1 wykadrowane Design

Jedzie, jedzie straż ogniowa, trąbka gra

Stojąca w śródmieściu Koszalina neogotycka remiza będzie miała w przyszłym roku 100 lat. Nieco mniej, bo 76 lat, liczy jej historia jako siedziby strażaków po 1945 r. Jednak dzieje walki z pożarami w naszym mieście obejmują kilka wieków.

Do XIX w. Koszalin był niewielkim, ograniczonym miejskimi murami miastem z wąskimi uliczkami. Ciasnota oraz w większości drewniane budynki kryte gontem, sprzyjały pożarom. Powodem było powszechne używanie otwartego ognia: pomieszczenia ogrzewano piecami, oświetlano świecami i łuczywami, mrok ulic rozświetlano pochodniami, a do XIX wieku nie znano w mieście piorunochronów. Katastrofalne pożary w 1504 i 1718 r. zniszczyły niemal całą zabudowę. Aby zapobiec temu w przyszłości, w latach 20. XVIII w. wybudowano wodociąg doprowadzający z Góry Chełmskiej wodę do dwóch basenów przeciwpożarowych stojących na rynku obok pomnika króla Fryderyka Wilhelma I. Natomiast władze miejskie wprowadzały przepisy mające chronić miasto przed klęskami ognia. Należały do nich m.in. obowiązkowe kontrole przeciwpożarowe (inspekcje domów i warsztatów), obowiązek posiadania przez każdego mieszkańca skórzanego wiadra, zadbanie, by w każdym rejonie znalazły się beczki z wodą, bosaki i drabiny oraz zapewnienie zaprzęgów i obsługi do miejskich sikawek, które powinny być testowane przynajmniej raz na kwartał.

1 wykadrowane 1 Design
Remiza strażacka przy Mauerstraße (obecnie ul. Kazimierza Wlk.) widziana
od strony ul. Grunwaldzkiej, lata 20. XX w. Z kolekcji Zbigniewa Wojtkiewicza

System dozoru był nieco uciążliwy. Nocą, między godz. 22.00 i 6.00 miasto było patrolowane przez stróżów miejskich wyposażonych w rogi sygnalizacyjne, w które dęli co godzinę potwierdzając swoją obecność (o godz. 22:00 trąbiono raz, o 23:00 dwa razy, o północy trzy razy, od godziny 1:00 w nocy liczba dźwięków odpowiadała liczbie godzin). Zdarzały się narzekania, gdy niewprawiony strażnik dął w róg nieumiejętnie, powodując fałszywy ton, co niepokoiło okoliczne psy i przez kolejne godziny powodowało ich głośne szczekanie i wycie. Z czasem zrezygnowano z używania rogu i zastąpiło je głośne nawoływanie stróżów: „Dziesiąta godzina na zegarze! Pilnujcie ognia i światła, by w mieście nie wybuchł pożar!”.

Oprócz ulicznych patroli utworzono również funkcję „strażnika wieżowego”. Jego stanowisko, wyposażone w pryczę i mały piecyk kaflowy, znajdowało się w maleńkim pomieszczeniu pod spadzistym dachem wieży kościoła Mariackiego. Służba na wieży zaczynała się o godz. 22.00 i trwała do 4.00 rano. Strażnika tego nazywano również „strażnikiem gwizdkowym”, ponieważ po każdym biciu zegara o pełnej godzinie, musiał potwierdzić czuwanie dmuchaniem w gwizdek taką samą liczbą dźwięków, jak jego koledzy trąbieniem na ziemi.

