Anna Zawiślak: Zatrzymam się na chwilę przy tej liczbie lat, bo to robi wrażenie. Ile to już… prawie 35?
Marlena Krawczyk: Prawie! W tym roku kończymy 34, a za rok będzie 35-lecie. Proszę mi wierzyć – mam wrażenie, że dopiero co świętowaliśmy 30-lecie koncertem w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym, a tu już kolejne „okrągłe” rocznice.
AZ: Astra to chyba jedna z najdłużej działających szkół tańca w mieście.
MK: Myślę, że tak – chyba najdłużej działająca prywatna szkoła tańca. Dawniej bywały kluby przy uczelniach, jeszcze w czasach Wyższej Szkoły Inżynierskiej. Zresztą w tamtym środowisku też zaczynaliśmy – i tam się nawet poznaliśmy, mam na myśli siebie i męża. Potem była praca w Wojewódzkim Domu Kultury… i w końcu własna, prywatna szkoła. Kiedyś takich inicjatyw było mało, dziś jest inaczej.
AZ: No właśnie – co się zmieniło przez te lata, jeśli chodzi o zainteresowanie tańcem? Dziś mamy mnóstwo rozpraszaczy.
MK: Z mojej strony energia jest ta sama. Prowadzę większość zajęć i dalej mnie to niesie. Ale zmienił się profil. Kiedyś mocno pracowałam z dziećmi i młodzieżą turniejową: tańce sportowe, rywalizacja, przygotowania. Ten etap zamknęłam, a w jego miejsce rozwinęłam tango argentyńskie i flamenco. Zajęć jest dużo i wciąż są osoby, które chcą się uczyć. Tańczymy na różnych poziomach: od „zera”, przez grupy kontynuacyjne (2–5 lat tańczenia), aż po pasjonatów, którzy tańczą po 20 lat. Tango i flamenco to niemal wyłącznie dorośli – te tańce wymagają dojrzałości, świadomości ciała. I są spoza naszej kultury, więc trudniej zaszczepić je wśród młodych.
AZ: Flamenco kojarzy się z kobiecością i ogniem.
MK: Bo takie jest, wyraziste i energetyczne. Flamenco niesie emocje: miłość, bunt, cierpienie, złość, upór. To zlepek kultur, jest w nim i orientalna miękkość, i piękna praca rąk, nadgarstków, bioder. A tango… tango to już zupełnie inny świat.

AZ: Tango, czyli taniec w parze.
MK: Absolutnie para. I jest trudne. Powiem nawet: trudniej zbudować środowisko tangowe niż flamencowe, bo w tangu potrzebni są panowie, a oni często nie wytrzymują pierwszego etapu – zanim zrobi się przyjemnie i „zacznie działać”. Chciałabym czasem krzyczeć: panowie, tu nie trzeba się popisywać! Nie chodzi o biodra, tylko o kontakt, propozycję, dialog. W tangu nic nie jest narzucane, bo tango to zapraszenie się do ruchu. Ale do tego trzeba dojrzeć.
AZ: Za to flamenco można spokojnie tańczyć solo.
MK: Tak, i przyznam, że tego rodzaju ruchu poszukują współczesne panie. Flamenco jest pełne koloru i temperamentu. Cudowne są stroje. Mamy hiszpańskie sukienki z Jerez de la Frontera. To sensualność w smacznym wydaniu, piękno i klasa. Tylko trzeba chcieć w to wejść, trochę się „wystroić”, dać sobie prawo do ekspresji.
AZ: Wrócę do wątku relacji. Czy przez lata zdarzyło się, że taniec kogoś połączył?
MK: Połączył – tak, kilka razy. Ale… rozłączyć też się udało. (śmiech)
AZ: Chciałam zapytać o naukę pierwszego tańca, macie go w ofercie od lat.
MK: Od wielu, wielu lat. I chętnych nie brakuje. Były sezony, że w weekendy lekcje szły jedna po drugiej. Choć dziś, zdaje się, jest mniej wesel, to są one dopracowane do ostatniego szczegółu, w tym także pierwszy taniec, dlatego dla nowożeńców ważne jest to, jak zaprezentują się przed swoimi gośćmi. Niektóre pary przychodzą na kilka miesięcy przed wydarzeniem, ale zdarzają się i tacy, którzy zjawiają się dosłownie na trzy dni przed.
AZ: Jak wygląda start? Para przychodzi z piosenką?
