Nie był to nagły impuls ani efekt jednego momentu. Decyzja o malowaniu dojrzewała w niej długo – naturalnie, niemal biologicznie. Edyta Dams dorastała w domu, w którym sztuka była czymś oczywistym, obecnym na co dzień. Matka obdarzona niezwykłą sprawnością manualną, ojciec biologiczny – malarz, mistrz kopii, zafascynowany twórczością Beksińskiego; ojciec, który ją wychował – inżynier, ale też człowiek szkicujący, grający na basie, obdarzony wyobraźnią wykraczającą daleko poza techniczne ramy. W domu były rysunki, instrumenty, rękodzieło, akwaria, zwierzęta. Kreatywność nie była dodatkiem – była naturalnym stanem rzeczy.

Edyta malowała od zawsze. Najpierw węglem, kredą, ołówkiem. Później ludzi – zaczynając od makijażu, który stał się jej pierwszym płótnem. Przez długi czas sztuka pozostawała jednak w tle codzienności. Były obowiązki, praca, macierzyństwo, odpowiedzialność. Malarstwo, choć nieustannie obecne gdzieś z tyłu głowy, musiało poczekać na swój moment.
Ten przyszedł wtedy, gdy poczuła, że to właściwy czas. Wykonała jeden, bardzo świadomy gest – odcięła się od zewnętrznych wpływów. Bez podglądania innych artystów, bez galerii, bez inspiracji z zewnątrz. Chciała dotrzeć do własnego języka, nieobciążonego cudzym stylem. Poszukiwania nie odbywały się na zewnątrz, lecz w środku – w ciszy, intuicji i uważności.

Jej proces malowania jest spontaniczny, momentami surowy, pozbawiony wcześniejszych założeń. Bierze płótno, nie wiedząc, dokąd ją poprowadzi. Pojawiają się pierwsze plamy, struktury, warstwy – a obraz stopniowo zaczyna mówić własnym głosem, wyznaczając kierunek dalszej pracy.
Tworzone przez nią obrazy budują przestrzeń. Są intensywne, monumentalne, stworzone z myślą o długim trwaniu. Mają żyć razem z wnętrzem i jego mieszkańcami, oddychając rytmem domu. Dlatego wymagają odwagi – zarówno od artystki, jak i od odbiorcy. Choć najpełniej wybrzmiewają w dużych przestrzeniach, w jej portfolio odnaleźć można również bardziej kameralne formy.
Technika, którą się posługuje, jest w pełni autorska. Punktem wyjścia był węgiel – miękki, podatny na dotyk materiał. Z czasem dołączyła cegła, kruszona i zbierana z zaniedbanych koszalińskich budynków. Pojawiły się ziemia, kawa, zakwas z buraka, kurkuma, chili, palone orzechy, bejce, gładź szpachlowa – wszystko, co daje kolor, fakturę i głębię. Narzędzia bywają nieoczywiste: szpachle, gąbki, dłonie. Pędzel pojawia się rzadko. Każdy obraz jest osobnym bytem, bez jednego schematu czy powtarzalnej metody. Prace nie mają tytułów – artystka nie chce narzucać narracji. Pozostawia przestrzeń na osobistą interpretację.

Kiedy zaczęła pokazywać swoje obrazy w internecie, reakcja przyszła szybciej niż się spodziewała. Odezwały się galerie i kuratorzy z Hiszpanii i Portugalii, a także prywatni kolekcjonerzy. Najpierw było niedowierzanie, ostrożność, sprawdzanie. Później przyszła odwaga. Pierwsze obrazy sprzedała już podczas debiutanckiej wystawy. Bez sentymentu – bo, jak podkreśla, obrazy nie należą do niej. Są dla kogoś. Ona jest tylko tą, która je powołuje do istnienia.
Wystawę przygotowywała niemal dwa lata. Pięć dużych prac i kilkadziesiąt mniejszych – zostaną zaprezentowane w galerii ko_stacja. Właśnie tam, 13 lutego spotkamy się na wernisażu prac Edyty Dams.
Jej osobista historia jest intensywna. W wieku 21 lat, mieszkając w Londynie, przeszła wylew i pęknięcie tętniaka. Szanse na przeżycie oceniano na piętnaście procent. Paradoksalnie, to doświadczenie nie stało się natychmiastowym przełomem. Zmusiło ją jednak do powrotu do rodzinnego miasta. Przez kolejne lata pracowała w kosmetologii, interesowała się modą, została mamą. Życie nabrało rytmu, który dawał poczucie stabilności. Dopiero po trzydziestce potrzeba tworzenia zaczęła coraz wyraźniej domagać się głosu.

Edyta Dams przyznaje, że jest introwertyczką. Po intensywnych kontaktach z ludźmi potrzebuje ciszy i wycofania. Malowanie nie jest dla niej terapią – jest zbyt intensywne. To całkowite zanurzenie, czasem trwające kilkanaście, a nawet dwadzieścia godzin. Chaos na podłodze, słuchawki na uszach, szlafrok, muzyka. Świat na zewnątrz przestaje istnieć.
Wystawa w ko_stacji jest otwarciem na koszalińskich odbiorców – zaproszeniem do spotkania, rozmowy i współodczuwania. Jak podkreśla artystka, znalazła tu pełne zrozumienie i akceptację. Wiktor Dackiewicz i Karolina Kossmann – współzałożyciele galerii stworzyli dla niej bezpieczną przestrzeń do mówienia własnym głosem, bez narzuconych norm i oczekiwań.
Tytuł wystawy – „Duża sztuka bycia sobą” – nie jest hasłem. To proces. Długi, wymagający i bardzo osobisty. Wystawa ta ma dla artystki szczególny wymiar – jest „nasza”, koszalińska, zbudowana z lokalnej materii i doświadczenia miejsca. Pozostaje więc zaprosić Państwa na wernisaż i bezpośrednie spotkanie z malarką. Nie zabraknie dodatkowych atrakcji, które pozostaną jeszcze niespodzianką.
Wernisaż prac Edyty Dams „Duża sztuka bycia sobą”
13 luty – piątek, godz. 18.00
Wystawa od 13 lutego do 7 marca 2026
(czynna w godzinach otwarcia ko_stacji)
Finisaż: 7 marca – sobota, godz. 17.00
Galeria ko_stacja, ulica Dworcowa 8, 75-201 Koszalin





















