Minął luty, a wraz z nim z wystaw sklepowych zniknęły czerwone serduszka, głośno krzyczące swoją barwą: wybierz mnie, weź mnie, czekam właśnie na twoją miłość. Walentynki minęły. Kwiatki rozdane, serca sprzedane. Ale co dalej?
Mamione obietnicą wiecznej miłości, wchodzimy w relacje, bo lepiej być z kimś, niż samemu.
Bo samemu dla wielu oznacza samotność, choć mogłoby oznaczać samodzielność.
A to nie to samo.
Samodzielność to wybór. Samotność to brak wyboru.
Jeśli nigdy w życiu nie nauczyłaś się słyszeć siebie, żadna relacja ci tego nie da, choćby partner był ze złota tudzież ze srebra. Nie da się być w szczęśliwej relacji z drugim człowiekiem, jeśli nie jest się w relacji ze sobą. I właśnie to najczęściej widzę w gabinecie terapeutycznym.
Kobiety często wchodzą w związki z miejsca lęku. Z miejsca utraty. Z miejsca pustki.
Nie wybierają. Raczej chwytają się kogoś, żeby nie zostać same. Nie słyszą swoich potrzeb. Nie stawiają granic. Za to dużo oczekują. Że ten drugi nasyci, napełni, uleczy.
Jakby miłość miała wypełnić wewnętrzne braki. Tylko że drugi człowiek nie jest od naprawiania naszych dziur. Jest od współdzielenia życia, partnerstwa i wspólnego wzrastania.
Po czym poznasz, że w relacji z drugim człowiekiem jesteś daleko od siebie?
Kiedy używasz związku jak plastra na stare rany. Myślisz, że teraz będzie inaczej, że w końcu twoje życie nabierze sensu. Kiedy pokładasz w drugim człowieku nadzieje, których nikt nie jest w stanie spełnić. Kiedy z lęku porzucasz siebie w chwilach, gdy ktoś cię rani, unieważnia lub poniża. Zamiast złości pojawia się tłumaczenie. Jest zmęczony. Przepracowany. Przecież się stara. Kiedy twoje ciało się napina, a ty mówisz, że to nic takiego. A ono krzyczy, żebyś je usłyszała. Kiedy odkładasz siebie na później. Bo jego praca. Bo dzieci. Bo teraz nie czas.
Bo tak robiły kobiety przed tobą. Matka. Babka. Przetrwały w związku do końca, ale czy naprawdę żyły? Kiedy w relacji dostajesz okruchy zamiast obecności. Minimum zamiast partnerstwa. Czekanie zamiast bliskości. Kiedy zaciskasz zęby i powtarzasz, że jeszcze przyjdzie czas na ciebie. A co, jeśli nie przyjdzie nigdy?
A potem przychodzi ciało
Bo ciało długo potrafi pomagać nam udawać, że wszystko jest w porządku.
Kiedy jesteśmy młode, hormony robią za nas ogromną pracę. Estrogeny i oksytocyna sprzyjają więzi, bliskości, trosce. Łatwiej się dostosować. Łatwiej wybaczyć. Łatwiej postawić innych przed sobą. Macierzyństwo, zakochanie, opiekowanie się innymi mają biologiczne wsparcie. Przez lata to działa.
Ale z czasem gospodarka hormonalna zaczyna się zmieniać.
W okresie okołomenopauzalnym spada poziom estrogenów i coraz trudniej ignorować siebie. Pojawia się drażliwość, napięcie, mniejsza tolerancja na przekraczanie granic. Jakby ciało mówiło w końcu: dość.
To, co kiedyś dało się znieść, nagle staje się nie do zniesienia. To, co było „jakoś będzie”, zaczyna boleć. I wtedy do gabinetów trafiają kobiety, które przez całe życie wybierały spokój w relacji kosztem spokoju w sobie. Zmęczone. Rozgoryczone. Czasem z depresją. Czasem z lękiem. Czasem z poczuciem, że przegapiły własne życie. Bo siebie nie da się odkładać w nieskończoność. Ciało prędzej czy później upomni się o głos.
Powrót do siebie
Dlatego im wcześniej w relacji zaczniesz słyszeć siebie, tym większa szansa, że będzie ona pełna. A ty będziesz w niej naprawdę obecna.
To zaczyna się bardzo prosto: od zatrzymania, od sprawdzenia, jak się czujesz, co robią z tobą słowa drugiej osoby, jak reaguje twoje ciało. Czy pojawia się spokój, czy napięcie.
Rozluźnienie czy ścisk w brzuchu, ucisk w klatce piersiowej, gula w gardle. Ciekawość czy lęk. Czy masz przestrzeń, żeby powiedzieć „nie zgadzam się”, „potrzebuję inaczej”, „to dla mnie ważne”.
Relacja ze sobą nie zaczyna się od wielkich decyzji.
Zaczyna się od małych momentów zauważania. Od pytania: czego ja teraz potrzebuję? I od odwagi, żeby potraktować odpowiedź poważnie. Bo kiedy jesteś po swojej stronie, związek przestaje być ratunkiem. Staje się wyborem.
I prawda, o której rzadko się mówi
Kiedy zaczynasz budować relację ze sobą, łatwo uwierzyć, że świat przyjmie twoją zmianę z radością. Że wszyscy to zrozumieją. Że będą ci kibicować. Najczęściej tak nie jest.
Kiedy przez lata pomijałaś siebie, dostosowywałaś się, brałaś na siebie więcej, innym było z tobą po prostu wygodnie. Twoje „tak” było oczywiste. Twoje granice prawie niewidoczne. Więc kiedy zaczynasz mówić „nie”, ten komfort znika. Czasem pojawia się złość. Czasem zdziwienie. Czasem rozczarowanie. Jakbyś zrobiła coś niewłaściwego. A ty po prostu zaczynasz być.
W relacji nie chodzi o to, żeby jedna strona była wygodna dla drugiej.
Chodzi o to, żeby obie mogły oddychać. To jest prawdziwy kompromis. Nie rezygnacja z siebie, tylko spotkanie. I bywa, że kiedy zaczynasz wybierać siebie, najpierw pojawia się pustka. Ale ta pustka często jest pierwszą w życiu przestrzenią na ciebie. Być może część osób od ciebie odejdzie. Ale ci, którzy zostaną, zostaną dlatego, że jesteś prawdziwa.
Na koniec
Więc jeśli siedzisz teraz spokojnie i patrzysz na swoją Walentynkę, albo przypominasz sobie tamten dzień, jedną różę, miły gest, może pierścionek z brylantem, zatrzymaj się na chwilę.
I pomyśl nie o tym, co dostałaś od kogoś. Pomyśl o tym, co dajesz sobie. Czy jesteś wobec siebie uczciwa. Czy naprawdę siebie słyszysz. Czy mówisz „tak” tylko wtedy, gdy w środku też jest „tak”. Czy mówiąc „tak” twoje ciało krzyczy „nie”. Bo najważniejsza relacja w twoim życiu zaczyna się nie od bukietu kwiatów. Zaczyna się od tego, jak traktujesz samą siebie.
Sylwia Hille-Jarząbek
Psycholog, psychotraumatolog i psychoterapeutka, certyfikowana terapeutka Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach. Łączy pracę kliniczną z rolą wykładowczyni akademickiej w Państwowej Akademii Nauk Stosowanych w Koszalinie. Przyjmuje w Poradni z Sercem
(ul. Zwycięstwa 238, Koszalin).
Jej aktualne treści i praktyczne wskazówki dostępne są na profilu @psycholog.koszalin





















