Na swoją relacje w social mediach wrzuciłam okładkę czytanej właśnie książki. Jak rzadko odezwało się do mnie wiele osób, nawet nie całkiem bliskich, które napisały: ta książka jest o mnie. Za tym pojawiło się kilka historii i przykładów tego, z czym zmagają się niematki: ciągłe pytania, porównywania, ostracyzm, brak równości. Bo temat nieposiadania dzieci z własnego wyboru ciągle budzi sprzeciw, a nawet oburzenie. I na ten temat, nawet wśród najbliższych, możemy, nie znaleźć zrozumienia.
W debacie publicznej dotyczącej demografii coraz częściej słychać ton alarmu: politycy i publicyści prześcigają się w diagnozach nadciągającej katastrofy populacyjnej. W tym kontekście decyzja o nieposiadaniu dzieci bywa przedstawiana jako akt egoizmu, zerwanie „sztafety pokoleń”, odmowa wobec ojczyzny i społeczeństwa. Książka „Nie czekam na szklankę wody. O świadomej niedzietności” autorstwa Katarzyny Tubylewicz wchodzi w ten obszar z odwagą, ale bez wojennej retoryki i to jej największa siła.
Autorka nie pisze manifestu ani aktu oskarżenia. Zamiast tego oddaje głos kobietom (i nie tylko), które zdecydowały się nie mieć dzieci – z bardzo różnych powodów. Ekonomicznych, psychologicznych, zdrowotnych, klimatycznych, relacyjnych, egzystencjalnych. Ta wielowątkowość jest kluczowa: książka konsekwentnie pokazuje, że nie istnieje jeden „powód niedzietności”, tak jak nie istnieje jeden model sensownego życia. Reprodukcja przestała być oczywistością – i to nie dlatego, że ludzie nagle stali się gorsi, lecz dlatego, że świat stał się bardziej złożony.
Szczególnie cenne jest to, że Tubylewicz unika stronniczości. W książce wybrzmiewają również argumenty osób, które uważają prokreację za wartość fundamentalną – dla wspólnoty, dla przyszłości społeczeństw, dla ciągłości kultury. Autorka nie deprecjonuje tego stanowiska. Wręcz przeciwnie: podkreśla, że osoby chcące mieć dzieci, powinny mieć do tego realne warunki czyli stabilność, wsparcie systemowe, poczucie sensu i optymistyczną wizję przyszłości w skali mikro i makro. To uczciwe postawienie sprawy, rzadkie w spolaryzowanej debacie.
Dla mnie jednym z najważniejszych wątków książki jest sztucznie podsycana wojna między kobietami-matkami a kobietami-nie-matkami. Pytanie „po co?” wybrzmiewa tu bardzo mocno. Komu służy ten konflikt? Dlaczego tak łatwo dajemy się wciągać w narrację wzajemnych oskarżeń, zamiast budować solidarność opartą na różnicy wyborów? Tubylewicz pokazuje, że ten podział jest wygodny dla systemów, które nie chcą brać odpowiedzialności za realne warunki życia kobiet.
Istotnym i bardzo aktualnym tematem są również współczesne wymagania wobec matek. Obraz „idealnej mamy” – obecny zwłaszcza w mediach społecznościowych – jest niemal niewykonalny: pełna dostępność dla dzieci, pielęgnowana relacja partnerska, czas na rozwój osobisty, atrakcyjność fizyczna, aktywność zawodowa, a często także zaangażowanie społeczne. Książka jasno pokazuje, że dla wielu kobiet to właśnie ten nierealistyczny pakiet oczekiwań staje się skutecznym argumentem przeciw macierzyństwu.
Okazuje się, że książka ta to potrzebna lektura – szczególnie jako przeciwwaga dla narracji moralizujących i uproszczonych. Nie daje gotowych odpowiedzi, ale poszerza perspektywę. I być może właśnie to dziś najcenniejsze: możliwość myślenia o wyborach życiowych, bez przymusu opowiedzenia się po jednej ze stron.
Kilka niematek powiedziało mi, że swoim bliskim woli powiedzieć, że dzieci nie może mieć z powodów zdrowotnych, niż z własnej decyzji. Dlaczego? Bo to przynajmniej ucina temat, a tak przy byle okazji trzeba się tłumaczyć. Szanowanie siebie nawzajem, to także szanowanie swoich decyzji. Tak przynajmniej by się wydawało.





















