„- Takiej zimy najstarsi ludzie nie pamiętają! Od stu lat takich mrozów nie było! Zmieniło się coś w przyrodzie! To pewnie te atomowe wybuchy” – zapisał w lutym 1956 r. zasłyszane na ulicy narzekania zmarzniętych przechodniów dziennikarz „Głosu Koszalińskiego” i skomentował:
„A przecież takie mroźne zimy bywały nieraz, i to już za naszej pamięci. Któż nie pamięta np. owej zimy 1940 roku, kiedy przez dwa miesiące, w styczniu i lutym, utrzymywała się temperatura, dochodząca do minus 30 stopni?”.
Jakkolwiek w ostatnich latach śnieżne zimy są rzadkością, tegoroczne opady śniegu, który w styczniu utrzymał się w Koszalinie zaledwie przez dwa tygodnie, spowodowały w mediach i internecie zalew wspomnień o „zimie stulecia” z przełomu 1978 i 1979 roku. Chociaż najlepiej zapamiętana, nie była jednak ani najbardziej uciążliwa, ani nawet najzimniejsza. Przypomnijmy więc te wcześniejsze, o których najstarsi ludzie już zapomnieli.

Lodowe kanały
W pierwszej połowie XX w. miały miejsce co najmniej trzy ciężkie zimy, mogące aspirować do miana „zim stulecia”. Pierwsza rozpoczęła się na przełomie 1913 i 1914 r. i sparaliżowała niemal całą Europę oraz w znacznym stopniu uszkodziła wybrzeża nad Morzem Północnym i Bałtykiem. W okolicach Koszalina zniszczyła dwie nadmorskie wsie (Czajcze i Dąbkowice), a z powodu tzw. cofki, czyli napływu wody morskiej przez kanał jamneński, wylało jezioro Jamno sięgając aż do Skwierzynki. O tym kataklizmie pisały ówczesne gazety w całej Europie, był też o tym artykuł w „Prestiżu” (nr 9/2023).
Kolejna „zima stulecia” pojawiła się pod koniec stycznia 1929 r. 35-stopniowe mrozy skuły wówczas kontynent od zamarzniętego Morza Północnego i Bałtyku po kanały Wenecji, które pokryły się lodem. Obfite opady śniegu utworzyły potężne, kilkusetmetrowej długości zaspy śnieżne, sięgające w niektórych miejscach trzech-czterech metrów wysokości, które zablokowały połączenia kolejowe i drogowe. Z powodu mrozu zamarzały nawet parowozy, pękały szyny, a w miastach rury wodociągowe, co powodowało brak wody. W Czechosłowacji ponad 50% drzew owocowych zostało zniszczonych, znacznie spadła również liczba dzikich zwierząt – szacunki mówiły nawet o 75%. Mrozy ustąpiły dopiero na początku marca, choć jeszcze kwiecień był wyjątkowo zimnym miesiącem.

Trzecia, podwójnie dramatyczna zima miała miejsce w pierwszym roku II wojny światowej. Mrozy pojawiły się pod koniec grudnia 1939 r. i trwały do pierwszych dni marca. Temperatury w Moskwie spadły wówczas do –44°C, a na granicy szwedzko-norweskiej do –48°C. Dania sparaliżowana była śnieżnymi zadymkami, Morze Północne na wysokości Jutlandii zamarzło na odległość 3 km, zaś w Holandii masy lodu zmiażdżyły kilkanaście statków rybackich. W Bułgarii i Jugosławii pociągi były zablokowane przez zaspy grubości dwóch metrów i długości 140 metrów. W znajdującej się w stanie wojny z Niemcami Wielkiej Brytanii odnotowano tę zimę jako najsurowszą od 1895 r.
W Polsce, która znalazła się pod okupacją dwóch totalitaryzmów, uciążliwość mrozów sięgających –30°C spotęgowała wojenna rzeczywistość. Wiele domów leżało w gruzach lub nie miało szyb w oknach. Tym razem Polacy nie mogli liczyć na zakup węgla, który w pierwszym rzędzie był rekwirowany przez okupantów. Opałem stawały się więc drobne gałęzie i deski, a także drewno z gruzowisk, stare meble, a nawet parkiety i balustrady, które „szabrowano” ryzykując życie.

