Świętowanie 760-lecia nadania praw miejskich to dobry moment, by przypomnieć, że historię miasta tworzą nie tylko wydarzenia i miejsca, ale przede wszystkim ludzie. Ci, którzy tu dorastali, stawiali pierwsze kroki i później ruszyli dalej: na sceny, stadiony i do mediów.
Lista osób, z których my, mieszkańcy miasta nad Dzierżęcinką, możemy być dumni, jest długa. Przez prawie osiem wieków nazbierało się ich wiele, od księcia Bogusława II poczynając. A o jakich Koszalinianach dziś słyszy świat?
Miasto, które nie zatrzymuje
Koszalin przez wieki był miejscem zmiany: geograficznej, politycznej, społecznej. Miastem, które raczej się przekształcało, niż trwało w bezruchu. Może właśnie dlatego część jego mieszkańców nie traktuje go jako punktu docelowego, ale jako punkt wyjścia.
W tej historii – rozpisanej na setki lat – zawsze pojawiali się ludzie, którzy wychodzili dalej. Dziś, w jubileuszowym roku, warto spojrzeć na tych, którzy robią to współcześnie. Ten wybór jest subiektywny i na pewno niepełny. Ale pokazuje coś ważniejszego niż kompletność: skalę.
Od pierwszych dźwięków do wielkich scen
Muzyka ma to do siebie, że bardzo szybko opuszcza miejsce, w którym powstaje. Wystarczy nagranie, koncert lub transmisja i już melodia przestaje być lokalna. Jednak początki zawsze są w konkretnym miejscu: w sali prób, szkole muzycznej, na amatorskiej pierwszej scenie.

W przypadku wielu artystów związanych z Koszalinem te początki prowadzą właśnie tutaj: do miasta, które nie jest oczywistym muzycznym centrum Polski, ale regularnie wypuszcza w świat młodych i zdolnych do tego, by odnaleźć się na najbardziej wymagających scenach.
Zacznijmy od pań. Marzena Diakun należy do tego grona w sposób szczególny. Dyrygentura to jedna z najbardziej wymagających dziedzin muzyki. Potrzeba tu nie tylko perfekcyjnego słuchu i znajomości partytury, ale też umiejętności zarządzania zespołem, komunikacji i budowania autorytetu w czasie rzeczywistym. Diakun tę drogę przeszła konsekwentnie: od nauki w Zespole Państwowych Szkół Muzycznych w Koszalinie, przez studia na Akademii Muzycznej we Wrocławiu i kolejne konkursy oraz asystentury, aż po prowadzenie renomowanych orkiestr w Polsce i za granicą. Podziwiała ją publiczność m.in. w Niemczech, Francji czy Skandynawii, a jej obecność na scenach operowych i symfonicznych nie jest epizodem, tylko trwałym elementem zawodowej rzeczywistości. W 2012 roku jako pierwsza Polka została laureatką drugiej nagrody Międzynarodowego Konkursu Dyrygentów im. Grzegorza Fitelberga w Katowicach. Od sezonu 2026/2027 pracuje na stanowisku głównego dyrygenta Staatsorchester Rheinische Philharmonie w Koblencji.

W świecie, który przez dekady był zdominowany przez mężczyzn, jej pozycja jest efektem pracy, a nie wyjątku. I to właśnie czyni ją tak znaczącą.
Z innego punktu muzycznej mapy pochodzi Agata Szymczewska, ale jej droga również prowadzi na największe sceny. Zwycięstwo w Międzynarodowym Konkursie Skrzypcowym im. Henryka Wieniawskiego w 2006 roku było momentem przełomowym nie tylko ze względu na prestiż samego konkursu, ale także jego konsekwencje. To wydarzenie, które otwiera drzwi do świata międzynarodowych koncertów, współpracy z wybitnymi dyrygentami i orkiestrami. Szymczewska te możliwości wykorzystała w pełni, czego potwierdzeniem są chociażby Paszport „Polityki”, cztery Nagrody Muzyczne Fryderyki, czy nagroda London Music Masters. Szymczewska występowała w najważniejszych salach koncertowych, budując swoją pozycję nie jednorazowym sukcesem, ale ciągłością obecności. Jej interpretacje łączą precyzję techniczną z wyczuciem narracji, a to w muzyce skrzypcowej pozostaje jednym z najtrudniejszych elementów.
Na końcu tej części warto zatrzymać się przy jednym z panów, który w świecie muzyki klasycznej ma znaczenie bardzo konkretne i coraz trudniejsze do przeoczenia. Mateusz Kowalski, gitarzysta klasyczny, to artysta, którego droga pokazuje, jak wygląda współczesna kariera w tej wymagającej dziedzinie.

