Iwona Dudzik od lat łączy podróże z pasją do motocykli. Choć świat jednośladów bardzo się zmienił, ona wciąż pozostaje wierna emocjom, jakie towarzyszyły jej pierwszym wyprawom. O sentymencie do starszych maszyn, ewolucji motocykli turystycznych, planowaniu tras i o tym, co naprawdę determinuje kierunek podróży.
Z Iwoną Dudzik – Frytardą, rozmawiała Katarzyna Kużel

Zacznijmy od motocykli. Często podkreślasz, że starsze maszyny mają „duszę”. Co masz na myśli?
– One mają swój wyjątkowy klimat. To coś zupełnie innego niż nowoczesne motocykle, które dziś najczęściej spotykamy na drogach. Moja Yamaha Fazer, z której czasem się śmieję, że ma u mnie „dożywocie”, jest właśnie takim przykładem. Mam ogromny sentyment do starszych motocykli i samochodów, może nie aż tak starych jak te z lat 80-tych, czy z okresu przedwojennego, ale z czasów mojej młodości, studiów – kiedy zaczynałam swoją przygodę. I czuję, że ten sentyment już ze mną zostanie.
Twoja przygoda zaczęła się w roku 2009. Czy przez te lata zmieniałaś motocykle?
– Od Yamahy Virago 535, która wydawała mi się wielkim motocyklem, a teraz z perspektywy czasu, wiem, że naprawdę była malutka. Polecana była do nauki jazdy dla kobiet, bo miała nisko umiejscowiony środek ciężkości. Później pojawiła się Yamaha Fazer 600 z 1999 roku, który jest ze mną do dziś. Na przestrzeni lat pojawiały się inne maszyny jak np. Kawasaki KLE 500. Jednak „Fazerek” jest dla mnie wyjątkowym motocyklem i choć nie jeżdżę nim już tak często, to towarzyszy mi do dziś.


Jak zmienił się świat motocykli na przestrzeni lat?
– Jeśli sięgniemy pamięcią wstecz, to kiedyś wybór był dość prosty: ścigacze, motocykle crossowe i szosowo-turystyczne. Fazer idealnie wpisywał się w tę ostatnią kategorię. Z czasem jednak ta gałąź jakby zanikła, a jej miejsce zajęły motocykle adventure. To nimi dziś najczęściej podróżują osoby, które zjeżdżają z asfaltu na drogi szutrowe. I to wcale nie jest moda ostatnich dwóch lat, to trwa już naprawdę długo. Lata lecą.
Czy zawsze podróżowałaś z taką samą intensywnością?
– Nie. Były też przerwy. To nie jest tak, że każdą pasję da się uprawiać z jednakową intensywnością przez całe życie. Dotyczy to wszystkiego – czy to biegania, wspinania, czy motocykli. Każda z tych aktywności ma swoją dynamikę.
A gdybyś musiała z czegoś zrezygnować?
– To ciekawe pytanie. Z biegania czy wspinania byłoby trudniej zrezygnować, bo tam w zasadzie wystarczą twoje umiejętności. Oczywiście, do wspinania potrzebny jest sprzęt asekuracyjny, ale kluczowe jest to, co masz w sobie – trening, doświadczenie, ciało. Motocykle są inne. Tu potrzebujesz maszyny, sprzętu, odpowiednich ubrań – szczególnie w naszych europejskich warunkach klimatycznych. Do tego dochodzi paliwo, które przecież się zużywa i którego może zabraknąć. Jazda na motocyklu, bez motocykla jest po prostu niemożliwa.