2 2 Design

Gdy strażnik wieży zauważył gdzieś pożar, wystawiał dużą latarnię z otworu z tej strony wieży, z której widać było łunę ognia lub dym wskazujący na wybuch pożaru, oraz czym prędzej pociągał za sznur drugiego pod względem wielkości kościelnego dzwonu, zwanego pożarowym. Zaalarmowani nocni stróże na ulicach otrzymywali w ten sposób informację o rejonie pożaru i trąbiąc (liczba dźwięków oznaczała numer dzielnicy miasta) informowali o jego lokalizacji. Wówczas do akcji wkraczały, dmąc w swoje rogi sygnałowe, „drużyny ogniowe”, składające się z urzędników, kupców, rzemieślników i ich uczniów, a nawet osób przebywających w mieście tymczasowo. Byli zorganizowani na sposób wojskowy, tworząc Obowiązkową Straż Pożarną (Pflichtfeuerwehr), z podziałem na oficerów w randze kapitana i porucznika, podoficerów, ogniomistrzów (dosł. Spritzenmeister, czyli mistrzów sikawek) oraz ludzi noszących wiadrami wodę. W ciągu roku byli zobowiązani również do regularnych ćwiczeń strażackich. Osoby ociągające się lub nieobecne przy akcjach były karane, za nieobecność czeladnika karano mistrza. Każda drużyna była przypisana do poszczególnych sikawek. Regulamin, dokladnie opisujący procedury ratownicze, stanowił również, że w razie pożaru „cała załoga bez wyjątku musi zaopatrzyć się w swoje wiadra, a stawienie się bez nich podlega karze. Praca przy sikawkach przy pompowaniu oraz donoszeniu i wlewaniu wody odbywa się na zmiany”.

14 1 Design

Ochotnicy i zawodowcy

Ponieważ Obowiązkowa Straż Pożarna była jednak amatorskim pospolitym ruszeniem, w Prusach zaczęły powstawać profesjonalne Ochotnicze Straże Pożarne. Inicjatorem powołania takowej w Koszalinie był miejscowy fabrykant Carl Ludwig Gräner, który odziedziczył po ojcu zakład blacharski produkujący m.in. ręczne sikawki pożarnicze. Z czasem wyspecjalizował się w tym asortymencie, zakładając przy Körliner Straße 3-5 (obecnie ul. Szczecińska) fabrykę wozów strażackich na amerykańskiej licencji, częściowo udoskonalając w nich opatentowany przez siebie mechanizm pompujący (jeden z takich wozów przetrwał do dziś i można go oglądać w mysłowickim Centralnym Muzeum Pożarnictwa). Z inicjatywy Gränera w 1866 r. odbyło się zebranie założycielskie członków miejscowego Stowarzyszenia Gimnastycznego chcących powołać miejską Straż Pożarną. Wybuch wojny prusko-austriackiej przeszkodził temu z powodu wstrzymania decyzji o partycypowaniu w kosztach przez radnych obawiających się wojennych obciążeń finansowych grożących miastu.

Do idei powrócono 12 lat później, a impulsem był duży pożar w stolarni przy Lazaretstraße (obecnie ul. Szpitalna), który wybuchł 25 kwietnia 1878 r. Gaszono go nieudolnie i bez specjalistycznego sprzętu (zamiast wozów gaśniczych użyto ciągniętych przez konie beczek z wodą na płozach), co spowodowało rozszerzenie się ognia na kilka budynków i duże straty. Już dwa dni później odbyło się ponowne zebranie inicjatywne i 18 maja 1878 r. i oficjalnie utworzono pierwszą koszalińską Ochotniczą Straż Pożarną, skladającą się z 57 wolontariuszy. Pierwszym komendantem został miejscowy nauczyciel gimnastyki Ferdinand Block, a jego zastępcą architekt miejski (Stadtbaumeister) Johannes Leptinen. Zakupiono wyposażenie dla drużyn (hełmy, czapki, bluzy, toporki, liny), Carl Ludwig Gräner sprezentował wóz gaśniczy, a do 1886 r. dokupiono jeszcze dwa inne.
Gräner był nie tylko inicjatorem powstania Ochotniczej Straży Pożarnej i sponsorem pierwszego wozu strażackiego. Z cegieł po rozebranej Bramie Młyńskiej wybudował remizę przy obecnej ul. Andersa. Jej widok nie zachował się, za to w koszalińskim Archiwum Państwowym przetrwało zdjęcie datowane na 1890 r., na którym widać kolejną, stojącą w pobliżu budynku młyna przy dzisiejszej ul. Młyńskiej. Gdy wkrótce potem właściciel młyna Carl Gellert rozpoczął w tym miejscu budowę reprezentacyjnej kamienicy (ukończona w 1897 r.) będącej obecnie siedzibą muzeum, siedzibę strażaków przeniesiono na uliczkę am Kleinen Wall, tj. na obrzeża obecnego parku między dzisiejszymi ulicami 1 Maja, Szpitalną i Andersa. Nowa remiza, która przetrwała w tym miejscu przez kolejnych ponad 30 lat, miała niewielką wieżę do ćwiczeń wspinaczkowych. W 1921 r. przestała spełniać wymogi bezpieczeństwa i miasto zdecydowało o wybudowaniu nowej strażnicy pożarowej przy Mauerstraße 22 (obecnej ul. Kazimierza Wielkiego).

