca kolejowego. «Mistrz» dysponuje kilkoma malarskimi «arcydziełami». Np. roztkliwiającym widoczkiem fragmentu marmurowego pałacu, na którego tle wdzięcznie rysuje się wiotka postać dziewczyny powiewającej chustką w nieznaną dal.

9 4 Lato 2026
Fot. z archiwum rodzinnego Czesława Ignaszewskiego

Białe gołąbki dopełniają całości tego sielskiego obrazka. Amatorom morskich podróży «mistrz» oferuje zdjęcie na tle Batorego, który z podziwu godną szybkością pruje fale. Są również dwa tłuściutkie aniołki, rozbrykany rumak, widoczek z wzruszającym napisem „Czekaj na mnie, ja wrócę” (a jakże!). Zresztą… kto wie, jakie jeszcze bohomazy kryją się we wnętrzu „fotoatelier” na kółkach. Brr!”. – wzdrygał się dziennikarz. Jednak fotografowi taka recenzja nie przeszkadzała. Dopiero dwa lata później, zirytowany opublikowanym w tej samej gazecie listem jednej z klientek, która złośliwie skomentowała jakość jego pracy, wysłał do redakcji odpowiedź z wyjaśnieniem, że „reklamacje chentnie (sic!) przyjmuje”.

Drugi koszaliński fotograf uliczny działał w pobliżu skrzyżowania ul. Zwycięstwa i 1 Maja. Nie znamy jego nazwiska, odbitki opatrzone były jedynie pieczątką „Foto «Miś» Koszalin” i czasem datowane. Plenerowe studio było wyposażone skromniej niż konkurencyjna firma „mistrza” Samociuka: dzieci mogły pozować w towarzystwie gipsowego krasnala wśród umieszczonych na drewnianych patykach, pomalowanych na czerwono i biało nakrapianych blaszanych talerzy udających muchomory. Dużo większą popularnością cieszyły się jednak fotografie, na których można było uwiecznić się w towarzystwie naturalnej wielkości białego niedźwiedzia.

10 2 Lato 2026
Fot. z archiwum rodzinnego Doroty Lange

Białe misie królowały na ulicach nie od dzisiaj

Pamiątkowe fotografie z białym misiem to temat, któremu w ostatnich latach poświęcono wiele artykułów w mediach krajowych i zagranicznych; wydano kilka albumów fotograficznych, a nawet napisano o nich pracę naukową. Było to zjawisko popularne tylko w dwóch krajach: w Niemczech i w Polsce, choć takie zdjęcia powstawały również we Włoszech, w Luksemburgu, Szwajcarii i Norwegii. Nie wiadomo dokładnie, gdzie się narodziło. Źródła niemieckie mówią o pojawieniu się pomysłu na początku kat 20. XX w. po sprowadzeniu do berlińskiego zoo dwóch niedźwiedzi polarnych, które cieszyły się wielką popularnością wśród zwiedzających. Podobno ktoś wpadł na pomysł, aby dwie osoby przebrane za polarne misie stały przed wejściem i za opłatą pozowały do zdjęć z czekającymi w kolejce do kas. Pomysł chwycił i białe misie wkrótce pojawiły się na festynach ludowych oraz w miejscowościach uzdrowiskowych i turystycznych w całych Niemczech, pozując zarówno na tle ośnieżonych gór, jak i na letnich plażach Morza Północnego i Bałtyckiego. Przetrwały lata 20. i 30. oraz wojenne zimy, trafiając na wspólne fotografie z żołnierzami Wehrmachtu, a po wojnie widywano je w towarzystwie żołnierzy US Army. Jedno z ostatnich znanych zdjęć z białym niedźwiedziem wykonano podczas Oktoberfestu w 1962 r.

14 1 Lato 2026
Fot. z archiwum rodzinnego Edwarda Markowskiego

Historia polskich białych niedźwiedzi zatrudnianych jako modele zaczyna się w Zakopanem, gdzie w 1922 r., być może po wycieczce do Berlina, zakopiański fotograf Henryk Schabenbeck zamówił u miejscowego kuśnierza figurę wypchanego białego misia, mającego być rekwizytem przy wykonywaniu pamiątkowych fotografii w atelier. Dość szybko okazało się, że więcej klientów można „upolować” jako „leikarz” na ulicy i kolejny zamówiony kostium przygotowano tak, żeby mógł go założyć asystent fotografa. Uszyty z owczych skór, ważył około dziesięciu kilogramów, a niedźwiedzia głowa dodatkowe trzy kilogramy. Był mało wygodny przy poruszaniu się, ale mógł przybierać różne pozy, a nawet nosić wczasowiczki i dzieci na rękach. Te ostatnie mogły bać się jego wykonanych z drewna pazurów, ale tak jak jego niemieckie odpowiedniki, biały miś z Zakopanego odniósł niebywały sukces i szybko rozmnożył się na całą przedwojenną Polskę. W wydanej w 2022 r. książce Barbary Caillot i Aleksandry Karkowskiej „Foto z misiem”, wśród ok. 200 fotografii wybranych ze zbioru niemal tysiąca zdjęć znalazły się m.in. widoki z białym niedźwiedziem wykonane w latach 20. i 30. od Rabki-Zdroju po plażę w Juracie. W czasie II wojny światowej zakopiański biały miś również pozował do zdjęć z niemieckimi żołnierzami.

