20250806 174601 Prestiżowy Ślub

Droga na szafirowy lodowiec Norwegii

Fot. Aneta Balwierz-Michalska

Norwegia zaskakuje. Urzekającymi krajobrazami, ale i pogodą, która potrafi pokrzyżować nawet najstaranniej przygotowane plany.

Dlatego gdy pewnego ranka obudziliśmy się i zamiast ołowianego nieba zobaczyliśmy słońce – prawdziwe, bezczelnie jasne – decyzja mogła być tylko jedna: jedziemy pod lodowiec Nigardsbreen, zanim pogoda zorientuje się, że popełniła błąd.

Od początku ciekawił mnie bardziej niż wszystkie fiordy razem wzięte. Chciałam sprawdzić jedno: czy lód naprawdę jest tam niebieski? Skoro śnieg jest biały, dlaczego lodowiec miałby świecić jak szafir?

Dojazd do lodowca, będącego częścią gigantycznego Jostedalsbreen (największego lodowca kontynentalnej Europy), był obietnicą błękitnego cudu. Jęzor tego potwora ma dramatyczną historię. W XVIII wieku, w okresie tzw. Małej Epoki Lodowej, rósł tak szybko, że zmiażdżył lokalną farmę Nigard! Aktualnie lodowiec się kurczy w zastraszającym tempie, i to w takim, że Wikingowie by się zdziwili!

Aby dojechać do celu, musieliśmy pokonać kilka fiordów i innych akwenów, co w Norwegii oznacza ciągłe manewry między stałym lądem a wodą. Ale prawdziwa magia zaczęła się, kiedy w końcu dotarliśmy do doliny, gdzie rzeka wypływa prosto spod lodowca.

20250802 065618 Prestiżowy Ślub

Wjechaliśmy na drogę, która biegła wzdłuż tej rzeki i nagle znaleźliśmy się w niesamowitej mgle, niemal jak zaczarowanej.

Gęste, białe opary wznosiły się nad wodą, a my, jadąc samochodem, dosłownie płynęliśmy w tej parze wodnej. Niesamowite wrażenie. Wyglądało to, jakby fiordowy duch właśnie opuszczał dolinę.

Niemal na miejscu okazało się, że na parking przy lodowcu trzeba dojechać płatną drogą, co jest typowo norweskim “cennikiem za widoki”. Oczywiście można samochód zostawić przed wjazdem na drogę z mytem, ale w takim przypadku macie dodatkowe 4 km w jedną stronę do parkingu, który jest najbliżej lodowca. Musicie też wziąć pod uwagę, że jeśli jedziecie autobusem, to na pewno na płatną drogę raczej nie wjedziecie, bo najzwyczajniej w świecie autobusy się na niej nie mieszczą. Jeśli podróżujecie po Norwegii na przykład wycieczkowcem, pływając od portu do portu, to autobus dowiezie was tylko do pierwszego parkingu, a potem możecie co najwyżej łapać stopa.

Podjechaliśmy na parking, żwawo się rozpakowaliśmy, zakładając oczywiście dobre, solidne buty, bo lód i górskie ścieżki to nie plac zabaw.

Wróćmy jednak do esencji podróży. Po kilku godzinach w samochodzie, na krętych, norweskich drogach, najzwyczajniej w świecie pojawiła się potrzeba fizjologiczna. Na szczęście parking przed lodowcem miał cywilizacyjny dar w postaci toalety. Ruszyliśmy więc pewnym krokiem do niewielkiego budynku, który dumnie pełnił tę funkcję.

W środku – standard, czyli WC w stylu „Norwegian Minimalist”. Był kibelek, był papier, a nawet… była umywalka! Tyle, że całkowicie pozbawiona kranu z wodą! Pusta misa, z odpływem, ale bez żadnego źródła H₂O! Po co ta umywalka? Do medytacji nad czystością? Czy może jest to norweska metafora na temat marnotrawstwa wody? Albo może tam, w tych lodowcowych rejonach, mycie rąk to luksus, a umywalka służy tylko do trzymania rękawiczek?

No cóż. Takie są czasem norweskie toalety – obiecują umywalkę, ale nie obiecują wody. Trzeba było radzić sobie chusteczkami, wzruszyć ramionami i ruszyć na podbój błękitnego lodu.

Od razu namierzyliśmy niewielką przystań, z której odpływały w kierunku lodowca łódki.

20250802 115143 Prestiżowy Ślub

Kupiliśmy bilety i już po chwili siedzieliśmy w czymś, co wyglądało jak pływająca aluminiowa balia na pranie, tylko nieco większa. Ale pływało toto, a my zaoszczędziliśmy kilkadziesiąt minut marszu. Po opuszczeniu łódki zaczęliśmy się wspinać w kierunku lodowca.

Po drodze przekroczyliśmy rzekę z pływającym w niej lodem, który mogliśmy podziwiać z metalowego mostka.

Po blisko pół godziny dreptania z opcji “jest mi prawie gorąco” przeszliśmy termicznie do opcji “weszłam do zamrażalnika i tu będę leżała”. Dzień był na prawdę przepiękny, ale wiatr od lodowca niósł przenikliwe zimno, które było coraz bardziej odczuwalne, im bliżej Nigardsbreen się znajdowaliśmy.

