W przyszłym roku minie czterdzieści lat od momentu, kiedy w Koszalinie powstała grupa, która dla wielu mieszkańców stała się czymś więcej niż zespołem tanecznym. Dla jednych – początkiem życiowej drogi, dla innych – miejscem powrotów po latach, ale dla całej rzeszy odbiorców spotkaniem z polskim folklorem.

Z Bernadettą Durbacz, założycielką Zespołu Tańca Ludowego Bałtyk z Centrum Kultury 105 w Koszalinie, rozmawiamy o początkach zespołu, rodzinnych więzach, wspaniałej tradycji i kulturze, oraz o tym co zostaje w człowieku, kiedy schodzi ze sceny.
Pytanie, od którego nie sposób zacząć, czyli: jak to się wszystko zaczęło?
Bardzo dobrze to pamiętam, bo to nie był jeden moment, tylko taki proces, który dojrzewał. W 1987 roku już tańczyłam w Zespole Pieśni i Tańca Bałtyk – wcześniej całe dzieciństwo spędziłam w zespołach ludowych, więc dla mnie to było coś oczywistego. Kiedy zobaczyłam po raz pierwszy występ Bałtyku, pomyślałam: ja tam muszę być. I rzeczywiście się dostałam, chociaż nie było łatwo, bo były egzaminy, także wokalne, a ja nigdy nie czułam się w śpiewie pewnie.

I właśnie wtedy, kiedy już byłam w zespole, pojawił się pomysł, żeby stworzyć grupę dziecięcą. To była sugestia choreografa Jarosława Wojciechowskiego, ale ja bardzo szybko poczułam, że to jest coś dla mnie. Zaczęliśmy działać równolegle – ja tańczyłam w dorosłym zespole i prowadziłam grupę dziecięcą. Przez jakiś czas to funkcjonowało, ale w końcu trzeba było podjąć decyzję, bo nie da się jednocześnie być na scenie i pilnować kilkunastu dzieci za kulisami. I wtedy przestałam tańczyć, a zaczęłam prowadzić zespół. To nie była łatwa decyzja, ale wiedziałam, że jeśli mam coś robić, to porządnie. I tak związałam się z „Małym Bałtykiem” na dobre.
Zespół Pieśni i Tańca Bałtyk, w którym pani tańczyła, przestał istnieć w 2002 roku. Co się wtedy wydarzyło? I czy to był dla pani moment niepewności – co dalej?
To był raczej dłuższy proces niż jedno wydarzenie. Kiedy Bałtyk powstawał, to były zupełnie inne czasy. Wyjazdy zagraniczne były czymś wyjątkowym – paszport nie był oczywistością, więc przynależność do zespołu, prócz oczywiście nauki tańca i możliwości występów, dawała młodym ludziom możliwość zobaczenia świata. Jeździliśmy bardzo dużo, praktycznie po całej Europie, także częściowo po Azji.



A potem, cóż – zmieniła się nasza rzeczywistość. Na rynku pojawiło się dużo najróżniejszych form tańca, które stały się bardziej przystępne w trenowaniu, świat stał otworem. Może nawet trochę zachwyciliśmy się Zachodem i ten nasz folklor i tradycja, zeszły nieco na boczny tor. Coraz trudniej było utrzymać dużą, dorosłą grupę. Natomiast moja grupa dziecięca cały czas była. Raz mniejsza, raz większa, ale zawsze była. I to ona tak naprawdę „przeniosła” Bałtyk dalej, tylko w innej formie. W 2007 roku zmieniliśmy nazwę na Zespół Tańca Ludowego Bałtyk, bo nie byliśmy już zespołem dziecięcym. To była zmiana nazwy, ale nie zmiana ducha i charakterystyki zespołu.
Dziś mówi pani o zespole jak o rodzinie. To brzmi pięknie, ale co to znaczy w praktyce?
Ja wiem, że to może tak zabrzmieć jak frazes, ale u nas to naprawdę tak działa. W takich zespołach jest coś, czego nie ma w innych formach tańca – współodpowiedzialność. Tu nie ma rywalizacji, nie ma tego, że ktoś chce być lepszy od drugiego. Jeśli jedna osoba się pomyli, to wpływa na cały obraz. I to bardzo zbliża ludzi.