15 1 Lato 2026
Fotografia uliczna Adama Samociuka, lata 50. XX w. Źródło: internet

Mimo tej „kolaboracji”, powojenna popularność pozujących do zdjęć białych misiów nie spadła. Można je było zobaczyć w Warszawie pod Pałacem Kultury i Nauki, w Sopocie przy molo, w Chorzowie w parku rozrywki, w Ciechocinku, Gdyni, Bydgoszczy, Poznaniu, Krynicy-Zdroju, Białymstoku, Elblągu, Słupsku, Szczecinie, Zielonej Górze czy Wrocławiu. Przybył również do Koszalina (co ciekawe, w żadnym opracowaniu nie odnotowano tego faktu). Białe misie trafiły też do popkultury: w 1976 r. Jan Himisbach zagrał w filme „Przepraszam, czy tu biją?” epizodyczną rolę asystenta fotografa w stroju białego misia. Tę jego rolę uwieczniono w 2018 r. stojącą w Strzegomiu poplenerową rzeźbą przedstawiającą głowę aktora wykonaną z ciemnego granitu, wystającą z tułowia białego niedźwiedzia wykutego z jasnego granitu imitującego misiowe futro. Takiego upamiętnienia nie doczekał się Gustaw Holoubek, który w filmie „Biały niedźwiedź” nakręconym w 1959 r., zagrał Żyda ukrywającego się w czasie wojny w kostiumie misia, pozującego do zdjęć z niemieckimi turystami. Po latach aktor wspominał, że na planie zdjęciowym kręciło się mnóstwo dziewczyn podrywanych przez męską część ekipy, one jednak nie zwracały uwagi na aktora ubranego w niedźwiedzi strój. – W końcu nie wytrzymałem, zerwałem niedźwiedzi łeb i do najbliższej dziewczyny zawołałem: „Jestem Gustaw Holoubek!”. A ona na to: „Odp…dol się, misiu!” – opowiadał po latach aktor.
Koszalinianie robili sobie zdjęcia z białym niedźwiedziem jeszcze w drugiej połowie lat 70. na tle ratusza i fontanny na rynku. Czasami zamiast niego fotografowi towarzyszył zaprzężony do niewielkiego wózka pies bernardyn lub łaciaty kucyk, którego można było również spotkać w innych miastach (m.in. w Elblągu i Słupsku). W latach 80. uliczni fotografowie zniknęli z ulic Koszalina.

Miś Puchatek, Labubu i inni

Mimo że w dzisiejszych czasach niemal każdy jest posiadaczem przenośnego telefonu będącego jednocześnie aparatem fotograficznym, tradycja pamiątkowych zdjęć wykonywanych przez ulicznych fotografów nie zniknęła całkowicie. Teraz ogranicza się jednak do miejsc licznie odwiedzanych w sezonie przez turystów. Współcześni „lajkarze” wyposażeni są już nie w małoobrazkowe Leiki z 36-klatkowym filmem w środku, ale w nowoczesne aparaty cyfrowe i przenośne urządzenia, którymi w kilka minut można wydrukować dowolną ilość zdjęć. Na mieleńskim, kołobrzeskim czy sopockim deptaku towarzyszą im zaś nie białe niedźwiedzie w owczych skórach z kłami i pazurami, ale łagodne disnejowskie misie Puchatki, króliki Bugsy i inni bohaterowie kreskówek. Ich stroje są nie tylko estetyczne, ale również wentylowane. Wydruk zdjęcia nie jest drogi, a zrobienie go własnym telefonem kosztuje jeszcze mniej. Fotografowie muszą jedynie nadążyć za zmieniającymi się trendami i przewidzieć, kiedy zastąpić uwielbiane rok wcześniej kapibary supermodnymi w kolejnym sezonie stworami Labubu. Natomiast foto z białym misiem można sobie zrobić chyba już tylko w Zakopanem, gdzie narodził się sto kilka lat temu.