Do samego lodowca nie można podejść, bo wstępu bronią łańcuchy i odpowiednie obrazki (gdyby ktoś nie zrozumiał przesłania wynikającego z łańcuchów).

Jeśli jednak chcecie na niego wejść, to jest taka możliwość. Po uiszczeniu odpowiednio wysokiej opłaty zostajecie wyposażeni w raki, czekany, uprzęże i oczywiście profesjonalnego przewodnika. Takich wędrujących ogonków turystów było całkiem sporo.

Sam lodowiec jest ogromny! Spektakularny w swoim szafirowo-niebieskim kolorze. To po prostu widok, który wbija w skały!

20250802 171612 Prestiżowy Ślub

A dlaczego niebieski? Lód lodowcowy powstaje pod ogromnym ciśnieniem i jest tak gęsto sprasowany, że nie ma w nim pęcherzyków powietrza, które normalnie rozpraszają światło i sprawiają, że śnieg wygląda na biały. Gdy światło wpada w ten skompresowany lód, jest głęboko absorbowane – wchłania czerwone i żółte fale, a odbija te niebieskie. Im bardziej zwarty i czysty lód, tym intensywniejszy szafir. Zobaczyłam dowód na to, że nawet w geologii “Expectation vs. Reality” może zaskoczyć pozytywnie. Czułam ulgę: to nie Photoshop, to po prostu bardzo, bardzo stary i ciężki lód!

Pomimo przenikliwego zimna, nie mogliśmy się nacieszyć widokami. To było coś niesamowitego, obłędnie pięknego, epickiego! Dopiero fakt, że po jakimś czasie już nie czuliśmy palców u rąk, przez co nie dawało się zrobić większej liczby zdjęć, sprawił, że ruszyliśmy w drogę powrotną.

Kolejny punkt programu tego dnia to Aurlandsfjellet, znana też jako “Snøvegen” (Śnieżna Droga). To esencja norweskiej jazdy widokowej. Ten typ trasy, który zmusza do zatrzymywania się co pięć minut i zadawania sobie pytania: “Czy to jest prawdziwe, czy to scena z filmu, a może AI?”.

Trasa zawdzięcza swoją potoczną nazwę temu, że nawet latem można tu jechać pomiędzy ścianami śniegu wyższymi niż samochód. W dole fiord, słońce i temperatura na T-shirt, a na górze – krajobraz rodem z lodowej planety.

Wjeżdżasz z Aurland, jest zieleń, trawa, krowy… a potem nagle, po 20 minutach, musisz wyciągać czapkę i rękawiczki, bo wylądowałeś w “arktycznej” krainie. Trasa jest zwykle otwierana dopiero po gruntownym odśnieżaniu pod koniec maja lub na początku czerwca.

20250802 175642 Prestiżowy Ślub

Po co ta droga? Aurlandsfjellet była kiedyś jedyną drogą łączącą Aurland z Lærdal. Teraz jest widokową atrakcją, ponieważ zbudowano Tunel Lærdal, który jest najdłuższym tunelem drogowym świata (ponad 24,5 km). Ale my tym tunelem pojedziemy innym razem. W tym dniu postawiliśmy na krajobrazy! Wybierając Aurlandsfjellet (Snøvegen), wybierasz lód, owce i spektakularne widoki, świadomie unikając kosmicznego tunelu.
Droga zaczyna się dość niepozornie. Oczywiście jest ekstremalnie wąska, ale dla nas to nie nowina. Na początku biegnie przez las i nie jest jakaś bardzo spektakularna. Dopiero gdy wjeżdżasz na górę, widoki powalają na kolana.

W wyższej, surowszej części trasy, zwanym Vedahaugane, zatrzymujemy się na parkingu, skąd pomostami biegnie droga do przejmującej instalacji artystycznej. Autorem dzieła jest amerykański artysta Mark Dion, znany z prac poruszających tematykę ekologii i relacji człowieka z naturą. Instalacja znajduje się w niewielkiej, sztucznie stworzonej jaskini.

Wewnątrz znajduje się sztuczna figura niedźwiedzia, który leży na ogromnej kupie śmieci, odpadów i porzuconych przedmiotów z różnych epok i miejsc. Zestawienie to ma symbolizować wpływ cywilizacji i nadmiernej konsumpcji na dziką przyrodę. Głównym celem pracy jest zwrócenie uwagi na zanieczyszczenie środowiska i prowokowanie do refleksji na temat wyrzucania odpadów do natury, szczególnie na tak dziewiczych terenach, jak norweskie góry. Instalacja wprost zaprasza turystów do zastanowienia się nad własnym zachowaniem i według mnie robi to bardzo dobrze!

Po tej chwili refleksji przemieszczamy się dalej, wymijając owce, które traktują asfaltową drogę jako swój prywatny chodnik. Są tak przyzwyczajone do rzadkiego ruchu, że potrafią dumnie stanąć na środku jezdni i ignorować sygnały dźwiękowe. Obowiązuje niepisana zasada, że to kierowca musi czekać, aż owca łaskawie zakończy swój posiłek na poboczu lub drzemkę na asfalcie.