Dla mnie największym sukcesem nigdy nie były nagrody, które zdobywaliśmy – a było ich sporo. Najważniejsze było to, że zawsze trafiali do mnie naprawdę dobrzy ludzie. I że oni ze sobą zostawali. Dziś mam w zespole osoby, które przyszły jako dzieci, mają czterdzieści kilka lat, zrobiły przerwę na studia, na rodzinę, i wróciły. I dalej chcą tańczyć. To nie jest przypadek. To znaczy, że coś tu zadziałało głębiej. Zresztą w ramach zespołu są ludzie w różnym wieku, od nastolatków, po ludzi dorosłych. To uczy relacji, wzajemnego zrozumienia, akceptacji i tolerancji. Ja powtarzam często: U mnie młodsi szanują starszych, a starsi kochają młodszych. I naprawdę tak jest. Ta grupa ludzi jest ze sobą blisko i może na siebie liczyć – nie tylko w tańcu, ale i w życiu. Jesteśmy ze sobą też w ważnych życiowych chwilach. Mamy kilka zespołowych małżeństw. Zawsze jak jest takie wydarzenie, to jedziemy całą grupą w naszych strojach i gwarantujemy piękną ludową oprawę. Mamy z tego piękne fotograficzne wspomnienia.



Co tak naprawdę przyciąga ludzi do folkloru dzisiaj? I co sprawia, że oni zostają – skoro to nie jest łatwa ani oczywista droga?
Myślę, że najpierw przyciąga ciekawość, czasem przypadek. Ktoś zobaczy występ, ktoś przyjdzie ze znajomym. Ale zostaje się z zupełnie innych powodów.
Po pierwsze – atmosfera. To jest podstawa. Jeśli ktoś przychodzi i czuje się dobrze, to chce wracać. A po drugie – moment, kiedy zaczyna się rozumieć, co się właściwie robi. Kiedy jedziemy na festiwale międzynarodowe i każdy zespół prezentuje swoją kulturę, nagle okazuje się, że to nie jest tylko taniec. To jest reprezentowanie kraju. Ja widzę, jak moi tancerze są dumni, kiedy idziemy pod polską flagą. I to nie jest udawane.

Ma pani w pamięci momenty, które szczególnie pokazują sens tej pracy? Takie, które zostają na lata?
Takich momentów jest bardzo dużo i one rzadko mają coś wspólnego z dużą sceną. Pamiętam występ w małej miejscowości, gdzie publiczność była niewielka. Po koncercie podszedł do nas starszy pan i powiedział, że pochodzi z Rzeszowszczyzny. I że kiedy zobaczył nasze tańce rzeszowskie, to wróciły mu wszystkie wspomnienia z dzieciństwa. Miał łzy w oczach. Dla mnie to jest moment, który zostaje na zawsze. Bo wtedy widzę, że to, co robimy, naprawdę ma sens. Nie chodzi o to, ile osób siedzi na widowni, tylko co się w nich poruszy. Zdarza się też odwrotna sytuacja – na małym występie ktoś młody mówi: „może ja też spróbuję?”. Przychodzi na próbę. I zostaje.

A były też sytuacje trudne – takie, które mogły podciąć skrzydła?
Oczywiście. Pamiętam wyjazd do Francji z grupą dziecięcą. Rano okazało się, że ktoś włamał się do autobusu i ukradł stroje – między innymi krakowskie, buty. Dzieci były w szoku, bo następnego dnia mieliśmy występ i nie było w czym wyjść na scenę. I pamiętam, jak ktoś zobaczył z okna autobusu czerwone buciki w rowie. Zatrzymaliśmy się i zaczęliśmy szukać rzeczy po poboczach dróg. Kilka ze skradzionych rzeczy udało nam się odnaleźć.
Albo Turcja w 2014 roku – festiwal niedaleko granicy z Gruzją, wojsko, broń, kontrola przy wejściu do ośrodka. Pierwsze wrażenie było bardzo trudne, wręcz paraliżujące. A potem nagle przyszło poczucie bezpieczeństwa, bo zrozumieliśmy, że to jest dla naszej ochrony. Takie sytuacje uczą bardzo dużo – przede wszystkim tego, że trzeba sobie radzić, ale też tego, że we wspólnocie łatwiej jest takie chwile znosić.