1947: Bałtyk skuty lodem
W 1945 r. Europa prawie leżała w gruzach. Chociaż wojna się skończyła, życie wśród ruin było bardzo ciężkie. I właśnie wówczas, na przełomie lat 1946/1947 Europę nawiedziły gwałtowne zamiecie śnieżne, ponownie paraliżując komunikację kolejową, drogową i morską. Niemal całe Morze Bałtyckie pokryło się lodem. W Szwecji temperatura spadła do –50°C. Pod koniec lutego 1947 r. wzdłuż polskiego wybrzeża utrzymywała się pokrywa lodowa o szerokości nawet 6 kilometrów, którą bezskutecznie próbowano rozbijać za pomocą dynamitu. Jeszcze w połowie marca duńskie cieśniny wciąż był zamarznięte, a 90% powierzchni morza pokrywała kra. W całym kraju lód skuł również jeziora i rzeki, w tym Odrę i Zalew Szczeciński. Zaś gdy mrozy wreszcie ustąpiły, pojawiło się kolejne niezpieczeństwo: „Spływające wskutek odwilży masy wody zagrożą całości dróg i mostów. Musimy je przeto ratować, oczyszczając zawczasu rowy przydrożne i mosty od śniegu i lodu”. – apelował w lutym 1947 r. starosta radomski.
1956: palmy w śniegu
Kolejna zima, o której znów pisano jako o najgorszej od 100 lat, przyszła w lutym 1956 r., akurat gdy w Moskwie rozpoczynała się polityczna (nomen omen) odwilż, zapoczątkowana krytyką Stalina na XX zjeździe Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. W Niemczech temperatury spadły do –30°C, powodując zamarznięcie większości rzek i uniemożliwiając żeglugę po Dunaju, Renie, Łabie i Wezerze. Również Francję nawiedziły mrozy nienotowane wg niektórych mieszkańców „od setek lat”. Na Riwierze pojawił się niewidziany od półwiecza śnieg, mróz zaszkodził palmom w Cannes oraz winnicom i sadom brzoskwiniowym w Marsylii. Z Jugosławii donoszono o klęsce lawin, a z Włoch o pladze wygłodniałych wilków wdzierających się do miast i atakujących ludzi. W szwedzkiej miejscowości Nordland termomentry wskazywały –53°C. Pod koniec lutego liczba ofiar zimy w Europie Zachodniej sięgała prawie 740 osób.

W Polsce Bałtyk ponownie pokrył się krą utrudniającą powroty rybaków z łowisk. Drogę dla statków wpływających i wypływających z portu w Szczecinie musiały torować lodołamacze. Z powodu ponad dwudziestostopniowych mrozów pękały szyny, co powodowało utrudnienia w transporcie węgla, a nawet wykolejenie się pociągu pod Piłą. Decyzją rządu odwołano lekcje w szkołach. „Głos Koszaliński” donosił, że „obfite zaspy śnieżne na głównych szosach prowadzących do Gdańska, Koszalina, Miastka czy Bytowa, nie mówiąc o drogach bocznych, uniemożliwiają poruszanie się pojazdów mechanicznych. Skutkiem zasp śnieżnych nastąpiła dezorganizacja ruchu na liniach PKS. Mróz i śnieg sparaliżował również normalną pracę pogotowia ratunkowego. Karetki pogotowia zwielkim trudem pokonują przeszkody na drogach. Często zaś nie są w stanie w ogóle dojechać do zgłoszonego wypadku. Chorych dowozi się więc do lekarza i szpitala sankami”. Ten stan utrzymywał się do początku marca, gdy przyszło ocieplenie,
a w stan pogotowia postawiono komitety przeciwpowodziowe.
1963: zbombardować lód
„Takich mrozów jak w ub. tygodniu koszalinianie nie pamiętają już od paru lat”. – pisał „Głos Koszaliński” w styczniu 1963 r. W Europie właśnie rozpoczynała się kolejna „zima stulecia”. W Wielkiej Brytanii zanotowano najgorsze od 1947 r. wichury i zamiecie śnieżne, które spowodowały w pierwszych dniach sześć ofiar śmiertelnych.