13 1 Design

5 listopada 1925 r. zawieszono wiechę, a oficjalne przekazanie budynku strażakom przez burmistrza Romanna nastąpiło przy okazji świętowania przez nich 50-lecia istnienia jednostki. Co ciekawe: front budynku z imponującą wieżą obserwacyjno-ćwiczeniową uwieczniany 100 lat temu na zdjęciach i widokówkach, to dzisiejszy jego tył.

5 2 Design
Remiza strażacka przy Mühlentorstr. (obecnie ul. Młyńska 37-39), ok. 1890 r.
Dziś w tym miejscu stoi muzeum. Źródło: Archiwum Państwowe w Koszalinie

Strażacy dysponowali już wówczas nowoczesnymi samochodami gaśniczymi (firma Gränera przestała istnieć w 1915 r.), a w mieście rozmieszczono 24 punkty powiadamiania o zagrożeniu pożarowym, którymi były przyciski alarmowe połączone z centralą w budynku straży. Te punkty funkcjonowały jeszcze po wojnie, gdy sieć telefoniczna była słabo rozwinięta.

Nasi strażacy

Pierwszym powojennym komendantem miejskim polskiej straży pożarnej w Koszalinie był Franciszek Siejkowski. Od samego początku strażacy mieli pełne ręce roboty. Co najmniej dwa razy w tygodniu paliły się domy, stodoły, paliła się szkoła (późniejszy Ekonom) i rosyjskie kasyno oficerskie, pożary wybuchały nawet w szpitalach: sowieckim przy ul. Gwardii Ludowej (obecna ul. Pileckiego) i polskim zakaźnym. Przyczynami najczęściej była nieostrożność, ale zdarzały się i podpalenia. Trudno powiedzieć, jak wyglądało wyposażenie: to, czego nie wywieźli wcześniej Niemcy, zrabowali Rosjanie. Prawdopodobnie, tak jak w całym regionie, dysponowano ręcznymi sikawkami i zaprzęgiem konnym. Natomiast w raporcie powstałym w 1946 r. jest już mowa o  motocyklu, remontowanym samochodzie marki Opel oraz Chevrolet, przerobianym na cysternę. W połowie lat 50. na stanie były Skody, Wołgi oraz Simki. Później doszły nowocześniejsze pojazdy.

6 2 Design
Koszalińska remiza w parku między dzisiejszymi ul. 1 Maja, Szpitalną i Andersa. Źródło: F. Schwenkler „100 Jahre Freiwillige Feuerwehr in Köslin”

Po utworzeniu w 1950 r. województwa koszalińskiego, budynek przy ul. Kazimierza Wielkiego przez sześć lat stał się siedzibą Wojewódzkiej Komendy Straży Pożarnej. Później przeniosła się do gmachu Urzędu Wojewódzkiego, a stamtąd na ul. 4 Marca. W 1990 r. trafiła do nowo wzniesionego kompleksu zabudowań przy ul. Strażackiej 8 (obecnie mieszczą się tam biura Komendy Miejskiej PSP). Oprócz tego są tam magazyny, warsztaty sprzętu łączności, sprzętu ochrony dróg oddechowych, stacja diagnostyczna dla samochodów i warsztat samochodowy. Jednocześnie utworzono w Koszalinie II oddział Zawodowej Straży Pożarnej (obecnie jest to Jednostka Ratowniczo-Gaśnicza PSP Nr 2). W mieście obecnie działają dwie takie jednostki. Zawodowych strażaków wspomagało siedem jednostek Ochotniczej Straży Pożarnej, z których najważniejszą jest OSP Oddział Ratownictwa Wodnego Klub Płetwonurków “Mares”.

