Przez dziesięć lat był aktorem Bałtyckiego Teatru Dramatycznego w Koszalinie, ale ponad dwa lata temu zamienił scenę na studencką ławkę o został studentem pielęgniarstwa.
Spotykamy się nie na teatralnej scenie, lecz w przestrzeni, która stała się twoją nową „rolą życia”. Czy można powiedzieć, że już całkiem zamieniłeś scenę na pielęgniarski kitel?
Można by powiedzieć, że wciąż się spotykamy na scenie, tylko że dziś ta scena wygląda inaczej. Odcinki „Aktora w kitlu” grają się tu właściwie od początku. To jest teraz moja przestrzeń. Jeszcze chwilę temu byłem na zajęciach, wcześniej praktyki w szpitalu, a pomiędzy tym wszystkim nagrywam swoje krótkie filmiki, które publikuję we wtorki i piątki. Za każdym razem myślę, że to już ostatni, że nie będę miał więcej pomysłów. I… za chwilę pojawia się następny odcinek.

Moja historia z Koszalinem zaczęła się dawno temu. To był czerwiec 2013 roku, pamiętam to bardzo dokładnie. Przyjechałem tu po raz pierwszy i od początku 2014 roku byłem już na etacie w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym. Spędziłem tam ponad dziesięć lat. To bardzo długi czas w jednym miejscu, w jednym zawodzie, w jednym rytmie.
Dlaczego więc zdecydowałeś się odejść z teatru?
Powody były dwa – jeden smutny, drugi pozytywny. Ten smutny jest taki, że po prostu się wypaliłem zawodowo. To się zdarza, zwłaszcza kiedy przez dziesięć lat funkcjonuje się w tym samym systemie. Poczułem, że się zasiedziałem. Że stoję w miejscu. Że coraz trudniej mi się ekscytować tym, co robię.
Ten drugi powód był już bardziej budujący. Ja naprawdę bardzo dużo pograłem w naszym teatrze. Zagrałem mnóstwo ról, miałem okazję pracować z różnymi reżyserami, przeżyć wiele scenicznych sytuacji. W pewnym sensie czułem się spełniony. I właśnie dlatego chciałem poszukać czegoś nowego.
Dałem sobie czas na filmy, seriale, na rzeczy, na które wcześniej zwyczajnie nie było przestrzeni. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że to może się nie udać. Że rynek jest trudny, a aktorstwo nie daje stabilności. Dlatego postanowiłem poszukać jednej konkretnej pracy, takiej, która byłaby związana z moimi zainteresowaniami, może nawet z jakimiś dawnymi, licealnymi fascynacjami.

Jak twoją decyzję przyjęli koledzy i koleżanki z teatru?
Na początku trochę się zastanawiałem. Przeżyliśmy razem naprawdę wiele lat, mnóstwo sytuacji, prób, premier, wyjazdów. Ale myślę, że to była dobra decyzja dla wszystkich. Gdybym został w stanie ciągłego niezadowolenia, praca ze mną byłaby trudna.
Teatr zyskał nową osobę, widzowie nowe twarze, a ja nową drogę. Zmiana zawodu nie jest niczym złym – wręcz przeciwnie, jest bardzo rozwojowa. W moim przypadku mam poczucie, że wszyscy na tym skorzystali.
I wtedy pojawił się pomysł służb mundurowych?
Tak. Po drodze spotykały mnie różne sytuacje związane z udzielaniem pierwszej pomocy, z adrenaliną, z ogromnymi emocjami i stresem. Zawsze czułem, że w takich momentach potrafię się odnaleźć. Pomyślałem więc, że warto to „uzawodowić” – pójść w stronę służb albo ochrony zdrowia.
Pierwszy plan był bardzo konkretny: policja. Złożyłem dokumenty do służby i jednocześnie, trochę asekuracyjnie, na Państwową Akademię Nauk Stosowanych w Koszalinie, na pielęgniarstwo. Zakładałem, że to tylko plan B, na wypadek gdyby coś poszło nie tak.
Nie sądziłem, że problemem okażą się testy sprawnościowe. Wiek nie miał tu żadnego znaczenia, startują osoby starsze ode mnie i dostają się bez problemu. Pojechałem nawet na próbny test we Wrocławiu, żeby nic mnie nie zaskoczyło, a jednak rzeczywistość okazała się brutalna. Na teście uszkodziłem kolano, a potem przeszedłem dwie operacje… po prostu pech.