Jego rozwój to nie efekt jednego przełomowego momentu, ale konsekwentnie budowana pozycja oparta na konkursach, nagraniach i koncertach. Kowalski, podobnie jak dwie wcześniejsze bohaterki, jest absolwentem koszalińskiego „muzyka”. W swoim dorobku ma udział w wielu międzynarodowych konkursach gitarowych, które w tym środowisku pełnią rolę nie tylko wyróżnienia, ale realnego wejścia do światowego obiegu koncertowego. Występował na renomowanych festiwalach i scenach w Europie, a jego interpretacje – skupione, precyzyjne i pozbawione efekciarstwa – zyskały uznanie zarówno krytyków, jak i publiczności. Koszalinianin zasłynął pierwszym w historii wykonaniem na żywo Koncertu fortepianowego f-moll Fryderyka Chopina w aranżacji na gitarę i orkiestrę. „Classical Guitar Magazine” określił go mianem muzyka „spektakularnego”, który rozległy repertuar od renesansu do współczesności wykonuje z niezwykłym znawstwem i wyczuciem stylu oraz z wielką kulturą muzyczną.
Kowalski w swoim dorobku ma kilka albumów, zarówno jako solista, jak i kameralista. Kamieniem milowym w jego karierze był z pewnością album „Slavic Sessions”, za który został nominowany do nagrody Grammy 2026 w kategorii Best Chamber Orchestra/Small Ensemble Performance. To wyróżnienie jest dowodem na to, że instrument często traktowany jako kameralny czy wręcz biesiadny, może stać się nośnikiem artystycznego przekazu na najwyższym poziomie.
Sukces Mateusza Kowalskiego dostrzeżono w jego rodzinnym mieście. Podczas Gali Koszalińskiej Kultury muzyk został uhonorowany tytułem Artysty Roku. To wyróżnienie ma inny wymiar niż międzynarodowe nagrody: jest sygnałem, że jego droga, choć prowadzi przez światowe sceny, pozostaje ważna także dla lokalnej społeczności. Że Koszalin nie tylko wypuszcza artystów w świat, ale też potrafi ich dostrzec, kiedy już ten świat zdobędą.
Muzyka rozrywkowa gra z Koszalina
Nie tylko wokół klasyki krążą muzyczne sukcesy Koszalinian. Adam Sztaba – kolejny absolwent szkoły muzycznej – to przykład artysty, który nie tyle wszedł do jednego świata muzyki, co nauczył się swobodnie między nimi poruszać. Kompozytor, aranżer, dyrygent – jego działalność obejmuje zarówno muzykę rozrywkową, jak i projekty symfoniczne. Sztaba od lat współpracuje z czołówką polskich artystów, odpowiada za oprawę muzyczną dużych wydarzeń telewizyjnych, koncertów i widowisk. Jednocześnie realizuje projekty autorskie, w których łączy muzykę popularną z rozbudowaną formą orkiestrową. To nie jest łatwa sztuka, bo wymaga wyczucia proporcji i świadomości obu światów. Jego dorobek pokazuje, że można być jednocześnie twórcą rozpoznawalnym i rzemieślnikiem najwyższej klasy.

Daria Zawiałow w Koszalinie nie kształciła się w szkole muzycznej. Na zajęcia uczęszczała do Centrum Kultury 105, a po ukończeniu gimnazjum wyjechała do Warszawy. Jej droga do popularności nie była jednorazowym wejściem na scenę, ale procesem budowania własnej tożsamości artystycznej. Wcześniejsze doświadczenia, udział w programach muzycznych, próby odnalezienia swojego stylu –
wszystko to doprowadziło do momentu, w którym Zawiałow zaczęła funkcjonować na własnych zasadach. Dziś jest jedną z najważniejszych postaci polskiej sceny alternatywnej. Jej albumy zdobywają Fryderyki (do dziś ma ich siedem), koncerty przyciągają szeroką publiczność, a język muzyczny, łączący pop, rock i elektronikę, trafia zarówno do młodszych, jak i starszych słuchaczy.
Kasia Cerekwicka, absolwentka koszalińskiego „muzyka”, reprezentuje nieco wcześniejsze pokolenie artystów, których droga do popularności przebiegała w innych realiach. Początki jej kariery to czas, gdy o obecności na rynku decydowały nie media społecznościowe i portale streamingowe, ale przede wszystkim radio, telewizja i festiwale. Cerekwicka była ich częścią, brała udział w konkursach, zdobywała nagrody (wygrała konkurs debiutów 34. Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu), budowała swoją rozpoznawalność w sposób charakterystyczny dla tamtego czasu. Jej utwory trafiają do szerokiej publiczności, a charakterystyczny głos stał się jej znakiem rozpoznawczym.