Jak zmieniło się planowanie podróży na przestrzeni lat?
– Bardzo. Pamiętam swoje pierwsze wyjazdy, wtedy wszystko było oparte na numerach dróg zapisanych na kartce. Trzymałam ją w „tankbagu” na baku, żeby wiedzieć mniej więcej, gdzie jestem. Do tego poskładane mapy… To były naprawdę świetne czasy, choć planowanie było znacznie bardziej skomplikowane.
Czego wtedy brakowało najbardziej?
– Internetu. Nie było możliwości sprawdzenia pogody, zmiany noclegu w trakcie trasy czy szybkiej modyfikacji planu. Jeśli wiedziałam, że gdzieś nie dojadę, musiałam wszystko przewidzieć wcześniej. Decyzje podejmowało się „w ciemno”, bazując na tym, co przyniesie droga, kogo się spotka i jak potoczą się losy już w trasie.
A dziś?
– Dziś wystarczy zatrzymać się na stacji benzynowej pod daszkiem, odpalić internet, zweryfikować trasę, sprawdzić nocleg. Można przeczekać deszczową chmurę, co zdarza się często, i jechać dalej. To ogromne ułatwienie. Planowanie offline czy z kilkudniowym wyprzedzeniem jest już rzadkością, bo mamy stały dostęp do informacji i możemy reagować na bieżąco.


Co w takim razie determinuje kierunek Twoich podróży?
– Pomysły są różne. I często jest tak, że jeden pomysł rodzi kolejny. Wciąż mam w głowie kilka dalszych dojazdów, które czekają na realizację. Część z nich zrodziła się jeszcze wtedy, gdy podróżowałam innymi pojazdami. Te idee gdzieś we mnie są i po prostu dojrzewają.
Czyli droga wciąż jest otwarta?
– Zdecydowanie. Bo podróż to nie tylko cel. To sprzęt, decyzje, ludzie spotkani po drodze i to, co wydarzy się między punktem A i B. I właśnie dlatego wciąż chce się jechać dalej.
Twoje podróże często rodzą się w głowie, bez konkretnego planu. Skąd biorą się te pomysły?
– One po prostu dojrzewają. Czekają na realizację. Część z nich pojawiła się jeszcze wtedy, gdy podróżowałam innymi pojazdami, część rodzi się spontanicznie. Tak było chociażby z wyjazdem łukiem Karpat, ten pomysł narodził się, gdy mieszkałam w Bieszczadach. Innym przykładem było objechanie Bałtyku dookoła.


Bałtyk jednak z czasem „zamienił się” w Skandynawię. Dlaczego?
– Miałam okazję pracować w Skandynawii. To, co kiedyś wydawało się bardzo odległe i tajemnicze, z czasem przestało takie być. Praca i życie zweryfikowały moje wyobrażenia. Sporo Skandynawii objechałam samochodem, ale pomysł wyprawy motocyklem pozostał. Tyle że on ewoluował – dziś to już nie jest trasa wokół Bałtyku, tylko wokół Skandynawii. Są miejsca, których jeszcze nie widziałam, a które bardzo chciałabym odwiedzić. Znam też fragmenty wybrzeża czy okolice Zatoki Botnickiej, gdzie byłam wcześniej, ale nie motocyklem. Teraz taki przejazd byłby swego rodzaju „wisienką na torcie”, domknięciem pewnego etapu.Chodzi też o odkrywanie nowych miejsc. To już nie jest jeden prosty pomysł, tylko coś większego. I takich idei jest więcej – one same się generują.

Ostatnia wyprawa była przez Ciebie nazwana „płaską Europą”. Co miałaś na myśli?
– Europa bardzo się zmienia. Tam, gdzie kiedyś nie było dróg, dziś one są. Miejsca, które jeszcze niedawno były dzikie, zostały w pewnym stopniu zasiedlone. Duże znaczenie miała też bliskość regionów, w których mieszkam, oraz czas, którym dysponowałam. Ten wyjazd pozwolił mi zobaczyć, że nawet w pozornie płaskich, przewidywalnych krajach można się pozytywnie zaskoczyć.
Bo prawdziwe odkrywanie zaczyna się dopiero na miejscu?
– Dokładnie. Możemy obejrzeć zdjęcia, przeczytać relacje, posłuchać opowieści: ktoś był w Kopenhadze i mówi: „miasto jak miasto”. Ale dopiero gdy dasz sobie czas na zanurzenie się w danym kraju, zaczynasz dostrzegać rzeczy, których nie da się opisać. To nie są spektakularne wyprawy na koniec świata, raczej mniejsze przygody: Szwecja, Dania, Niemcy czy Holandia. Ten region mnie pochłonął, bo czas i praca na to pozwoliły.