W Skandynawii temperatura spadła do –36°C, a wiele wsi zostało odciętych przez zaspy od świata. Podobnie było w obu państwach niemieckich (RFN i NRD). Pod śniegiem znów znalazła się Marsylia, a nawet niektóre rejony Portugalii. Ponownie pojawiły się doniesienia o stadach wygłodniałych wilków widzianych we Włoszech, Francji, Jugosławii i na Węgrzech.
W Polsce kłopoty sprawiał najpierw 20-25 stopniowy mróz. Bałtyk ponownie został zablokowany w cieśninach duńskich zwałami lodu, przez który nie mogły przebić się nawet lodołamacze. Jeszcze w marcu szacowano „zalodzenie” morza na 80%. Porty w Kołobrzegu i Darłowie były niedostępne z powodu zwałów kry sięgających czterech metrów wysokości. Wyjście z kanałów portowych próbowano udrożnić za pomocą samolotów wojskowych, które bez rezultatu zbombardowały lodowy zator. Interwencji saperów wymagało również zatarasowane zwałami kry wejście do portu w Darłowie.

W Koszalinie kłopoty wyglądały początkowo niegroźnie. „Kto może, unika spacerów, więc autobusy są przepełnione. Utrudnia to utrzymywanie się w rozkładzie jazdy”. – wyjaśniał dyrektor Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji, dodając, że niepunktualność wynika również z powodu braku zajezdni, gdyż rano trudno jest uruchomić wyziębione silniki. Pojawiły się opóźnienia pociągów i związane z tym kłopoty z zaopatrzeniem w węgiel zakładów pracy oraz – co gorsza – elektrowni. Na terenie województwa koszalińskiego zdecydowano o wyłączeniu połowy ulicznych latarni (w Koszalinie wygaszono większość), apelowano też do mieszkańców o niedogrzewanie mieszkań grzejnikami elektrycznymi. Gdy to nie wystarczyło, wprowadzono rano i wieczorem 2-3 godzinne przerwy w dopływie prądu. Z powodu braku koksu spadło również ciśnienie gazu dostarczanego przez koszalińską gazownię, a spadek napięcia w stacjach przekaźnikowych spowodował problemy z odbiorem telewizji. Ograniczenia dotknęły nawet „Głos Koszaliński” który był zmuszony zmniejszyć swoją objętość.

Tak jak siedem lat wcześniej, siarczyste mrozy i zawieje śnieżne zagroziły komunikacji. Droga między Koszalinem i Sianowem została odśnieżona tylko do Góry Chełmskiej. „Dalej, w kierunku na Sianów nie zapuścił się żaden pług”. – ostrzegał Głos Koszaliński, dodając, że widoczność nie przekracza 10 metrów. Autobus dalekobieżny z Koszalina do Poznania utknął w zaspach za Kretominem i musiał zawrócić. PKP ograniczyło również ruch pociągów na terenie całego kraju, ponieważ zapasy węgla potrzebnego do lokomotyw wystarczały na mniej niż 10 dni. W Koszalinie nieustannie pracowały cztery pługi śnieżne, grupy „zamiataczy” odśnieżających chodniki oraz robotników ładujących śnieg na wywożące go wywrotki. „Mogłoby być lepiej, gdyby zakłady pracy, właściciele domów i inni, nie czekając na patrole MO, samodzielnie przystępowali do pracy przy odśnieżaniu ulic.” – narzekał pełnomocnik miejski do akcji „Zima 1962/1963”. 29 stycznia władze miasta nakazały pod groźbą kar finansowych koszalińskim przedsiębiorstwom wzięcie udziału w odśnieżaniu miasta. Z apelem o pomoc w oczyszczaniu ulic z tysięcy ton śniegu i lodu wystąpiło do społeczeństwa również Prezydium Frontu Jedności Narodu. W Koszalinie w pierwszej kolejności wyzwanie podjęło wojsko, milicjanci i harcerze. Dobry przykład dawali również miejscy urzędnicy, odśnieżając teren wokół nowo oddanego ratusza. W ciągu kolejnych tygodni udało się załadować i wywieźć z miasta 12 tys. ton śniegu. W ramach czynów społecznych zorganizowanych pod nazwą „białych niedziel” i przypominających odgruzowywanie miasta z końca lat 40. pracowały tysiące Koszalinian. Trwało to niemal do pierwszych dni marca, gdy mrozy w końcu ustąpiły i nadeszło błotniste, pełne roztopów przedwiośnie. Następna, tym razem niezapomniana i ostatnia w XX wieku „zima stulecia” zaatakowała dopiero 16 lat później.





