Muzyczne historie związane z Koszalinem nie tworzą jednego nurtu. Nie łączy ich styl, gatunek ani sposób budowania kariery. A jednak układają się w spójną opowieść o miejscu, które potrafi być początkiem drogi prowadzącej bardzo wysoko, czasem na sam szczyt. I może właśnie to jest w nich najciekawsze. Nie to, że są różne. Ale to, że wszystkie zaczynają się w tym samym miejscu.
Sport: z lokalnych boisk na największe areny
Sport ma w sobie coś, co szczególnie dobrze pasuje do opowieści o mieście takim jak Koszalin. Zaczyna się zwykle bardzo lokalnie: od treningów na osiedlowym boisku, od pierwszego klubu, od ludzi, którzy widzą potencjał, zanim stanie się on oczywisty. A potem nagle ta historia przestaje być lokalna. Pojawiają się stadiony, transmisje i reprezentacja kraju.

Panie przodem, więc zacznijmy od Małgorzaty Hołub-Kowalik, lekkoatletki specjalizującej się w biegach sprinterskich. Swoje pierwsze treningi odbywała na stadionie Bałtyku w Koszalinie, później – ku niezadowoleniu wielu – zdecydowała się rozwijać karierę w klubie AZS UMCS Lublin. Jej kariera to przykład sportu, w którym nie ma miejsca na przypadek. Każdy wynik jest efektem setek godzin treningu, powtarzalności i pracy nad detalem.
Hołub-Kowalik reprezentowała Polskę na igrzyskach olimpijskich (złoty i srebrny medal w Tokio w 2020 roku) i była częścią sztafet, które zdobywały medale na najważniejszych imprezach międzynarodowych: mistrzostwach świata i Europy. W sporcie zespołowym sukces rozkłada się na wielu zawodników, ale jednocześnie wymaga absolutnej synchronizacji i zaufania. W biegach sztafetowych nie ma miejsca na błąd, liczy się nie tylko szybkość, ale także precyzja przekazania pałeczki, timing, zgranie.
Myśląc o piłce nożnej, nie sposób nie zacząć od Sebastiana Mili. Jego kariera, zapoczątkowana na treningach w Bałtyku Koszalin, rozwijała się konsekwentnie od klubów ligowych, przez grę w Śląsku Wrocław i Lechii Gdańsk, aż po reprezentację Polski. Nie był zawodnikiem budującym swoją pozycję na medialnym rozgłosie, ale raczej na stabilności i boiskowej inteligencji. Nie było więc skandali z jego udziałem, artykułów w kolorowej prasie o jego prywatności czy wystawnym życiu.
Momentem, który na trwałe zapisał się w pamięci kibiców, był mecz eliminacyjny do mistrzostw Europy w 2014 roku, kiedy Polska pokonała Niemcy, a Mila zdobył jedną z bramek. To był jeden z tych wieczorów, które wykraczają poza sportową statystykę i stają się częścią zbiorowej emocji.

Podobnie zaczęła się historia Kacpra Kozłowskiego: od treningów w koszalińskim Bałtyku. W tym przypadku jednak finał kariery wciąż pozostaje nieznany. Kacper to rocznik 2003. Jego nazwisko pojawiło się w przestrzeni publicznej bardzo wcześnie – jako najmłodszego piłkarza, który wystąpił na mistrzostwach Europy, mając niespełna
18 lat. Sam udział w takim turnieju w 2021 roku, w tak młodym wieku, jest wydarzeniem bez precedensu w skali europejskiej piłki.
Kozłowski szybko przeszedł drogę od młodzieżowych rozgrywek w Bałtyku Koszalin, a potem w Pogoni Szczecin, do profesjonalnego futbolu na wysokim poziomie. Transfer zagraniczny, kolejne występy, budowanie pozycji w klubach (dziś to turecki Gaziantep FK) – to wszystko dzieje się na naszych oczach. Jego historia już teraz pokazuje, jak bardzo zmienił się współczesny sport: talent identyfikowany jest wcześniej, a ścieżki kariery są znacznie szybsze i bardziej wymagające.
Koszalinianie w światowym showbiznesie
Są też takie biografie, które zaczynają się od pracy, której nikt nie widzi. W świecie filmu, mediów czy sztuk performatywnych bardzo często to właśnie ci, którzy pozostają w cieniu, decydują o ostatecznym kształcie tego, co trafia do widza.
Przywołajmy tu Łukasza Żala, należącego do tej grupy twórców, którzy zmieniają sposób patrzenia na kino, choć sami nie pojawiają się na ekranie. Operator filmowy, współautor zdjęć do „Idy” i „Zimnej wojny” Pawła Pawlikowskiego – filmów, które zdobyły uznanie na całym świecie i na trwałe wpisały się w historię współczesnego kina.

