Jeszcze kilka lat temu koszykówka w Polsce funkcjonowała raczej na obrzeżach głównego nurtu sportowego, ustępując miejsca piłce nożnej czy siatkówce.
Dziś coraz wyraźniej wraca do gry – i to nie tylko na parkietach, ale także w świadomości kibiców.
Według badań oglądalności transmisji sportowych oraz danych ligowych, zainteresowanie rozgrywkami koszykarskimi systematycznie rośnie. Mecze Polskiej Ligi Koszykówki notują coraz lepsze wyniki frekwencyjne, a transmisje – zarówno telewizyjne, jak i online – przyciągają rosnącą widownię, szczególnie w młodszych grupach odbiorców.

Dynamicznie rozwija się także segment koszykówki ulicznej i odmiany 3×3, która po debiucie na Igrzyskach Olimpijskich Tokio 2020 zyskała globalny rozgłos.
O koszykówce, jak i o innych dyscyplinach sportowych, współcześnie opowiada się inaczej. Nie tylko przez wyniki, statystyki i tabele, ale przede wszystkim przez ludzkie historie. Zapraszamy na rozmowę z Pamelą Wroną, koszalinianką, redaktorką naczelną portalu Polskikosz.pl
Od lat jesteś związana z koszykówką, piszesz o niej zawodowo. Jak wyglądała twoja droga do tego miejsca?
Moja droga nie była zaplanowana. Nie było momentu, w którym powiedziałam: „chcę być dziennikarką sportową”. Była za to koszykówka – najpierw jako fascynacja, potem środowisko, które chciałam rozumieć coraz głębiej.
Zaczęło się od pisania i od tego, że ktoś kiedyś dał mi szansę. Najpierw wysłałam maila do Polskikosz.pl pod wpływem impulsu, bez doświadczenia i tekstu. Odpowiedź była odmowna. Jakiś czas później trafiłam na ogłoszenie Pulsu Basketu. Tym razem napisałam tekst o koszykówce 3×3 – głównie po to, żeby mieć co pokazać. Zostałam przyjęta, a kilka tygodni później redakcja weszła w struktury Polskiego Kosza. Trafiłam więc dokładnie tam, gdzie wcześniej usłyszałam „nie”, ale inną drogą.
Od początku interesowało mnie to, co dzieje się poza parkietem: emocje, presja, kulisy funkcjonowania zawodników. Zwracałam też uwagę na niszowe obszary, jak koszykówka na wózkach, niesłyszących czy I liga, mimo że słyszałam, że „nie opłaca się o niej pisać”.
Dziś funkcjonuję w tym środowisku na wielu poziomach – jako dziennikarka, osoba pracująca przy komunikacji i PR oraz żona zawodnika. To daje mi bardzo realny obraz sportu „od środka” – nie tylko w dniu meczu, ale w codzienności. I właśnie dlatego nie potrafię patrzeć na koszykówkę wyłącznie przez wyniki. Za każdym z nich stoi czyjaś historia. I to ona jest dla mnie najważniejsza.
Jak odnajdujesz się jako kobieta w środowisku zdominowanym przez mężczyzn?
Na początku mogłam to odczuć na własnej skórze, że trzeba być bardziej przygotowaną. Że łatwiej przykleić łatkę „emocjonalna” niż „merytoryczna”. W moim przypadku to poczucie było jednak bardziej we mnie niż w realnych sytuacjach – nie przypominam sobie momentu, w którym ktoś wprost podważył moje kompetencje ze względu na płeć. Większym wyzwaniem okazało się to, że jestem żoną zawodnika. Pojawiały się założenia dotyczące obiektywizmu czy dostępu do informacji. To było dla mnie trudne, bo od początku bardzo pilnowałam granic między życiem prywatnym a zawodowym. Najtrudniejsze jest to, że nie wszyscy potrafią te role rozdzielić. A przecież funkcjonuję równolegle – jako dziennikarka i jako osoba prywatna.