MK: Dziś prawie zawsze. YouTube zrobił swoje – przychodzą z utworem i często z filmikiem, na którym są gotowe inspiracje. Ja wtedy dopasowuję: albo odtwarzamy klimat, albo robię autorską choreografię, albo przerabiam pod możliwości młodych. Bo para parze nierówna: jedni biorą 6 lekcji, inni 20. Jedni mają miesiąc, inni rok. Chodzi o to, żeby nie przytłoczyć i żeby w dniu ślubu czuli się bezpiecznie.
AZ: Powiedzmy sobie szczerze, nie każdy ma dryg.
MK: Oczywiście. Oceniam delikatnie i najczęściej w mojej głowie. A potem przekładam to na dobre rady. Większość wchodzi na salę przestraszona: „my nic nie umiemy”. A ja widzę, jak po chwili puszczają. Często to kobieta przyprowadza mężczyznę, bo to ona jest bardziej zaangażowana w planowanie całego ślubnego wydarzenia. Natomiast nierzadko okazuje się, że panowie są bardzo rytmiczni, muzykalni i szybko się uczą. Niektóre z tych par zostają u nas na regularnych kursach.
AZ: To jest chyba fajna przygoda dla pary, taki wspólny projekt przed ślubem.
MK: Bardzo. Dziewczyny przynoszą halki, pytają „w butach czy bez”, pod koniec panowie przychodzą w lakierkach. Widać emocje i dumę. To jest publiczny występ, nie ma co udawać. I ten dobrze przepracowany pierwszy taniec daje pewność siebie, ale i poznanie siebie z zupełnie innej strony.
AZ: A jaki taniec najczęściej wychodzi „technicznie”?
MK: Najczęściej: disco fox i walc wiedeński. Disco fox to nic innego jak „dwa na jeden” – taki taneczny wytrych, ale w dobrym sensie. Daje frajdę, wygląda efektownie, a przy odpowiedniej choreografii potrafi „zrobić” niezły taniec. Walce też mają swoje mody: od klasyki przez różne znane tematy, które ludzie wybierają z sentymentu.

AZ: A jak my, Polacy, w ogóle tańczymy na weselach?
MK: Myślę, że chętnie się bawimy. Często jest mało miejsca, muzyka jest łatwa, nikt nie wchodzi w wielkie techniczne popisy. I to jest okej – taniec ma dawać radość. Kursy „ponad podstawę” wybiera mniej osób, ale na imprezach potrafimy się cieszyć ruchem i wspólnym byciem.
AZ: Widzę tu przed panią kilka pamiątek związanych z nauką pierwszego tańca.
MK: Tak. I mam coś, co bardzo lubię, czyli księgę pamiątkową po lekcjach pierwszego tańca. Pary wpisują swoje wrażenia, dziękują, czasem przysyłają pozdrowienia z podróży poślubnej. Dostaję też filmiki z wesela z naszym wyuczonym układem. Przez lata tego typu sentymentalnych pamiątek nagromadziło się całkiem sporo. Dla mnie to bardzo wzruszające, ale i też dające poczucie spełnienia, także tego zawodowego.
AZ: A jeśli ktoś, kto teraz nabrał ochoty na ruch w postaci tańca, na co może liczyć w waszej szkole?
MK: Oczywiście wspominane wcześniej tango, flamenco, taniec towarzyski dla dorosłych na różnych poziomach. Jest też latino solo, podczas którego można spalić trochę kalorii. Prowadzę także grupę pań „młodszych duchem” – Volare – przy Uniwersytecie Trzeciego Wieku. One są niesamowite: aktywne, gotowe się wystroić, wystąpić i, co najważniejsze, nie odpuszczają. Z nowości, rozpoczęły się właśnie zajęcia z Lindy Hop, które prowadzi instruktorka z Niemiec. Lindy Hop to przede wszystkim swing, choć jest wypadkową wielu styli. Jeśli komuś podoba się boogie woogie, charlston, jive czy rock and roll, z pewnością się tu odnajdzie.
Gorąco zapraszam do nas. Poza tańcem tworzymy piękną społeczność, która lubi ze sobą spędzać czas, bez względu na wiek czy poziom umiejętności. Pod koniec kwietnia z częścią moich pań wybieramy się na Feria de Abril w Sewilli. W Hiszpanii to święto, wspólnego biesiadowania, muzyki, tańca, wina. Zabieramy nasze stroje do flamenco, tam będziemy uczestniczyć w warsztatach tanecznych, jeździć dorożką, biesiadować w casitas – domkach salonikach, udamy się na rejs po Gwadalkiwir. Będzie wesoło i bardzo aktywnie. Bo taniec jest zaproszeniem do życia.




