Jego praca przy „Idzie”, filmie nagrodzonym Oscarem w 2015 roku dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego, pokazała, jak ogromne znaczenie ma decyzja o ograniczeniu środków. Czarno-białe zdjęcia, oszczędność ruchu kamery, świadome kadrowanie – wszystko to stworzyło język wizualny, który stał się jednym z najważniejszych elementów filmu. „Zimna wojna” była naturalną kontynuacją tej estetyki, rozwinięciem jej w kierunku jeszcze większej precyzji i emocjonalności.
Żal współpracował także przy innych produkcjach, zarówno polskich, jak i międzynarodowych, potwierdzając swoją pozycję jednego z najważniejszych operatorów swojego pokolenia. Ostatnio jego zdjęcia można było oglądać w filmie „Hamnet”, nominowanym w tym roku do Oscara aż w ośmiu kategoriach.
Nieco młodsze pokolenie reprezentuje Aleksander Talkowski, który zdecydowanie nie szuka jednej definicji swojej działalności – to aktor, muzyk i performer. Jego twórczość rozwija się na styku różnych dziedzin, a każda z nich jest dla niego równoprawnym środkiem wyrazu.
Jednym z najbardziej symbolicznych momentów w jego karierze było stworzenie pierwszej w historii rapowanej pracy magisterskiej. To wydarzenie odbiło się szerokim echem nie tylko w środowisku artystycznym, ale także akademickim jako przykład przełamywania schematów i redefiniowania formy wypowiedzi. W tym jednym projekcie zawiera się zresztą dużo więcej: przekonanie, że sztuka nie musi dostosowywać się do istniejących ram, ale może je współtworzyć. Swoją magisterkę o aktorze Tomaszu Kocie wyśpiewał w Koszalinie dwukrotnie: podczas zakończenia festiwalu Młodzi i Film w 2022 roku i w tym samym roku w konkursie dla młodych reżyserów podczas Koszalińskich Konfrontacji Młodych „m-teatr”.
Talkowski realizuje projekty sceniczne i muzyczne, w których eksperymentuje z formą, łączy różne języki artystyczne i szuka nowych sposobów komunikacji z odbiorcą. To twórczość, która nie zawsze jest oczywista, ale właśnie dlatego przyciąga uwagę.
Nie wypominając nikomu wieku, warto napisać o przedstawicielu dojrzałego pokolenia – Leszku Malinowskim. Twórca od lat funkcjonuje w przestrzeni kabaretu, jednej z bardziej wymagających form kontaktu z publicznością. Wraz z Waldemarem Sierańskim współtworzy kabaret Koń Polski, którego żaden występ nie może się obyć bez skeczu z Marianem i Helą (Leszek Malinowski wciela się w tę drugą postać).

Jednak działalność Leszka Malinowskiego wykracza poza samo występowanie w kabarecie. Jest przecież inicjatorem i organizatorem odbywającego się od przeszło 30 lat w Koszalinie festiwalu kabaretu, który stał się jednym z ważniejszych wydarzeń tego typu w regionie i jest transmitowany przez ogólnopolską telewizję.
Starszym mieszkańcom Koszalina Malinowski może się kojarzyć z prywatnym Radiem Północ, którego był założycielem, a na antenie którego debiutowali znani dziś lokalni dziennikarze. To przedsięwzięcie w latach 90. ubiegłego wieku wpisywało się w rozwój niezależnych mediów i lokalnej komunikacji.
Mówiąc o występach na scenie, nie sposób też pominąć tancerza i właściciela szkoły tańca Roberta Rowińskiego. Jego historia to historia sukcesu, który rozgrywa się na styku sztuki i rozrywki. Popularność zdobył dzięki programowi „Taniec z gwiazdami”, w którym wystąpił w pięciu polskich edycjach, tańcząc u boku byłej Miss Świata Anety Kręglickiej, aktorki Magdaleny Wójcik, wokalistki Haliny Mlynkovej, aktorki Aleksandry Szwed i medalistki olimpijskiej Moniki Pyrek. Z tą ostatnią zdobył główną nagrodę – Kryształową Kulę. Jego kariera nabrała międzynarodowego wymiaru dzięki udziałowi w irlandzkiej wersji programu „Dancing with the Stars”, gdzie dotąd pojawił się w siedmiu edycjach.