Zaczęliśmy zjazd z Aurlandsfjellet.

20250802 1814471 Prestiżowy Ślub

Droga, choć kręta, wiodła w dół malowniczymi zakosami, aż do momentu, gdy stała się całkowicie nieprzejezdna. Powód? Kozia blokada. Całe stado futrzanych, dzwoniących wikingów postanowiło urządzić sobie małą naradę strategiczną, skutecznie blokując ruch. Rozbawieni, wysiedliśmy z samochodu, by podziwiać to “norweskie zjawisko drogowe”.

To nie są płochliwe stworzenia. To norweskie kozy, które doskonale wiedzą, że to one tu rządzą (owce lubią to). Kozy, widząc, że stoimy, uznały, że to idealna okazja do interakcji. Zaczęły podchodzić, obwąchiwać nasze kurtki, a jedna – wyjątkowo śmiała i ufna – podeszła prosto do mnie. Spojrzała swoimi śmiesznymi, poziomymi źrenicami, jakby oceniała: “Ciekawe czy to smakuje jak mech?”. A potem, zanim zdążyłam zareagować, wzięła zamach i zaciekle polizała mnie po łydce. Chyba jej zasmakowałam, bo wylizała mnie dość solidnie.

To nie było delikatne muskanie. To było pełne zaangażowania, szorstkie, kozie lizanie. Reszta rodziny wpadła w histerię śmiechu. Koza, kompletnie niewzruszona moim rozbawieniem, spojrzała na mnie, jakbym nie doceniała jej gestu przyjaźni. Chyba uznała moją nogę za fascynujący, słony lizak. Ostatecznie, po solidnej sesji miziania i kilku „kozo-pocałunkach”, stado łaskawie uznało, że inspekcja ludzi dobiegła końca i majestatycznie zeszło z drogi.

Finał trasy Aurlandsfjellet, a właściwie jej początek (jeśli jedzie się z Aurland), to kultowa platforma Stegastein. I od razu wiadomo, że jesteśmy w turystycznym epicentrum – bo zaczyna się walka o przetrwanie.

Zjeżdżamy, a naszym oczom ukazuje się on: parking na Stegastein. Mały, ciasny i kompletnie zapchany kamperami i autami wszelkiej maści. To jest pole bitwy, na którym nie wygrywa najszybszy, ale najbardziej zdeterminowany.

20250806 174601 1 Prestiżowy Ślub

Krążymy, krążymy, włączając na zmianę awaryjne i dając sygnały w stylu: „Kierowco z kampera, wiem, że patrzysz w lusterko. Właśnie wyjeżdża zielone kombi! Teraz albo nigdy!”. Po nerwowych czterech minutach negocjacji gestami z niemieckim kamperem i włoskim busem, jakimś cudem wciskamy się na miejsce, które jest w zasadzie częścią chodnika.

Udało się. Czas na widok! Przed nami Aurlandsfjord.

Wchodzimy na platformę. Architektonicznie jest to majstersztyk, który ma nas wręcz wyrzucić w przestrzeń. Platforma jest zawieszona około 650 metrów nad lustrem Aurlandsfjordu. Jest to długa, drewniana belka o długości 30 metrów, która wysuwa się ze stoku. Koniec platformy nie ma barierki! Jest tam szklana płyta, która pochyla się w dół, dając iluzję, że nic nas nie dzieli od przepaści.

W teorii – cud. W praktyce: walka o szklaną płytę.

Przez kolejne pięć minut usiłujemy dotrzeć do tego słynnego, przeźroczystego skraju. Przeciskamy się przez szwedzkie rodziny z kijami trekkingowymi i japońskie grupy z tabletami, które nagrywają absolutnie wszystko.

Próbuję zrobić zdjęcie fiordu, ale w kadr wchodzi mi: ramię amerykańskiego turysty z kijkiem do selfie, plecak starszej pani, która musi mieć zdjęcie na tle każdego metra kwadratowego desek, moja własna ręka, bo próbuję się utrzymać, żeby nie wejść komuś na odciski.

W końcu, po manewrach godnych gimnastyczki, dopadam szklaną krawędź. Patrzę w dół te 650 metrów, serce podchodzi mi do gardła, a ręka – tak, ta ręka, którą trzymam telefon – drży. Czy to ze strachu, czy z adrenaliny po parkingowej walce? Nieważne! Fiord jest MÓJ!

Czekam ułamek sekundy, aż kadr będzie wolny od innych ludzi, robię jedno, szybkie, idealne ujęcie, po czym zostaję natychmiast wypchnięta przez kolejnego spragnionego widoku (i wolnej przestrzeni) turystę.

Misja zakończona. Widok zdobyty. A my wracamy, po drodze podziwiając fiord z dołu.
Jeśli chcecie więcej poczytać o moich podróżach zapraszam do mojego bloga: https://patentnawypad.blogspot.com