I wtedy został plan B, który okazał się planem życiowym?
Dokładnie. Wszedłem na pierwszy rok pielęgniarstwa i… bardzo się z tego cieszę. Na początku myślałem: wyleczę kolano, spróbuję jeszcze raz do policji, udowodnię coś sobie.
Ale bardzo szybko poczułem, że to pielęgniarstwo mnie wciąga. Dziś jestem na drugim roku i ten najtrudniejszy czas mam już za sobą. Jest dużo zajęć praktycznych w szpitalu, które naprawdę sprawiają mi radość. Nigdy nie przypuszczałem, że będę wdzięczny za swoje uszkodzenie kolana, ale dziś myślę, że może tak właśnie musiało być.
Oczywiście cały czas biorę pod uwagę różne scenariusze. Jeśli kiedyś okaże się, że sobie z czymś nie radzę, psychicznie czy fizycznie, to są inne ścieżki, inne dziedziny. Ale obecnie ten zawód wciągnął mnie na tyle, że się nie poddaję.
Studia pielęgniarskie uchodzą za bardzo wymagające. Co było dla ciebie najtrudniejsze?
Przede wszystkim ogrom materiału i zmęczenie. Zajęć jest bardzo dużo, większość obowiązkowa, a do tego dochodzą praktyki. Człowiek jest atakowany informacjami z każdej strony. Są przedmioty stricte pielęgniarskie, ale też pedagogika, socjologia – bardzo szeroki wachlarz.

Najtrudniejsze były dla mnie biochemia i biofizyka. Minęło dwadzieścia lat od liceum, a ja kompletnie nie byłem przygotowany na taką ilość chemii i fizyki. Anatomia, szczególnie ośrodkowy układ nerwowy, to ogrom nauki po postu na pamięć. Budowa mózgu potrafi naprawdę przerazić.
Były momenty zwątpienia, pytania „po co mi to było?”. Ale potem przychodziły chwile satysfakcji, wtedy kiedy wszystko jest zaliczone. Z czasem człowiek uczy się studiować na nowo, uczy się przetrwać kryzysy.
A praktyki? Kontakt z chorym człowiekiem?
To jest zupełnie inny świat. Praca z drugim człowiekiem, szczególnie chorym, jest niezwykle wymagająca, ale też bardzo wciągająca. Bałem się pierwszych praktyk, bo to one często weryfikują, czy ktoś w ogóle zostanie w zawodzie. Nie teoria, tylko realne spotkanie z pacjentem.
Na szczęście odnalazłem się w tym. Może dlatego, że od dziecka miałem styczność z takimi sytuacjami – choroby w rodzinie, rehabilitacja po udarze, codzienne czynności pielęgniarskie. To wszystko było mi w pewien sposób bliskie.
Nie widziałem jeszcze najtrudniejszych rzeczy i nie znam granic swoich możliwości, ale wiem jedno: pielęgniarstwo daje ogromne możliwości. Jeśli ktoś nie odnajdzie się w jednej dziedzinie, może spróbować w innej, od oddziałów szpitalnych po edukację zdrowotną.
Czy aktorstwo całkowicie zeszło na dalszy plan?
Nie do końca. Na czas studiów wróciłem do aktorstwa w innej formie: reklamy, warsztaty, internet. Pomyślałem, że skoro producenci i tak sprawdzają media społecznościowe, to warto tam być. Tak narodził się pomysł nagrywania krótkich filmów i mój profil „Aktor w kitlu”.

Dać twarz i nazwisko do internetu przed czterdziestką, to wcale nie było takie proste zadanie. Bałem się, ale się przełamałem. Te zasięgi nie są ogromne, nie grozi mi hejt, a sprawia mi to ogromną przyjemność. Kiedy ktoś mówi mi, że moje filmiki „robią mu dzień”, to jest niesamowicie budujące.
Nie wykluczam, że kiedyś, już jako pielęgniarz, spróbuję robić treści edukacyjne, obalające medyczne mity. Ale na wszystko przyjdzie czas. Ta tematyka wiąże się z ogromną odpowiedzialnością, a ja mam tego świadomość.
Czy czujesz, że ta droga jest ostateczna?
Jestem zdecydowany, ale nie powiem, że przestałem być aktorem. Jeśli wejdę w system, to być może ten etap życia się zamknie. Na razie oba światy się przenikają. I chyba dobrze, bo każde doświadczenie, każda scena, każda zmiana czegoś uczy.
Studia nie są tylko dla młodych. Życie potrafi zaskakiwać, a czasem trzeba pozwolić sobie na nowy.




















