fot. Marcin Golik 8 Temat z okładki

Z małych rzeczy rodzi się wspólnota

Fot: Marcin Golik

Kiedy 23 maja 1266 roku Koszalin otrzymywał prawa miejskie, nikt nie używał pojęć takich jak „trzeci sektor”, „organizacje pozarządowe” czy „wolontariat”. A jednak to właśnie one – choć pod innymi nazwami – stały się prawdziwym kręgosłupem naszego miasta na kolejne siedem i pół wieku. Dziś, świętując jubileusz 760-lecia, warto spojrzeć na historię Koszalina nie tylko przez pryzmat kluczowych wydarzeń czy nazwisk prezydentów, ale przez historię ludzi, którzy potrafili się zorganizować, by zrobić coś dla innych.

Historia pomagania w Koszalinie jest niemal tak stara, jak jego mury. Już w średniowieczu fundacje religijne i bractwa prowadziły przytułki dla chorych i ubogich. Powstawały także cechy i gildie – pierwsze stowarzyszenia zawodowe i samopomocowe, a także bractwa strzeleckie – jedne z najstarszych organizacji integrujących mieszkańców.

Prawdziwy rozkwit organizacji pozarządowych nastąpił w latach 40., 50. i 60. XX w. Powstało wtedy wiele stowarzyszeń, które znamy do dziś, które nadal funkcjonują i świętują piękne jubileusze. Towarzystwo Przyjaciół Dzieci pojawiło się w Koszalinie niemal natychmiast po wojnie, kiedy miasto było wciąż w ruinie, a tysiące dzieci osieroconych lub przesiedlonych potrzebowało natychmiastowej opieki, dożywiania i bezpiecznego miejsca. Polski Czerwony Krzyż jako pierwszy w 1945 karmił i leczył przybywających osadników. Także już w 1945 zaczął tworzyć się klub piłkarski Bałtyk. W kolejnych latach nastąpił prawdziwy wybuch aktywności społecznej – zrzeszali się też filateliści, harcerze, turyści, chórzyści, żeglarze, hodowcy psów rasowych, miłośnicy teatru, emeryci, obrońcy przyrody, sportowcy, inżynierowie, chorzy i pomagający. Powstawały liczne stowarzyszenia, które łączyły mieszkańców, budowały więzi lokalne, pomagały budować nasze miasto i jego społeczność.

I tak można by opowiadać o każdym kolejnym etapie historii Koszalina. Zarówno przez dekady PRL-u, w okresie po 1989 roku, jak i obecnie – organizacje i społecznicy stanowią nieodzowny element naszego miasta. I choć bywały lata, gdy o wolności zrzeszania się można było tylko marzyć, nawet wtedy Koszalinianie nie rezygnowali.

A jak wygląda pozarządowy Koszalin dziś?

Dzisiejszy Koszalin to nie tylko inwestycje, biznes i wielkie wydarzenia. To przede wszystkim tysiące niewidzialnych nici, które każdego dnia wiążą nasi społecznicy. Kiedy patrzę na współczesną panoramę naszych organizacji, widzę w niej niesamowitą, wielobarwną mozaikę pasji i empatii. To tutaj bije prawdziwe, gorące serce miasta.
Widzę je w determinacji liderów, którzy z niczego potrafią stworzyć wielkie projekty i w bezinteresowności wolontariuszy, którzy swój najcenniejszy dar – czas – oddają obcym ludziom, zwierzętom czy ideom. Nasze organizacje to dziś profesjonalni partnerzy, eksperci w swoich dziedzinach, wielkie instytucje, ale przede wszystkim – ludzie z „tym czymś” w oczach. To oni sprawiają, że 760-letni Koszalin nie jest tylko historycznym zabytkiem, ale miastem żywym, czułym i solidarnym. Jako fanka tej lokalnej energii, z dumą obserwuję jak wspólnie zamieniamy „ja” w „my”. To właśnie ta wspólnotowa miłość do Koszalina jest najpiękniejszym prezentem, jaki możemy podarować naszemu miastu na jego wielki jubileusz.

Gdy spacerujemy ulicami Koszalina, mijamy dziesiątki miejsc, w których tętni życie społeczne. Skala tej aktywności jest imponująca – mamy w naszym mieście ponad 300 aktywnych organizacji pozarządowych. To ogromna siła!

Jak pokazują badania ngo.pl, 10% mieszkańców regularnie angażuje się w wolontariat, a jeszcze więcej, jeśli doliczymy wolontariuszy akcyjnych. Gdybyśmy chcieli zaprosić wszystkich koszalińskich społeczników na wspólny koncert, nasz amfiteatr musiałby wypełnić się trzykrotnie, a i tak zabrakłoby biletów. To trzy razy tyle osób, ile mieści się na widowni podczas największych festiwali!

Ale to nie liczby robią największe wrażenie, lecz niesamowita różnorodność branż, w których działamy. Koszalińskie organizacje to dziś wielobarwny wachlarz aktywności.
Ważnym i znanym filarem jest pomoc społeczna i zdrowie – od profesjonalnych hospicjów, przez organizacje wspierające osoby z niepełnosprawnościami, po grupy zajmujące się seniorami i ubogimi. To oni są tam, gdzie system bywa bezradny.

