Kilka tygodni temu zostałam zaproszona przez fejsbukową grupę Zróbmy to Razem do poprowadzenia pogadanki na temat syndromu DDD, czyli dorosłych dzieci z rodzin dysfunkcyjnych.
Im bliżej było spotkania, tym mniej wygodnie było mi z określeniem „dysfunkcyjna rodzina”.
Bo jak słyszę „dysfunkcyjna”, to jaka? Jaki obraz staje mi przed oczami? Czym różni się od zdrowej? Czy dysfunkcyjna oznacza patologiczna?
Bo przecież jeśli mówimy DDA, to „wszyscy wiedzą”: alkohol, awantury, policja, wstyd.
To jest jasne, czytelne, ma swój stereotyp. Łatwo to nazwać oraz się od tego odróżnić.
Piją – nie piją.
A dysfunkcyjna? Co to właściwie znaczy?
Rodzina to system, w którym każdy ma swoją rolę, ale też swoje potrzeby.
Problem zaczyna się wtedy, gdy te potrzeby, w szczególności potrzeby dzieci, nie mają szansy być zauważone ani zaspokojone.
Jeśli relacje w rodzinie są zaburzone, a rodzice z różnych powodów nie są w stanie pełnić swoich podstawowych funkcji wychowawczych i opiekuńczych, dziecko dorasta bez poczucia bezpieczeństwa.
A brak bezpieczeństwa wpływa na rozwój emocjonalny, relacyjny i społeczny.
Czasem bardzo głęboko. Zbyt głęboko.
Bo w rodzinie, w której ojciec albo matka nie potrafią nawiązywać bezpiecznej więzi z dzieckiem, mają trudności ze sobą, ze swoimi emocjami, z byciem dorosłym, przesuwa się odpowiedzialność. Z rodziców na dzieci. Dzieci nagle zaczynają „musieć” być dorosłe.
Stają się opiekunami, powiernikami, wychowawcami swoich rodziców. Pełnią nie tylko ich funkcje, ale też przeżywają trudne emocje jakimi są: wstyd i poczucie winy.
Nie musi być alkoholu. Nie musi być przemocy fizycznej. Wystarczy chroniczne napięcie, emocjonalna niedostępność, brak granic albo ich nadmiar. Przemoc, która nie zostawia siniaków: słowna, emocjonalna, relacyjna.
I to właśnie nazywamy dysfunkcją. Nie patologią. Nie „złym domem”. Tylko miejscem, w którym coś ważnego nie działa.
Rodzina bez alkoholu, ale z wiecznym napięciem? Rodzina „porządna”, w której nikt nie bije, ale nikt też nie rozmawia? Dom, w którym dzieci są czyste, najedzone i grzeczne, tylko nikt nigdy nie pyta, co czują?
Dysfunkcja nie musi krzyczeć.
Często siedzi cicho.
Uśmiecha się do sąsiadów.
Ma dobre opinie w szkole.
I doskonale udaje, że wszystko jest w porządku.
Bo dysfunkcyjna rodzina to nie ta, w której „jest źle” w sensie spektakularnym.
To ta, w której nie działa coś fundamentalnego: bezpieczeństwo emocjonalne, przewidywalność, możliwość bycia sobą.
Można wychować się bez przemocy i bez alkoholu, a jednocześnie w ciągłym poczuciu, że: lepiej nie zawracać głowy swoimi emocjami, na miłość trzeba zasłużyć, spokój w domu jest ważniejszy niż prawda, a bycie „trudnym” dzieckiem to grzech.
I wtedy, jako dorośli, mówimy: „Przecież miałam normalny dom”. „Nic strasznego się nie działo”, „Inni mieli gorzej”.
A ciało pamięta napięcie. Relacje pamiętają brak, a my często nie umiemy nazwać, czego właściwie nam zabrakło.
Dlatego coraz częściej łapię się na tym, że słowo „dysfunkcyjna” uwiera mnie nie dlatego, że jest przesadzone, ale dlatego, że jest zbyt pojemne, bo obejmuje też te rodziny, które nigdy nie trafiłyby do żadnych statystyk. Które nie wyglądają na „problem”. Które z zewnątrz funkcjonowały (albo funkcjonują) całkiem nieźle. A jednak coś w nich nie działa.