Z czasem zrozumiałam, że nie muszę niczego udowadniać ani dopasowywać się do schematów. Moją siłą jest sposób prowadzenia rozmów – uważność, wrażliwość i poruszanie tematów pomijanych. I to właśnie ta perspektywa otworzyła mi wiele drzwi. Dziś widzę wyraźnie, że szacunek w tym środowisku buduje się konsekwencją i jakością pracy, nie płcią.
Sport coraz częściej opowiada się poprzez historie, nie tylko wyniki. Jak ty o nim mówisz?
Dla mnie wynik jest początkiem historii, a nie jej końcem. Kibice chcą dziś rozumieć coś więcej niż to, kto wygrał. Chcą wiedzieć, kim są ludzie po drugiej stronie statystyk. Jak radzą sobie z presją, jak wygląda ich codzienność, co dzieje się wtedy, gdy gasną światła hali.
W rozmowach poruszam tematy psychologii sportu, zdrowia psychicznego, relacji czy trudnych momentów. Jednocześnie mam świadomość granic – media nie są od diagnozowania, tylko od oddawania głosu i budowania świadomości. Przez lata sport funkcjonował w micie niezniszczalności. Dziś coraz więcej zawodników otwarcie mówi o emocjach i kryzysach. To zmienia sposób, w jaki odbieramy sport.
Po tekstach o zdrowiu psychicznym dostaję wiele wiadomości od zawodników, trenerów, ludzi ze środowiska. Często słyszę, że ktoś pierwszy raz powiedział coś na głos albo zdecydował się sięgnąć po pomoc. To daje największe poczucie sensu. Sport przestaje być wtedy tylko wynikiem. Staje się doświadczeniem, które przeżywa się dużo głębiej.
Wasze rodzinne życie to ciągłe przeprowadzki, ze względu na zmianę barw zespołowych twojego męża. Jak sobie z tym radzisz?
Życie sportowca jest w ciągłym ruchu, to nowe kluby, nowe miasta, nowe początki. Każda zmiana oznacza budowanie codzienności od nowa. Pomaga mi to, że moja praca nie jest przypisana do jednego miejsca. Mogę funkcjonować w środowisku niezależnie od tego, gdzie mieszkamy. To daje mi własną przestrzeń i poczucie stabilności, ale to nie znaczy, że jest łatwo. W ostatnich latach mieszkaliśmy w sześciu miastach i jedenastu mieszkaniach. To wymaga ciągłego dostosowywania się i rezygnowania z rzeczy, które dają poczucie stałości. Z czasem nauczyłam się traktować te zmiany jako kolejne rozdziały naszego życia, a nie tylko wyzwanie logistyczne.
Jak oceniasz kondycję polskiego sportu i koszykówki?
To połączenie dużego potencjału i realnych wyzwań. Koszykówka w Polsce rozwija się dynamicznie – rośnie zainteresowanie, szczególnie wśród młodych, coraz więcej mówi się o profesjonalizacji. To dobry kierunek. Jednocześnie, żeby przełożyć to na stabilną pozycję w Europie, potrzebne są konsekwentne inwestycje w szkolenie, infrastrukturę i rozwój młodych zawodników. Problemem pozostaje przejście z poziomu juniorskiego do seniorskiego oraz niedostateczne przygotowanie mentalne. Mamy zdolną młodzież, ale system wciąż nie wykorzystuje w pełni tego potencjału.

Koszalin to twoje miasto. Jak myślisz o poziomie lokalnej koszykówki?
Koszalin zawsze będzie dla mnie ważny. Staram się wracać wtedy, gdy dzieje się coś sportowo istotnego, bo widzę ogromny potencjał tego środowiska. Trio Basket to świetna inicjatywa – nie tylko turniej, ale przestrzeń integracji, nauki i budowania relacji. Pokazuje, jak sport może łączyć ludzi. W koszykówce młodzieżowej widać systematyczną pracę i zaangażowanie. Ten lokalny ekosystem ma energię i fundamenty do rozwoju. Brakuje mi jedynie koszykówki na najwyższym poziomie – to coś, co nadal, moim zdaniem, jest temu miastu potrzebne.
Co daje ci równowagę poza koszykówką?
Długo się tego uczyłam, że żeby funkcjonować w sporcie, trzeba mieć przestrzeń poza nim. Dla mnie to przede wszystkim tworzenie ceramiki. To zupełnie inny rytm niż sport. Uczy cierpliwości i wycisza. Z czasem połączyłam to z koszykówką, tworząc własne projekty. Cenię też zwyczajność – ciszę, naturę, czas z rodziną bez harmonogramu meczów. Jeżdżę konno, robię zdjęcia, odkrywam nowe miejsca. To daje mi równowagę i pozwala wracać do pracy z nową energią.
Czy wasze dzieci pójdą w stronę sportu?
Nie wierzę w „skazanie” na jakąkolwiek drogę. Nasze dzieci dorastają w świecie sportu, ale to nie oznacza, że muszą go wybrać. Na razie nie wykazują takiej potrzeby – i to jest w porządku. Z perspektywy lat wiem, ile kosztuje zawodowa kariera. To nie tylko wyniki, ale też presja, kontuzje i brak stabilizacji. Dlatego jeśli kiedyś wybiorą sport, chciałabym, żeby była to ich świadoma decyzja. Najważniejsze jest dla mnie to, żeby miały przestrzeń wyboru, a nie poczucie, że ktoś tę historię napisał za nie.




