Zespół to też konkret – próby, wyjazdy, stroje. Jak wygląda dziś codzienność Bałtyku?
Pracujemy regularnie – dwa razy w tygodniu po dwie godziny, we wtorki i czwartki. Jeśli zbliża się ważny koncert albo wyjazd, dokładamy dodatkowe próby, czasem także w wakacje. Zespół liczy około trzydziestu osób. Na przykład teraz w maju mamy pięć koncertów, więc pracy jest naprawdę dużo. Ale to jest taka praca, która daje satysfakcję.
Muszę koniecznie zapytać o te piękne stroje.
Jeśli chodzi o stroje – to jest osobna historia. Mamy ich bardzo dużo, część z nich ma około pięćdziesięciu lat. To nasz spadek po Zespole Pieśni i Tańca Bałtyk. Były szyte przez COPIA, czyli Centralę Obsługi Przedsiębiorstw i Instytucji Artystycznych. COPIA szyła kostiumy m.in. dla największych polskich zespołów folklorystycznych takich jak „Mazowsze” czy „Śląsk”, ale też dla teatrów, oper, produkcji telewizyjnych i filmów historycznych. To, co ją wyróżniało, to skala i jakość. Pracowały tam całe zespoły rzemieślników: krawców, hafciarek, specjalistów od tkanin, rekonstrukcji strojów historycznych. Wiele elementów powstawało ręcznie – hafty, zdobienia, aplikacje – zgodnie z dokumentacją etnograficzną albo projektami plastyków.

Dlatego te stroje to jest nasz skarb. Szyte bez półśrodków – nie jak te współcześnie tworzone, które już nie są z tych mięsistych tkanin, wełny czy aksamitu, produkowane maszynowo, bez współpracy z rzemieślnikami.
Tancerze wiedzą, że o stroje należy dbać w sposób szczególny, stale trzeba je naprawiać, cerować, bo jednak lata użytkowania robią swoje. Osobiście się tym zajmuję i to także część mojej pracy w zespole. Mamy stroje do tańców, które są w naszym repertuarze, czyli do: wszystkich polskich tańców narodowych, ale też poszczególnych regionów. W tej chwili to stroje regionu kaszubskiego, rzeszowskiego, śląskiego, lubelskiego, łowickiego, jamneńskiego, opoczyńskiego, stroje staropolskie, stroje Starej Warszawy i Księstwa Warszawskiego.
Stroje ludowe zawsze robią ogromne wrażenie, ale ja zawsze powtarzam: strój to nie jest przebranie – to jest zobowiązanie. Tak jak mundur. W nim nie wypada – zapalić papierosa, siadać w nieelegancki sposób.

Zbliża się czterdziestolecie. Co ono dla pani znaczy – bardziej podsumowanie czy raczej moment decyzji, co dalej?
Trochę jedno i drugie. Z jednej strony to ogromna satysfakcja, że udało się tyle lat działać. Z drugiej – pojawia się pytanie, co dalej. Jestem już na emeryturze i coraz częściej myślę o tym, że ktoś powinien przejąć zespół. I to jest dla mnie najtrudniejsze, bo mam świetnych tancerzy, ale prowadzenie grupy to coś więcej niż taniec. To odpowiedzialność, organizacja, praca z ludźmi, twórcze projekty.
Na razie skupiamy się na jubileuszu, który w przyszłym roku, a później… czas pokaże. Na 40-lecie z pewnością będziemy chcieli przygotować coś specjalnego. Liczę, że ponownie przyjadą do nas byli członkowie zespołu i dołączą do nas w tym wyjątkowym dniu. Bardzo bym chciała wskrzesić choć namiastkę grupy dziecięcej. Być może tylko jednorazowo, ale myślę, że dobrze, aby ona wpisała się ponownie na stałe w taneczny krajobraz Koszalina. Mam poczucie, że Zespół Tańca Bałtyk, to w pewnym sensie poczucie odpowiedzialności. Nie raz doświadczałam w swojej karierze dumy z tego, że reprezentujemy naszą ojczyznę i jej dziedzictwo kulturowe. To ogromne wyróżnienie, ale i zobowiązanie – szczególnie w naszym regionie. Tu jesteśmy raptem od czasów zakończenia wojny, w centralnej Polsce, czy na południu, zespoły folklorystyczne są mocniej zakorzenione, wyspecjalizowane we własnych regionalizmach. My tu z kolei prezentujemy repertuar z całego kraju, a nasza widownia może poznać folklor przekrojowo – zauważyć różnice i spójności.

Gdyby miała pani dziś powiedzieć jedno zdanie do swoich tancerzy – tych obecnych i tych, którzy już odeszli – co by to było?
Chyba to, żeby nigdy nie zapomnieli, dlaczego tu przyszli. Bo to nie jest łatwa droga – łączenie pracy, rodziny, obowiązków z próbami i występami. To wymaga zaangażowania. Ale jednocześnie daje coś, czego nie da się kupić ani zastąpić. Chciałabym, żeby zawsze czuli, że to, co robią, ma sens. Że polska kultura ludowa to nie jest tylko ładny strój i taniec na scenie. To jest nasze dziedzictwo. I jeśli oni tego nie przekażą dalej, to może po prostu zniknąć. A ja bardzo bym chciała, żeby nie zniknęło.




