Organizacje to też dziesiątki klubów sportowych – od wielkich marek z wieloletnią tradycją, po małe, osiedlowe stowarzyszenia, które uczą nasze dzieci dyscypliny i pasji. Niemal każdą dziedzinę sportu możemy trenować w koszalińskiej organizacji! Fundacje i stowarzyszenia sprawiają też, że Koszalin tętni festiwalami, wystawami i koncertami, często wychodząc z kulturą bezpośrednio na podwórka i place. To w organizacjach często uczymy się grać na instrumentach, malować, tworzyć. Organizacje edukują nas też w zakresie nowoczesnych technologii, ekologii czy kompetencji obywatelskich, przygotowując nas na wyzwania przyszłości. Nie zapominajmy o cichych bohaterach walczących o każdy skrawek zieleni czy dbających o naszych „braci mniejszych”. Organizacje w Koszalinie to także czas wolny i różnorodne hobby – od miłośników znaczków pocztowych, przez motocyklistów i płetwonurków, po paralotniarzy i rycerzy.

Ta różnorodność sprawia, że każdy mieszkaniec Koszalina – niezależnie od wieku czy zainteresowań – prawdopodobnie chociaż raz w roku korzystał z owoców pracy jakiegoś stowarzyszenia lub fundacji. To właśnie jest ta nowoczesna twarz naszego jubilata: miasto zaangażowane, w którym na każde wyzwanie odpowiada konkretna grupa ludzi z pasją.

Różnorodna jest także skala działań – od małych, kilkuosobowych grup spotykających się we własnych mieszkaniach, po instytucje posiadające kilka budynków, kilkadziesiąt etatów i milionowe budżety. Bardzo wiele usług niezbędnych dla funkcjonowania naszego miasta opartych jest wyłącznie na organizacjach pozarządowych, jak choćby opieka hospicyjna czy wsparcie osób w kryzysie bezdomności. Organizacje pełnią tak wiele ważnych ról, że gdyby ich zabrakło, nasze miasto stałoby się niewydolne.

A gdybyśmy zeszli z tej makroskali i zajrzeli bliżej, ukradkiem z pierwszego rzędu?

Idę do pracy – pracuję w Pracowni Pozarządowej, która w naszym mieście wspiera, promuje i integruje organizacje pozarządowe. Wchodzę do siedziby. Od progu słyszę, że seniorzy na sali kończą zajęcia sportowe. Pan Stanisław, lider Akademii Seniora, mówi mi, że zostaną dziś dłużej, bo zespół śpiewaczy chce poćwiczyć piosenki przed koncertem. Raduje mnie, że nasza sala każdego dnia jest wypełniona po brzegi. Idę do biurka i dzwonię do księdza Radka z Domu Miłosierdzia. Pytam nieśmiało, czy i tym razem mogliby podarować pieczywo na naszą charytatywną garażówkę. Trochę mi głupio, że nadużywamy dobroci. Tymczasem ksiądz Radek przeprasza mnie, że… tak mało nam pomagają! Ależ jak to? To my za mało pomagamy wam. Czujemy ten przepływ dobra.
Za chwilę dzwoni Joanna ze stowarzyszenia Mama w Mieście Koszalin: „Cześć Monika! Uszykowałyśmy wam dary na garażówkę! Mamy dużo, chcemy się podzielić”. Wzruszenie najpiękniejsze. Dzwoni domofon, wchodzi nieśmiało dwóch młodych mężczyzn – chcą założyć fundację i zrobić coś dobrego. Nasz doradca Łukasz przerywa pracę i siada z nimi, by przeprowadzić ich przez wszystkie formalności. Tymczasem ja rozmawiam z komendantem hufca, Przemkiem – opowiada mi o pomyśle harcerzy na udział w tegorocznym Festiwalu Organizacji Pozarządowych. Znowu stworzą całą wioskę! Super!

Biegnę na budowę – remontujemy 600-metrowy budynek, w którym będziemy wspierać organizacje i społeczników. Cieszę się, że sufit na piętrze skończony. Już nie mogę się doczekać, aż mury wypełnią się spotkaniami i śmiechem. Po południu szykujemy spotkanie dla naszej Pomarańczowej Drużyny – grupy stu wspaniałych wolontariuszy. Wolontariuszka Ewa przychodzi wcześniej, by pokazać mi rzeczy, które zaczęła robić na szydełku na nasz kiermasz charytatywny. Dołączyła do niej też jej 88-letnia mama, robiąc dla nas i dla hospicjum skarpety na drutach. Wspaniale! Dziś na zebraniu dołączają do nas nowe osoby – senior Janek i młodziutka Emila. Po kilku dniach Emila wyznaje mi, że z tego spotkania do domu wracała w podskokach – tak bardzo cieszyła się, że wreszcie została wolontariuszką!

Właśnie w tych drobnych gestach – w oczku szydełka, w zapachu świeżego chleba z Domu Miłosierdzia, w entuzjazmie młodych ludzi zakładających fundację – kryje się prawdziwa odpowiedź na pytanie, czym jest dzisiejszy Koszalin.

W 1266 roku nasze miasto zaczynało jako obronny gród. Dziś budujemy je zupełnie inaczej – nie murami, ale inicjatywami, które łączą. Jako prezeska Pracowni obserwuję codziennie, jak z małych gestów dobroci i wielkich marzeń o lepszym jutrze powstaje coś trwałego: silna, pewna siebie społeczność. Historia organizacji w Koszalinie to prawdziwa sztafeta pokoleń i profesjonalizacji. To właśnie ta niezmienna od wieków radość z bycia razem jest największym skarbem Koszalina. I to ona jest gwarancją, że kolejne setki lat będą dla naszego miasta czasem wspólnego tworzenia czegoś wyjątkowego.

Na ten wielki jubileusz życzę mojemu miastu i nam wszystkim, aby ta „kilkunastotysięczna armia dobra” nigdy nie przestała rosnąć. Bo dopóki w Koszalinie są ludzie, którym „chce się chcieć”, dopóty nasze miasto będzie miało swoje najpiękniejsze, bijące serce. I to jest nasza wspólna panorama, którą codziennie malujemy od nowa – z pasją, z oddaniem i przede wszystkim – razem.