Współczesne podróże motocyklowe często wyglądają inaczej niż kiedyś.
– To prawda. Dziś bardzo popularne jest pakowanie motocykli do busa i wyjazd w ciekawe rejony – Bałkany, Turcja, Iran, Kazachstan. Oszczędza się w ten sposób tak zwaną „dojazdówkę”, a skupia na samym zwiedzaniu. Sama też tak podróżowałam, zapakowałam motocykl i pojechałam do Grecji. Na miejscu zwiedzałam już na dwóch kołach. Gdybym miała jechać tam motocyklem z domu, potrzebowałabym co najmniej tygodnia więcej.
A w podróży chodzi jednak o przyjemność.
– Dokładnie. Da się przejechać 1000 kilometrów jednego dnia, nawet drugiego, jeśli trzeba. Ale gdzieś zaczyna się granica przyjemności. Dla mnie optymalnie to około 300 – 350 kilometrów dziennie. To i tak bywa dużo, szczególnie jeśli jedzie się drogami nieasfaltowymi. Ale właśnie to daje smak podróży.
Czyli są różne formy wyjazdów?
– Tak. Albo dojeżdżamy busem i zwiedzamy na miejscu, albo ruszamy z domu na kołach. To drugie jest dziś trudniejsze, bo przyzwyczailiśmy się do wygody. Z Koszalina wyjazd na południe Europy oznacza dodatkowe dni, które muszę przeznaczyć tylko na dojazd. Tymczasem w sześć dni można przepłynąć promem do Szwecji, przejechać Danię, Niemcy i Holandię. Wszystko zależy od czasu, pogody i aktualnej sytuacji.

Pogoda potrafi mocno wpłynąć na decyzje?
– Bardzo. Czasem trzeba odpuścić dzień jazdy. Jazda w 10 stopniach, w deszczu i wietrze, między tirami, przestaje być przyjemna, a nawet bezpieczna. Granica komfortu z czasem się przesuwa, ale doświadczenie uczy, kiedy powiedzieć „stop”.
Podróżujesz często bez planu. Dlaczego?
– Bo sztywne plany odbierają mi poczucie wolności. I tak zabieram ze sobą prawie to samo, bez względu na to, czy jadę na trzy dni, czy na trzy tygodnie. Sprzęt biwakowy, podstawowe rzeczy. Wolę zaplanować trasę na dzień lub dwa do przodu, resztę zostawić temu, co wydarzy się po drodze: ludziom, pogodzie, lokalnym wydarzeniom. To daje prawdziwy smak podróży.
Nie boisz się?
– Strach jest potrzebny, ale nie paraliżujący. To raczej respekt. Pamiętam, że jestem sama, wiem, na co mogę sobie pozwolić. Czasem czuję, że dane miejsce nie jest dobre na nocleg – wtedy jadę dalej. Ten zdrowy strach pomaga podejmować dobre decyzje. Paradoksalnie cały czas największym zagrożeniem jest drugi człowiek. W naturze, w lesie, na plaży czuję się często bezpieczniej niż w mieście. Tam, gdzie jest przestrzeń, spotykam zazwyczaj dobrych, życzliwych ludzi.

Twoje życie nie jest typowym „van life’em”.
– Nie. Pracuję na statkach, więc pół roku spędzam w busie, pół roku na morzu. To nie jest trend, to efekt lat pracy i decyzji. Żeby dojść do tego miejsca w życiu, trzeba było wykonać wiele trudnych kroków. Ale nie żałuję.
Czujesz się wolnym duchem?
– Myślę, że do tego dążyłam. Indywidualne wyjazdy, planowane na własnych zasadach, dają poczucie wolności w bardzo uporządkowanym świecie. Sama nie znaczy samotna. Zawsze ktoś jest obok: rodzina, znajomi, ludzie spotkani po drodze. I to jest najpiękniejsze w podróżowaniu.




