„No i co z tego?” – może się pojawić w głowie niektórych z was, czytających ten tekst.
Jakiś czas temu zgłosiła się do mnie kobieta, która nie tolerowała ciszy.
Kiedy w domu robiło się cicho, odczuwała narastający, trudny do opanowania niepokój. Cisza nie była dla niej ulgą. Była zagrożeniem. Wchodziła wtedy w konflikty z mężem, zresztą nie był to pierwszy mąż (drugi lub trzeci dłuższy związek). Poza pierwszym związkiem, burzliwym i pełnym napięcia, jej kolejni partnerzy byli, jak to sama określała jak „z żurnala”.
Spokojni, ułożeni, z pracą, bez nałogów, bez awantur. I właśnie z nimi było najtrudniej. Kiedy nie było krzyku, chaosu, emocjonalnych fajerwerków, pojawiała się cisza. A cisza uruchamiała lęk. Niepokój bez konkretnego powodu. Poczucie, że zaraz coś się stanie.
Dopiero z czasem zaczęło się układać w całość to, co znała z dzieciństwa. Dom, w którym było nerwowo, nieprzewidywalnie, głośno. Dom, w którym spokój nigdy nie był czymś bezpiecznym, jedynie zwiastunem katastrofy. Jej ciało nauczyło się jednego: że napięcie jest normalne, a cisza podejrzana.
I to jest właśnie przykład dysfunkcji, która nie wygląda jak patologia. Jest za to układ nerwowy, który dorastał w świecie bez stabilności i do dziś nie potrafi odpocząć w spokoju.
Bo dzieci wychowane w dysfunkcyjnych rodzinach często nie szukają w dorosłości szczęścia. Szukają tego, co znane.
Kiedy mówię o syndromie DDD, mam na myśli doświadczenie dorastania w domu, w którym coś ważnego zostało pominięte. Coś, co trudno było nazwać przez lata. Opisuje dorosłych, którzy nauczyli się funkcjonować w napięciu, brać odpowiedzialność za innych i dopasowywać się szybciej, niż zdążyli poczuć. Nie dlatego, że tak wybrali, dlatego, że musieli. Syndrom DDD mówi o dzieciach, które zrobiły wszystko, żeby przetrwać w warunkach, jakie miały. I o dorosłych, którzy dziś często nadal żyją według tamtych zasad, nawet jeśli dom już dawno został za nimi.
Moje pierwsze pytanie do osoby z syndromem DDD?
Jak ci się udało przetrwać? Co ty takiego potrafisz, że to przetrwanie było możliwe?
I tu zaczyna się terapia. Bez grzebania w dzieciństwie na dzień dobry. Bez szukania winnych.
Bo skoro ktoś dziś siedzi przede mną, to znaczy, że coś działało, że była jakaś strategia, która kiedyś służyła, ale być może teraz już nie służy. Może nadmierna czujność. Może dostosowanie się. Może branie odpowiedzialności za innych.
I tak powoli sprawdzamy, co jeszcze jest użyteczne, a co już dziś tylko przeszkadza.
Nie ma jednej historii, nie ma jednego rozwiązania. Są ludzie, którzy próbują radzić siebie ze skutkami traum relacyjnych z przeszłości. „Pochodzę z dysfunkcyjnej rodziny” to nie to samo co „miałem złe życie”. Oznacza to, że ktoś dorastał warunkach które wymagały od niego zbyt wiele. Dziś na nowo uczy się żyć inaczej. Przeszłość tłumaczy wiele, ale przyszłość nie musi jej powtarzać.
Sylwia Hille-Jarząbek
Psycholog, psychotraumatolog i psychoterapeutka, certyfikowana terapeutka Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach. Łączy pracę kliniczną z rolą wykładowczyni akademickiej w Państwowej Akademii Nauk Stosowanych w Koszalinie. Przyjmuje w Poradni z Sercem
(ul. Zwycięstwa 238, Koszalin).
Jej aktualne treści i praktyczne wskazówki dostępne są na profilu @psycholog.koszalin





