7 2 Design

Koszalińscy strażacy brali udział przy gaszeniu wielu groźnych pożarów w całym regionie: w 1964 r. w Darłowie ratowali palący się tamtejszy młyn, a w miejscowości Budowo magazyny amunicji i ok. 60 czołgów. Bardzo uciążliwe były trwające tygodniami pożary lasów i torfowisk. Dramatycznie wyglądało gaszenie płonącego pociągu towarowego, który w 1976 r. został przepchnięty z terenu województwa słupskiego na teren województwa koszalińskiego, aby pożar opanowali strażacy koszalińscy. Straty sięgnęły wówczas ponad pół miliarda złotych.

8 2 Design

Najbardziej spektakularną akcją w historii koszalińskiej straży pożarnej było na przełomie 1980 i 1981 r. gaszenie szybu naftowego w Krzywopłotach koło Karlina. Początkowo dowództwo prowadzenia akcji objął Komendant Wojewódzki Straży Pożarnej w Koszalinie, który skierował do akcji 21 jednostek z całego województwa. Pod jej koniec w gaszeniu uczestniczyło 450 strażaków z całej Polski, wyposażonych w ponad 30 samochodów gaśniczych i 20 działek wodnych. Przybyła również ekipa z ZSRR, przywożąc agregaty stanowiące połączenie silników odrzutowych i działek wodnych. Do koszalińskiej komendy należało również zapewnienie przybyłym zakwaterowań i zaprowiantowania, co w tamtym czasie (niemal wszystko było na kartki) było bardzo trudne. Pożar udało się opanować po miesiącu zmagań kilkuset ludzi z żywiołem.
Ale zadania straży pożarnej to nie tylko gaszenie ognia. W 1991 r. koszalińscy strażacy brali aktywny udział z organizacji wizyty w Koszalinie papieża Jana Pawła II. Skontrolowano wszystkie obiekty, które miał odwiedzić, a podczas mszy polowej bezpieczeństwa ponad 200 tysięcy gości pilnowało 67 samochodów bojowych i 268 strażaków. W służbie porządkowej, liczącej siedem tysięcy osób, znajdowało się ponadto 1300 umundurowanych ochotników przybyłych z kilku województw.

9 2 Design
Polscy strażacy przed remizą przy ul. Kazimierza Wielkiego, 1946. Źródło: Muzeum w Koszalinie

Strażacy postanowili również ofiarować papieżowi „Dar Ołtarza”: była nim wykonana z bursztynu i srebra płaskorzeźba wyobrażająca św. Floriana z chorągwią i krzyżem, pędzącego na zaprzężonym w dwa rumaki rydwanie z beczką i wiadrem. Na ten cel z całego kraju wpłynęło 154 miliony ówczesnych złotych (średnia miesięczna pensja wynosiła wówczas niespełna dwa miliony złotych). Z uzbieranych pieniędzy sfinansowano dar, wystarczyło również na meble do pokoju w koszalińskim Seminarium Duchownym, gdzie miał nocować papież, a pozostałą kwotę przeznaczono na pomoc dla domu dziecka. Jak wspominał ówczesny Komendant Wojewódzki koszalińskiej straży pożarnej Andrzej Priadka, gdy dwaj wybrani strażacy w galowych czarnych mundurach i czapkach wzruszeni ofiarowywali na kolanach dar papieżowi, ten skomplementował ich, mówiąc, że „pięknie wyglądają w tych swoich mundurach kolejarskich”.

10 2 Design
Siedziba Jednostki Ratunkowo-Gaśniczej nr 1
przy ul. Kazimierza Wielkiego w Koszalinie, 2013. Fot. Krzysztof Urbanowicz

Ta anegdota to również część historii koszalińskiej straży pożarnej.

A co z zabytkową siedzibą koszalińskich strażaków przy ul. Kazimierza Wielkiego? Po ich wyprowadzce do nowego i nowoczesnego budynku przy Alei Monte Cassino przeszła na własność miasta, stoi pusta i czeka nie tylko na pomysł, jak ją zagospodarować, ale i jak utrzymać. Jaka czeka ją przyszłość, czas pokaże.