Wśród ludzi świata sztuki i mediów umieścić koniecznie trzeba też Tatianę Pancewicz-Wysmyk i Karola Wysmyka. To duet fotografów, który specjalizuje się w fotografii modowej. Ich zdjęcia pojawiają się na okładkach europejskich wydań „Vouge’a” czy „GQ”. W polskiej edycji tego ostatniego magazynu ukazała się niedawno sesja okładkowa irlandzkiego aktora Cilliana Murphy’ego, laureata Złotego Globu i Oscara za tytułową rolę w filmie „Oppenheimer”, autorstwa właśnie tego duetu.
W swojej karierze pracowali z modelkami i modelami, aktorkami i aktorami oraz osobowościami ze świata show-biznesu, które współtworzą współczesny język wizualny. W ich portfolio znajdują się sesje, które trafiały nie tylko do magazynów modowych, ale też – a może przede wszystkim – do kampanii reklamowych, a ich styl – wyrazisty, nowoczesny, świadomy trendów – wpisuje się w estetykę europejskiej fotografii modowej.
Wszystkie te historie mają wspólny mianownik: działanie na styku widoczności i wpływu. Często poza pierwszym planem, ale zawsze z realnym oddziaływaniem na to, co oglądamy i jak to odbieramy.

Tworzenie poza pierwszym planem: tam, gdzie zaczyna się jakość
Nie wszystkie kariery rozwijają się w świetle reflektorów. Nie wszystkie są mierzone liczbą widzów, odsłon czy transmisji. A jednak to właśnie w tych mniej widocznych przestrzeniach bardzo często powstaje coś, co decyduje o trwałości i jakości – nie tylko pojedynczych projektów, ale całych dziedzin.
Anna Orska stworzyła jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek biżuterii autorskiej w Polsce. Jej projekty trudno pomylić z jakimikolwiek innymi – nie tylko ze względu na formę, ale także na sposób myślenia o materiale i funkcji.
Orska nie projektuje biżuterii w klasycznym rozumieniu tego słowa. Jej prace często balansują na granicy sztuki użytkowej i artystycznej wypowiedzi. Sięga po nietypowe materiały, inspiruje się rzemiosłem z różnych stron świata, współpracuje z lokalnymi społecznościami i rękodzielnikami. W jej kolekcjach pojawiają się elementy nawiązujące do tradycji, ale przetworzone w sposób współczesny i świadomy.

Zbudowanie marki w tej branży to proces wymagający nie tylko talentu, ale także umiejętności zarządzania, konsekwencji i odwagi w podejmowaniu decyzji estetycznych. Orska funkcjonuje dziś nie tylko jako projektantka, ale także jako twórczyni rozpoznawalnego języka wizualnego, a to jeden z najtrudniejszych poziomów w świecie designu. Jej projekty trafiają do klientów w Polsce i za granicą, a sama marka jest obecna na rynku od lat, co w branży mody i designu, podatnej na szybkie zmiany, stanowi istotne osiągnięcie.
760 lat i kolejne historie przed nami
Czy można znaleźć wspólny mianownik dla tych wszystkich biografii? Być może jest nim moment wyjścia – decyzja, by spróbować gdzieś indziej, szerzej, dalej. Koszalin w tych historiach nie znika, pozostaje początkiem.
760-lecie nadania praw miejskich to dobra okazja, by przypomnieć, że miasto to nie tylko przestrzeń, ale też ludzie i ich drogi. A te drogi nie zawsze kończą się tam, gdzie się zaczynają.
Za kilka lat lista nazwisk ludzi, których drogi z Koszalina poprowadziły na szczyt, będzie inna. Na pewno dłuższa. Być może zaskakująca. Bo najciekawsze w tej historii jest to, że ona wciąż się pisze.




















